Jones porusza w swoim filmie bardzo istotny problem społeczny, ale nie próbuje moralizować, przekonywać widza do swego punktu widzenia. On po prostu nakręcił przepiękny film o życiu na pograniczu. "Trzy pogrzeby..." smakuje się powoli. Jego akcja rozkręca się bardzo leniwie (film wydaje się być dużo dłuższy niż niecałe dwie godziny), początek jest wręcz nudny. Ale nie można dać zwieść się pozorom. Mimo że wydarzenia w filmie rozgrywają się w tempie idącego stępa konia, co jakiś czas Jones podrzuca widzowi jakiś kąsek. Wszystko dzieje się wolno, więc jest dużo czasu, aby w nim zasmakować i jego smak zapamiętać. A gdy zaczyna on nas nużyć, zaraz pojawia się coś nowego. I tak do samego końca.
Tommy Lee Jones kręci inne filmy niż Clint Eastwood. Ale dzieła tych dwóch mistrzów kina mają jedną wspólną cechę: są bardzo skromne i proste. Niewiele w nich fajerwerków, ale ten, które są, to kino najwyższej próby. Widać zawód aktora jest świetną szkoła reżyserowania.
Agaton Koziński
"Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady" ("Three Burials of Melquiades Estrada"), reż. Tommy Lee Jones, Francja/USA, 2005