Szok polskiej gospodarce nie grozi - uspokaja prof. Witold M. Orłowski.
Jeśli wierzyć powszechnym sądom, 30 kwietnia położymy się spać w jednym kraju, a następnego ranka obudzimy się w zupełnie innym. Zmienić ma się wszystko: ceny z dnia na dzień gwałtownie wzrosną, unijni urzędnicy zaczną kontrolować polskie przedsiębiorstwa, konsumenci zostaną objęci pełnią ochrony i zaczną dyktować warunki na rynku, połowa rolników straci prawo do produkcji, a reszta zostanie milionerami, sklepy zostaną zalane importowanymi towarami, a nieruchomości zostaną wykupione przez cudzoziemców. Jedynie dzięki wywalczonym w negocjacjach okresom przejściowym kilka rzeczy pozostanie na miejscu: złoty jeszcze przez kilka lat nie zniknie, ziemia rolna nie zostanie wyprzedana, a połowa Polaków nie wyemigruje do zachodniej Europy. Obawiam się, że kto oczekuje zmian z dnia na dzień, będzie zawiedziony. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja nie stanie się nic dramatycznego. Zmiany oczywiście będą, ale - jak to w gospodarce - będą to zmiany stopniowe, powoli zwiększające tempo modernizacji kraju, z dnia na dzień właściwie niezauważalne. Dopiero po latach będziemy w stanie stwierdzić, jak silnie członkostwo w Unii wpłynęło na ścieżkę rozwoju gospodarczego Polski.
Dlaczego tak się stanie? Po pierwsze dlatego, że nasza akcesja nie następuje znienacka, ale jest ukoronowaniem kilkunastoletnich dostosowań prawnych i gospodarczych. Nie jesteśmy wschodnimi landami Niemiec, w których liberalizacja handlu i przepływu kapitału oraz pracy nastąpiła właściwie w ciągu jednej nocy. W praktyce stało się to w ciągu kilku miesięcy, między wprowadzeniem zachodniej marki latem 1990 a zjednoczeniem Niemiec w końcu tego roku. Tam rzeczywiście granice gospodarcze w mgnieniu oka zniknęły, sklepy zostały zalane importem, rynek nieruchomości został zdominowany przez spekulantów, ceny gwałtownie wzrosły, całkowicie nieprzygotowane do konkurencji przedsiębiorstwa zbankrutowały, a ludzie masowo stracili pracę. W Polsce nic takiego nie nastąpi, choćby dlatego, że przez minione 15 lat nasze przedsiębiorstwa zostały zmuszone do dostosowania się, zwiększenia efektywności i konkurencji na rynku otwartym. Co więcej, w porównaniu z szokami z przeszłości - otwarciem gospodarki w roku 1990, okresami gwałtownego wzmacniania się złotego w latach 1990-1992, 1995-1998 i 2000-2001, wreszcie stagnacji w ostatnich latach - wejście do Unii nie jest na krótką metę poważniejszym wyzwaniem.
Po drugie, ścieżka naszego wstępowania do Unii znacznie różni się od tej, po której kroczyły inne kraje. Kraje śródziemnomorskie, które uzyskały członkostwo w latach 80., w momencie akcesji miały gospodarki w dużej mierze zamknięte: chroniły je wysokie cła, a przepływy kapitałowe były pod niemal całkowitą kontrolą. O ile w wypadku wymiany handlowej akcesja oznaczała przyspieszenie procesu liberalizacji, o tyle w zakresie przepływów kapitałowych i swobody świadczenia usług finansowych był to dopiero początek długotrwałego procesu.
Nasza ścieżka dojścia jest odmienna i bardziej podobna do tej, którą mają za sobą Austria, Szwecja i Finlandia. Jeśli pominąć rynek rolny, cła i inne narzędzia ochrony rynku wewnętrznego w wymianie między Polską i krajami Unii zniknęły już kilka lat temu. Ostatnie bariery dla swobodnego przepływu kapitału zostały wyeliminowane dwa lata temu. Lwia część procesu liberalizacji i otwierania gospodarki, które były tak wielkim problemem dla krajów śródziemnomorskich, w Polsce dawno już się dokonała. Również nasze prawo zostało w większości dostosowane do unijnego - czasem z kłopotami, czasem dużym kosztem, ale już się to stało.
Po trzecie wreszcie, członkostwo wcale nie oznacza, że ktokolwiek - np. mityczni unijni urzędnicy - zacznie Polskę kontrolować i egzekwować prawo. Polski przedsiębiorca od maja będzie miał do czynienia dokładnie z tym samym polskim urzędnikiem co poprzednio. Prawo może być nieco zmodyfikowane, lepiej dostosowane do współczesnej gospodarki, polskie urzędy mogą znaleźć się pod presją większej skuteczności i sprawności, a polscy urzędnicy - z czasem - będą lepiej wykształceni i wyposażeni. Z dnia na dzień zmian tych jednak nie da się zauważyć.
1 maja 2004 nic specjalnego w Polsce się nie zdarzy. Rozpocznie się jednak pewien proces, który po latach może doprowadzić do zbliżenia się poziomu życia w Polsce i Europie Zachodniej. Ceny z czasem zbliżą się do zachodnioeuropejskich, ale dochody też. Dlatego warto wejść do Unii.
Witold M. Orłowski
Dlaczego tak się stanie? Po pierwsze dlatego, że nasza akcesja nie następuje znienacka, ale jest ukoronowaniem kilkunastoletnich dostosowań prawnych i gospodarczych. Nie jesteśmy wschodnimi landami Niemiec, w których liberalizacja handlu i przepływu kapitału oraz pracy nastąpiła właściwie w ciągu jednej nocy. W praktyce stało się to w ciągu kilku miesięcy, między wprowadzeniem zachodniej marki latem 1990 a zjednoczeniem Niemiec w końcu tego roku. Tam rzeczywiście granice gospodarcze w mgnieniu oka zniknęły, sklepy zostały zalane importem, rynek nieruchomości został zdominowany przez spekulantów, ceny gwałtownie wzrosły, całkowicie nieprzygotowane do konkurencji przedsiębiorstwa zbankrutowały, a ludzie masowo stracili pracę. W Polsce nic takiego nie nastąpi, choćby dlatego, że przez minione 15 lat nasze przedsiębiorstwa zostały zmuszone do dostosowania się, zwiększenia efektywności i konkurencji na rynku otwartym. Co więcej, w porównaniu z szokami z przeszłości - otwarciem gospodarki w roku 1990, okresami gwałtownego wzmacniania się złotego w latach 1990-1992, 1995-1998 i 2000-2001, wreszcie stagnacji w ostatnich latach - wejście do Unii nie jest na krótką metę poważniejszym wyzwaniem.
Po drugie, ścieżka naszego wstępowania do Unii znacznie różni się od tej, po której kroczyły inne kraje. Kraje śródziemnomorskie, które uzyskały członkostwo w latach 80., w momencie akcesji miały gospodarki w dużej mierze zamknięte: chroniły je wysokie cła, a przepływy kapitałowe były pod niemal całkowitą kontrolą. O ile w wypadku wymiany handlowej akcesja oznaczała przyspieszenie procesu liberalizacji, o tyle w zakresie przepływów kapitałowych i swobody świadczenia usług finansowych był to dopiero początek długotrwałego procesu.
Nasza ścieżka dojścia jest odmienna i bardziej podobna do tej, którą mają za sobą Austria, Szwecja i Finlandia. Jeśli pominąć rynek rolny, cła i inne narzędzia ochrony rynku wewnętrznego w wymianie między Polską i krajami Unii zniknęły już kilka lat temu. Ostatnie bariery dla swobodnego przepływu kapitału zostały wyeliminowane dwa lata temu. Lwia część procesu liberalizacji i otwierania gospodarki, które były tak wielkim problemem dla krajów śródziemnomorskich, w Polsce dawno już się dokonała. Również nasze prawo zostało w większości dostosowane do unijnego - czasem z kłopotami, czasem dużym kosztem, ale już się to stało.
Po trzecie wreszcie, członkostwo wcale nie oznacza, że ktokolwiek - np. mityczni unijni urzędnicy - zacznie Polskę kontrolować i egzekwować prawo. Polski przedsiębiorca od maja będzie miał do czynienia dokładnie z tym samym polskim urzędnikiem co poprzednio. Prawo może być nieco zmodyfikowane, lepiej dostosowane do współczesnej gospodarki, polskie urzędy mogą znaleźć się pod presją większej skuteczności i sprawności, a polscy urzędnicy - z czasem - będą lepiej wykształceni i wyposażeni. Z dnia na dzień zmian tych jednak nie da się zauważyć.
1 maja 2004 nic specjalnego w Polsce się nie zdarzy. Rozpocznie się jednak pewien proces, który po latach może doprowadzić do zbliżenia się poziomu życia w Polsce i Europie Zachodniej. Ceny z czasem zbliżą się do zachodnioeuropejskich, ale dochody też. Dlatego warto wejść do Unii.
Witold M. Orłowski