Upływ czasu zaciera zwykle w pamięci inwestorów szczegóły wydarzeń z przeszłości, redukuje wspomnienia do jednego dominującego elementu
I tak rok 2000 pozostanie w pamięci jako rok szczytu hossy na rynkach akcji i data początku krachu cen akcji spółek technologicznych. Rok 2001 po latach będzie wspominany jako okres światowej recesji i ataku na USA z 11 września, 2002 będzie się mgliście kojarzył z falą korporacyjnych skandali i bankructw w USA. Rok 2003 przejdzie do historii jako data ataku na Irak i powrotu hossy na rynki akcji. ROK 2004 jeszcze się nie zakończył, ale już teraz wydaje się, że będzie wspominany jako rok spadku dolara. Po części wynika to z tego, że na rynkach innych głównych klas aktywów finansowych nie działo się w minionym roku nic specjalnie ważnego. Prawdę mówiąc, gdyby nie emocje wywołane pod koniec roku spadkiem kursu dolara, mijający rok można by uznać - przynajmniej z punktu widzenia komentatora rynkowych wydarzeń - za stosunkowo nudny. To określenie trzeba traktować raczej jako komplement, jako że chińskie przekleństwo "Obyś żył w ciekawych czasach" odnosi się również do inwestowania.
W Polsce mijający rok był naprawdę rokiem złotego. Co prawda obserwowane na początku grudnia 15-procentowe w skali roku umocnienie nominalnego kursu złotego miało swój precedens wiosną 2001 roku, ale ze względu na wyższe wtedy tempo inflacji (6-7 proc.) obecnie realna aprecjacja złotego jest głębsza. Po drugie, tym razem cała (?) fala hossy na złotym "zmieściła się" w obrębie jednego roku kalendarzowego.
Wpływ umocnienia złotego na zyskowność różnych aktywów widać wyraźnie w kontraście między wynikami uzyskiwanymi przez fundusze inwestycyjne lokujące w kraju i za granicą. O ile złotowe fundusze akcyjne od początku roku do początku grudnia przyniosły - głównie w pierwszych miesiącach - bardzo przyzwoite zyski od 15 proc. do nieco ponad 30 proc., o tyle stopa zwrotu dla funduszy zagranicznych akcji wynosiła od -6 do -16 proc. Podobnie wśród funduszy obligacji: inwestujące w kraju dały od początku roku do początku grudnia kilkuprocentowe zyski (2,7-7,8 proc.) - tak jak fundusze rynku pieniężnego (4-5,5 proc.) - zagraniczne zaś wykazały straty sięgające od 7 proc. w przypadku funduszy lokujących w papiery dłużne denominowane w euro do 16 proc. w przypadku funduszy dolarowych.
O skali wzmocnienia naszej waluty niech świadczy to, że wśród 11 krajów rozwiniętych (w tym ze strefy euro) i 26 głównych emerging markets amerykański dolar w skali roku tracił najwięcej, -18,3 proc., właśnie do złotego (węgierski forint był na drugim miejscu). Złotemu udało się wyjść na pozycję najsilniejszej waluty świata po raz drugi w historii. Poprzednio było tak kilkakrotnie w 2001 roku. Wtedy ceną była recesja w polskim przemyśle (i bessa na rynku akcji) osłodzona gwałtowną dezinflacją (i hossą na rynku obligacji). I tym razem trwający od lipca silny wzrost cen krajowych obligacji wydaje się mieć charakter analogiczny do fali hossy z okresu październik 2000 - luty 2001, którą rynek obligacji skarbowych przywitał wzmocnieniem złotego sprzed czterech lat. I tylko rynek akcji, wchodząc w ostatni miesiąc roku na rekordowych poziomach cen, jak gdyby zupełnie lekceważył groźbę odzwierciedlenia się w wynikach finansowych zredukowanej konkurencyjności krajowych przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o dolara, to można sobie żartować, że zachowany został trzyletni rytm kryzysów walutowych na świecie (1992 - kryzys Europejskiego Systemu Walutowego, 1995 - meksykańskiego peso, 1998 - rubla, 2001 - argentyńskiego peso). Jak do tej pory dewaluacja głównej waluty rezerwowej świata odbywa się w stosunkowo łagodny sposób, a Amerykanie wydają się z niej nawet zadowoleni. Robią się co prawda coraz biedniejsi w stosunku do reszty świata (Dollar Index obliczany jako ważona średnia kursu względem sześciu głównych walut światowych znalazł się ostatnio na poziomie odwiedzanym w okresie minionych 34 lat jedynie czterokrotnie w latach 1978, 1990-1991, 1992 i 1995), ale za to w wygodny sposób zmniejszają realny ciężar swych - wyrażonych przecież właśnie w dolarach - sporych zobowiązań w stosunku do zagranicznych pożyczkodawców. Dwa z tych minimów Dollar Index z przeszłości stanowiły doskonałe okazje do kupna USD przed wieloletnimi falami wzrostu jego średniego kursu o okrągłe 100 proc. (1978-85) i 50 proc. (1995-2001). Odbicia z dwu pozostałych dołków przynosiły bardziej umiarkowane wzrosty o 20-25 proc. A więc?
W Polsce mijający rok był naprawdę rokiem złotego. Co prawda obserwowane na początku grudnia 15-procentowe w skali roku umocnienie nominalnego kursu złotego miało swój precedens wiosną 2001 roku, ale ze względu na wyższe wtedy tempo inflacji (6-7 proc.) obecnie realna aprecjacja złotego jest głębsza. Po drugie, tym razem cała (?) fala hossy na złotym "zmieściła się" w obrębie jednego roku kalendarzowego.
Wpływ umocnienia złotego na zyskowność różnych aktywów widać wyraźnie w kontraście między wynikami uzyskiwanymi przez fundusze inwestycyjne lokujące w kraju i za granicą. O ile złotowe fundusze akcyjne od początku roku do początku grudnia przyniosły - głównie w pierwszych miesiącach - bardzo przyzwoite zyski od 15 proc. do nieco ponad 30 proc., o tyle stopa zwrotu dla funduszy zagranicznych akcji wynosiła od -6 do -16 proc. Podobnie wśród funduszy obligacji: inwestujące w kraju dały od początku roku do początku grudnia kilkuprocentowe zyski (2,7-7,8 proc.) - tak jak fundusze rynku pieniężnego (4-5,5 proc.) - zagraniczne zaś wykazały straty sięgające od 7 proc. w przypadku funduszy lokujących w papiery dłużne denominowane w euro do 16 proc. w przypadku funduszy dolarowych.
O skali wzmocnienia naszej waluty niech świadczy to, że wśród 11 krajów rozwiniętych (w tym ze strefy euro) i 26 głównych emerging markets amerykański dolar w skali roku tracił najwięcej, -18,3 proc., właśnie do złotego (węgierski forint był na drugim miejscu). Złotemu udało się wyjść na pozycję najsilniejszej waluty świata po raz drugi w historii. Poprzednio było tak kilkakrotnie w 2001 roku. Wtedy ceną była recesja w polskim przemyśle (i bessa na rynku akcji) osłodzona gwałtowną dezinflacją (i hossą na rynku obligacji). I tym razem trwający od lipca silny wzrost cen krajowych obligacji wydaje się mieć charakter analogiczny do fali hossy z okresu październik 2000 - luty 2001, którą rynek obligacji skarbowych przywitał wzmocnieniem złotego sprzed czterech lat. I tylko rynek akcji, wchodząc w ostatni miesiąc roku na rekordowych poziomach cen, jak gdyby zupełnie lekceważył groźbę odzwierciedlenia się w wynikach finansowych zredukowanej konkurencyjności krajowych przedsiębiorstw.
Jeśli chodzi o dolara, to można sobie żartować, że zachowany został trzyletni rytm kryzysów walutowych na świecie (1992 - kryzys Europejskiego Systemu Walutowego, 1995 - meksykańskiego peso, 1998 - rubla, 2001 - argentyńskiego peso). Jak do tej pory dewaluacja głównej waluty rezerwowej świata odbywa się w stosunkowo łagodny sposób, a Amerykanie wydają się z niej nawet zadowoleni. Robią się co prawda coraz biedniejsi w stosunku do reszty świata (Dollar Index obliczany jako ważona średnia kursu względem sześciu głównych walut światowych znalazł się ostatnio na poziomie odwiedzanym w okresie minionych 34 lat jedynie czterokrotnie w latach 1978, 1990-1991, 1992 i 1995), ale za to w wygodny sposób zmniejszają realny ciężar swych - wyrażonych przecież właśnie w dolarach - sporych zobowiązań w stosunku do zagranicznych pożyczkodawców. Dwa z tych minimów Dollar Index z przeszłości stanowiły doskonałe okazje do kupna USD przed wieloletnimi falami wzrostu jego średniego kursu o okrągłe 100 proc. (1978-85) i 50 proc. (1995-2001). Odbicia z dwu pozostałych dołków przynosiły bardziej umiarkowane wzrosty o 20-25 proc. A więc?