O tym, że Gilliam jest człowiekiem o niczym nieskrępowanej wyobraźni, mogli już przekonać się widzowie programu "Latający cyrk Monty Pythona", nadawanego na przełomie lat 60. i 70. - tam Gilliam odpowiadał za animacje, które do dziś zaskakują absurdalną fantazją. Gdy po rozpadzie grupy słynnych komików wziął się za reżyserię, jego kolejne filmy noszą to samo piętno - "Brazil", "Przygody barona Munchausena", "Fisher King", czy "Las Vegas Parano" są wysmakowanymi plastycznie obrazami, które co kilka minut zaskakują niespodziewanym rozwiązaniem. Podobnie jest w "Nieustraszonych braciach Grimm". Każdy kolejny kadr perfekcyjnie dopracowano, ich piękno cechuje wręcz barokowa przesada. Reżyserowi w tym przepychu udało się jednak zachować dyscyplinę, całość nie rozjeżdża się, lecz konsekwentnie zmierza w jednym kierunku. Duża w tym zasługa aktorów, którzy nie dali się przyćmić imponującym rozwiązaniom stylistycznym. Właściwie każdy z nich brawurowo zagrał powierzoną mu rolę (odstaje jedynie trochę zbyt sztywna i jednobarwna Lena Headey), przez co cały film iskrzy w każdej części planu.
"Nieustraszeni bracia Grimm" nie są dziełem wybitnym. Gilliam kręcąc ten film wybrał mocno już zużytą postmodernistyczną formułę mieszając wszystko ze wszystkim. Życie braci Grimm krzyżuje się z ich bajkami (w filmie pojawiają się nawiązania do m.in. Czerwonego Kapturka, Kopciuszka, Jasia i Małgosi), całość wzbogacono jeszcze o tło historyczne i obaj bracia narodowości niemieckiej muszą się borykać z okupacją napoleońskiej armii. Ale z drugiej strony nie można od każdego filmu oczekiwać, że zbawi świat, ewentualnie zmieni czyjeś życie. Jeśli więc ktoś chodzi do kina dla przyjemności i relaksu, a nie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania ostateczne, to najnowszy film Gilliama sprawi mu mnóstwo frajdy.
Agaton Koziński
"Nieustraszeni bracia Grimm" ("The Brothers Grimm"), reż. Terry Gilliam, Czechy/USA, 2005