Horrendalnie wysokie koszty pracy blokują spadek bezrobocia.
Kryzys finansów publicznych jest rezultatem, a nie przyczyną. Nie zdobyto się do tej pory na elementarną refleksję nad skutkami podejmowanych przez lata błędnych decyzji, wadliwie konstruowanych, szkodliwych i kosztownych dla gospodarki rozwiązań, marnotrawnych i patologicznych struktur państwa oraz nad zatrważająco niskimi kwalifikacjami moralnymi i przywódczymi elit rządzących. Kryzys finansów publicznych jest ewidentnym rezultatem tego wszystkiego. Politycy i znacząca część komentatorów zachowują się (nie tylko zresztą w tej sprawie) dokładnie tak, jak przywoływane przez Stefana Kisielewskiego plemię, które nie wiązało faktu narodzin dzieci z obcowaniem na stronie osobników płci przeciwnej.
Obecny deficyt budżetowy i - w jego naturalnej konsekwencji - dług publiczny są wyłącznie skutkiem, a nie przyczyną obecnych problemów. Odwracając zależności, jesteśmy skazani zarówno na fałszywe diagnozy, jak i na kontynuowanie będących ich konsekwencją błędnych rozwiązań. Ukuto m.in. teorię, że przekroczenie 5 proc. wzrostu gospodarczego spowoduje powstawanie miejsc pracy. Jest on wyższy, a mimo to bezrobocie praktycznie nie maleje. Teraz próbuje się nam wmówić, że to nie od 5, ale może od 6 proc. zacznie się - pytanie tylko co? Wzrost nie jest kategorią atmosferyczną, nie bierze się z powietrza. Jest sumą naszej pracy. Jeżeli w Polsce nie ma pracy wielomilionowa rzesza ludzi, to nie produkują ani nie świadczą usług. Nie powstaną więc nowe wartości. Oczywiście można sztucznie wywołać oznaki wzrostu gospodarczego. Stąd zapędy do podgrzewania, a później schładzania gospodarki. Jednak trwały wzrost jest możliwy tylko wtedy, gdy ludzie mają pracę.
Na ostatnim Światowym Forum Gospodarczym w Davos przedstawiono raport, z którego wynika, że kapitały będą kierowane nie tam, gdzie są zasoby taniej pracy, tylko tam, gdzie są jakiekolwiek jej zasoby. A naszym narodowym potencjałem jest właśnie praca. Mamy przynajmniej o jeden wyż demograficzny więcej i tym samym naturalną przewagę nad krajami `starej` Unii, która - za sprawą głębokiego kryzysu demograficznego - może stać się jeszcze za naszego życia zamkniętym rozdziałem historii.
W wyniku decyzji politycznych, które tworzą taką, a nie inną strukturę finansów publicznych (w tym budżet państwa), nasze największe bogactwo, jakim jest praca, zostało obłożone podatkiem na poziomie akcyzowym, tak jak alkohol, papierosy czy benzyna. Blisko jedna trzecia dochodów publicznych pochodzi z opodatkowania pracy. Konsekwencje takiej struktury wpływów podatkowych są najważniejszą przyczyną dramatycznie wysokiego bezrobocia. Akcyza nałożona na pracę w postaci ZUS-u, składek i podatków (ponad 80 proc. od wynagrodzenia netto) sprawia, że na zbyt drogą pracę spada popyt. A więc dokładnie tak samo, jak to ma miejsce w wypadku każdego innego towaru. Praca stała się dobrem luksusowym, jak inne towary akcyzowe, i tym samym mniej dostępnym. Jest za droga dla polskiego przedsiębiorcy.
Wbrew zaklęciom to nie kodeks pracy jest źródłem bezrobocia, tylko pozapłacowe koszty pracy. Jeżeli jeszcze próbuje się je zwiększyć, jak to ma miejsce ostatnio w wypadku małych przedsiębiorstw, to dramat bezrobocia może się tylko powiększyć. Władza, rozpaczliwie próbując wykazać się redukcją deficytu i zwiększonymi wpływami do budżetu, próbuje to osiągnąć głównie poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych. Ten mechanizm był od początku czytelny w tzw. programie oszczędnościowym, mającym wyłącznie propagandowy charakter.
Tyrania status quo, w jakiej znajdują się rządzący, sprawia, że przyszłoroczny budżet niewiele będzie się różnił od poprzednich. Polska gospodarka nie będzie mogła wykorzystać naturalnych zasobów pracy i tym samym wykorzystać swego ciągle zablokowanego potencjału. A skoro tak, to nie wytworzy wystarczająco dużo, aby finansować skutki politycznych decyzji zapisanych w budżecie państwa. Zatem głównym problemem nie jest szukanie oszczędności, tylko zwiększenie możliwości gospodarki, tak jak stało się to na początku lat 90. Dzięki temu, że rozwijaliśmy się nie gorzej niż Irlandia, i to bez unijnej pomocy, w ciągu kilku lat udało się ograniczyć deficyt i mogło tak być dalej, gdyby nie brnięcie w decyzje gorsze od poprzednich.
Aby usunąć przyczyny kryzysu finansów publicznych, którego efektem jest deficyt budżetowy i rosnący dług publiczny, trzeba m.in. zmienić strukturę dochodów, aby nie pochodziły one w takim rozmiarze z opodatkowania pracy.
Polska potrzebuje zmian tak daleko idących, jak te z przełomu lat 80. i 90. Nie wystarczą powierzchowne zmiany systemu podatkowego w numerologicznej formule `trzy razy po piętnaście`. Już raz z jednego systemu wyszliśmy i - jak pisał Stanisław Jerzy Lec - tylko z jednego systemu nie wydobędziemy się długo: ze słonecznego.
Obecny deficyt budżetowy i - w jego naturalnej konsekwencji - dług publiczny są wyłącznie skutkiem, a nie przyczyną obecnych problemów. Odwracając zależności, jesteśmy skazani zarówno na fałszywe diagnozy, jak i na kontynuowanie będących ich konsekwencją błędnych rozwiązań. Ukuto m.in. teorię, że przekroczenie 5 proc. wzrostu gospodarczego spowoduje powstawanie miejsc pracy. Jest on wyższy, a mimo to bezrobocie praktycznie nie maleje. Teraz próbuje się nam wmówić, że to nie od 5, ale może od 6 proc. zacznie się - pytanie tylko co? Wzrost nie jest kategorią atmosferyczną, nie bierze się z powietrza. Jest sumą naszej pracy. Jeżeli w Polsce nie ma pracy wielomilionowa rzesza ludzi, to nie produkują ani nie świadczą usług. Nie powstaną więc nowe wartości. Oczywiście można sztucznie wywołać oznaki wzrostu gospodarczego. Stąd zapędy do podgrzewania, a później schładzania gospodarki. Jednak trwały wzrost jest możliwy tylko wtedy, gdy ludzie mają pracę.
Na ostatnim Światowym Forum Gospodarczym w Davos przedstawiono raport, z którego wynika, że kapitały będą kierowane nie tam, gdzie są zasoby taniej pracy, tylko tam, gdzie są jakiekolwiek jej zasoby. A naszym narodowym potencjałem jest właśnie praca. Mamy przynajmniej o jeden wyż demograficzny więcej i tym samym naturalną przewagę nad krajami `starej` Unii, która - za sprawą głębokiego kryzysu demograficznego - może stać się jeszcze za naszego życia zamkniętym rozdziałem historii.
W wyniku decyzji politycznych, które tworzą taką, a nie inną strukturę finansów publicznych (w tym budżet państwa), nasze największe bogactwo, jakim jest praca, zostało obłożone podatkiem na poziomie akcyzowym, tak jak alkohol, papierosy czy benzyna. Blisko jedna trzecia dochodów publicznych pochodzi z opodatkowania pracy. Konsekwencje takiej struktury wpływów podatkowych są najważniejszą przyczyną dramatycznie wysokiego bezrobocia. Akcyza nałożona na pracę w postaci ZUS-u, składek i podatków (ponad 80 proc. od wynagrodzenia netto) sprawia, że na zbyt drogą pracę spada popyt. A więc dokładnie tak samo, jak to ma miejsce w wypadku każdego innego towaru. Praca stała się dobrem luksusowym, jak inne towary akcyzowe, i tym samym mniej dostępnym. Jest za droga dla polskiego przedsiębiorcy.
Wbrew zaklęciom to nie kodeks pracy jest źródłem bezrobocia, tylko pozapłacowe koszty pracy. Jeżeli jeszcze próbuje się je zwiększyć, jak to ma miejsce ostatnio w wypadku małych przedsiębiorstw, to dramat bezrobocia może się tylko powiększyć. Władza, rozpaczliwie próbując wykazać się redukcją deficytu i zwiększonymi wpływami do budżetu, próbuje to osiągnąć głównie poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych. Ten mechanizm był od początku czytelny w tzw. programie oszczędnościowym, mającym wyłącznie propagandowy charakter.
Tyrania status quo, w jakiej znajdują się rządzący, sprawia, że przyszłoroczny budżet niewiele będzie się różnił od poprzednich. Polska gospodarka nie będzie mogła wykorzystać naturalnych zasobów pracy i tym samym wykorzystać swego ciągle zablokowanego potencjału. A skoro tak, to nie wytworzy wystarczająco dużo, aby finansować skutki politycznych decyzji zapisanych w budżecie państwa. Zatem głównym problemem nie jest szukanie oszczędności, tylko zwiększenie możliwości gospodarki, tak jak stało się to na początku lat 90. Dzięki temu, że rozwijaliśmy się nie gorzej niż Irlandia, i to bez unijnej pomocy, w ciągu kilku lat udało się ograniczyć deficyt i mogło tak być dalej, gdyby nie brnięcie w decyzje gorsze od poprzednich.
Aby usunąć przyczyny kryzysu finansów publicznych, którego efektem jest deficyt budżetowy i rosnący dług publiczny, trzeba m.in. zmienić strukturę dochodów, aby nie pochodziły one w takim rozmiarze z opodatkowania pracy.
Polska potrzebuje zmian tak daleko idących, jak te z przełomu lat 80. i 90. Nie wystarczą powierzchowne zmiany systemu podatkowego w numerologicznej formule `trzy razy po piętnaście`. Już raz z jednego systemu wyszliśmy i - jak pisał Stanisław Jerzy Lec - tylko z jednego systemu nie wydobędziemy się długo: ze słonecznego.