Od wielu lat pokutuje w Polsce przekonanie, że stan koniunktury u naszych głównych partnerów handlowych ma bezpośredni wpływ na tempo wzrostu gospodarczego w naszym kraju. Według ostatnich prognoz najbardziej liczących się instytutów niemieckich, wzrost PKB w Niemczech nie przekroczy w tym roku 1 proc., a w przyszłym być może osiągnie 1,2 proc. Czy zatem kolejny rok stagnacji w Niemczech, naszego głównego partnera, może mieć negatywny wpływ na stan naszej gospodarki?
Na początku przyjrzyjmy się bliżej determinantom wzrostu gospodarczego u naszego sąsiada i w Polsce. Głównym atutem i motorem wzrostu gospodarki niemieckiej jest eksport. W roku ubiegłym wartość wyeksportowanych towarów i usług wyniosła ponad 730 mld euro, blisko 10 proc. więcej niż w 2003. W tym samym czasie import wzrósł o 8 proc. i wyniósł 580 mld euro, dzięki czemu nadwyżka w handlu zagranicznym zwiększyła się o jedną piatą. I to właśnie pozytywne saldo obrotów z zagranicą uratowało gospodarkę niemiecką przed recesją, gdyż popyt wewnętrzny obniżył się realnie o 0,7 proc. Prognozy tegorocznego wzrostu zakładają bardzo podobny scenariusz, czyli silny wzrost eksportu przy wciąż dołującym popycie krajowym.
Podobna sytuacja była również i w Polsce, z tym drobnym wyjątkiem, że mimo wyraźnego zwiększenia dynamiki eksportu saldo handlu zagranicznego w 2004 roku było ujemne i takie będzie również w 2005 roku. Jednak znacznie szybsze tempo wzrostu polskiego eksportu w porównaniu z importem spowodowało istotne zmniejszenie deficytu, co w konsekwencji miało bardzo pozytywny wpływ na dynamikę PKB. Natomiast popyt krajowy, podobnie jak w Niemczech, rozwijał się znacznie wolniej, niż oczekiwano, głównie za sprawą wyhamowania wzrostu konsumpcji prywatnej.
Najnowsze dane GUS dotyczące wzrostu gospodarczego w I kwartale br. pokazują, że mimo silnej aprecjacji złotego w 2004 roku i na początku obecnego eksport pozostaje wciąż lokomotywą polskiej gospodarki, a jego udział w tworzeniu PKB ma większe znaczenie niż inwestycje czy konsumpcja prywatna!
Dlaczego o tym tyle piszę? Otóż w świetle przytoczonych danych widać wyraźnie, że problemem obu gospodarek nie jest wymiana handlowa, ale słaby popyt krajowy. Na naszym podwórku głównym powodem takiej sytuacji może być obawa przedsiębiorców co do trwałości ożywienia. Wpływa to na ograniczenie bądź ostrożność przy podejmowaniu inwestycji (w I kwartale br. inwestycje wzrosły realnie zaledwie o 1 proc., wobec 5,3 proc. w całym ubiegłym roku). Dodatkowym czynnikiem hamującym proces inwestycyjny jest utrzymujący się od kilku lat wysoki poziom deficytu budżetowego, którego finansowanie przez banki, przez zakup papierów skarbowych, przyczynia się do zmniejszenia aktywów dostępnych podmiotom pozarządowym. Mówiąc prościej, stwarza niezdrową konkurencję dla sektora pozarządowego, którego wiarygodność kredytowa, co ma istotne znaczenie przy ustalaniu ceny kredytu, jest mniejsza niż sektora publicznego.
W Niemczech głównym czynnikiem hamującym tempo wzrostu gospodarczego jest spadek wydatków konsumpcyjnych. W ubiegłym roku spożycie prywatne obniżyło się realnie o 0,4 proc., a w roku bieżącym prognozy wzrostu nie przekraczają 0,5 proc. Co jest powodem takiej sytuacji? Odpowiedź nie jest prosta. Być może jest nią wysoki stopień nasycenia dobrami konsumpcyjnymi przy jednocześnie wzrastającej skłonności do oszczędzania starzejącego się społeczeństwa.
Z pewnością niski popyt konsumpcyjny w Niemczech ma wpływ na sytuację w Polsce. Pytanie tylko, czy jest on pozytywny, czy negatywny. Z jednej strony spadek wydatków konsumpcyjnych w Niemczech to potencjalnie niższy popyt na polskie towary i usługi. Z drugiej jednak strony - jeść trzeba, więc wysoka jakość i niskie ceny polskich towarów to atuty, dzięki którym pojawia się szansa na podbój oszczędnych niemieckich konsumentów, którzy przed wydaniem oglądają każde euro. Można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu.
Ponadto, wracając do źródeł wzrostu gospodarczego naszego zachodniego sąsiada, warto zauważyć, że wzrost eksportu tego kraju to również i wzrost eksportu z Polski, gdyż przeważają w nim wciąż towary nisko i średnio przetworzone, które są wykorzystywane w przemyśle niemieckim. Zatem im wyższy popyt na świecie na dobra produkcji niemieckiej, tym wyższy eksport z Polski.
Podsumowując: stagnacja w Niemczech nie musi wcale oznaczać stagnacji w Polsce.
Na początku przyjrzyjmy się bliżej determinantom wzrostu gospodarczego u naszego sąsiada i w Polsce. Głównym atutem i motorem wzrostu gospodarki niemieckiej jest eksport. W roku ubiegłym wartość wyeksportowanych towarów i usług wyniosła ponad 730 mld euro, blisko 10 proc. więcej niż w 2003. W tym samym czasie import wzrósł o 8 proc. i wyniósł 580 mld euro, dzięki czemu nadwyżka w handlu zagranicznym zwiększyła się o jedną piatą. I to właśnie pozytywne saldo obrotów z zagranicą uratowało gospodarkę niemiecką przed recesją, gdyż popyt wewnętrzny obniżył się realnie o 0,7 proc. Prognozy tegorocznego wzrostu zakładają bardzo podobny scenariusz, czyli silny wzrost eksportu przy wciąż dołującym popycie krajowym.
Podobna sytuacja była również i w Polsce, z tym drobnym wyjątkiem, że mimo wyraźnego zwiększenia dynamiki eksportu saldo handlu zagranicznego w 2004 roku było ujemne i takie będzie również w 2005 roku. Jednak znacznie szybsze tempo wzrostu polskiego eksportu w porównaniu z importem spowodowało istotne zmniejszenie deficytu, co w konsekwencji miało bardzo pozytywny wpływ na dynamikę PKB. Natomiast popyt krajowy, podobnie jak w Niemczech, rozwijał się znacznie wolniej, niż oczekiwano, głównie za sprawą wyhamowania wzrostu konsumpcji prywatnej.
Najnowsze dane GUS dotyczące wzrostu gospodarczego w I kwartale br. pokazują, że mimo silnej aprecjacji złotego w 2004 roku i na początku obecnego eksport pozostaje wciąż lokomotywą polskiej gospodarki, a jego udział w tworzeniu PKB ma większe znaczenie niż inwestycje czy konsumpcja prywatna!
Dlaczego o tym tyle piszę? Otóż w świetle przytoczonych danych widać wyraźnie, że problemem obu gospodarek nie jest wymiana handlowa, ale słaby popyt krajowy. Na naszym podwórku głównym powodem takiej sytuacji może być obawa przedsiębiorców co do trwałości ożywienia. Wpływa to na ograniczenie bądź ostrożność przy podejmowaniu inwestycji (w I kwartale br. inwestycje wzrosły realnie zaledwie o 1 proc., wobec 5,3 proc. w całym ubiegłym roku). Dodatkowym czynnikiem hamującym proces inwestycyjny jest utrzymujący się od kilku lat wysoki poziom deficytu budżetowego, którego finansowanie przez banki, przez zakup papierów skarbowych, przyczynia się do zmniejszenia aktywów dostępnych podmiotom pozarządowym. Mówiąc prościej, stwarza niezdrową konkurencję dla sektora pozarządowego, którego wiarygodność kredytowa, co ma istotne znaczenie przy ustalaniu ceny kredytu, jest mniejsza niż sektora publicznego.
W Niemczech głównym czynnikiem hamującym tempo wzrostu gospodarczego jest spadek wydatków konsumpcyjnych. W ubiegłym roku spożycie prywatne obniżyło się realnie o 0,4 proc., a w roku bieżącym prognozy wzrostu nie przekraczają 0,5 proc. Co jest powodem takiej sytuacji? Odpowiedź nie jest prosta. Być może jest nią wysoki stopień nasycenia dobrami konsumpcyjnymi przy jednocześnie wzrastającej skłonności do oszczędzania starzejącego się społeczeństwa.
Z pewnością niski popyt konsumpcyjny w Niemczech ma wpływ na sytuację w Polsce. Pytanie tylko, czy jest on pozytywny, czy negatywny. Z jednej strony spadek wydatków konsumpcyjnych w Niemczech to potencjalnie niższy popyt na polskie towary i usługi. Z drugiej jednak strony - jeść trzeba, więc wysoka jakość i niskie ceny polskich towarów to atuty, dzięki którym pojawia się szansa na podbój oszczędnych niemieckich konsumentów, którzy przed wydaniem oglądają każde euro. Można powiedzieć: szczęście w nieszczęściu.
Ponadto, wracając do źródeł wzrostu gospodarczego naszego zachodniego sąsiada, warto zauważyć, że wzrost eksportu tego kraju to również i wzrost eksportu z Polski, gdyż przeważają w nim wciąż towary nisko i średnio przetworzone, które są wykorzystywane w przemyśle niemieckim. Zatem im wyższy popyt na świecie na dobra produkcji niemieckiej, tym wyższy eksport z Polski.
Podsumowując: stagnacja w Niemczech nie musi wcale oznaczać stagnacji w Polsce.