Iracki wybielacz

Iracki wybielacz

Winston Churchill za pamiętniki dostał Nagrodę Nobla. Paul Bremer za swoją książkę może co najwyżej liczyć na nagrodę od Ace - najpopularniejszego wybielacza.
"Mój rok w Iraku", czyli książka popełniona przez Bremera, została napisana tylko po to, aby udowodnić jedną tezę: że za niepowodzenie misji w Iraku odpowiada każdy, tylko nie Bremer. Autor zalewa więc czytelników lawiną nazwisk ludzi, którzy na swoje barki powinni wziąć odpowiedzialność za tę misję: od prezydenta Busha i jego doradczyni Condoleezzy Rice, przez Donalda Rumsfelda, Dicka Cheneya, Paula Wolfowitza do naszego generała Andrzeja Tyszkiewicza i innych dowódców wojsk koalicyjnych.

Przypomnijmy więc, czym zasłynął Bremer w czasie swej 13-miesięcznej pracy w Iraku. Przyjechał do tego kraju z uprawnieniami porównywalnymi do tych, jakie gen. Douglas MacArthur miał w Japonii po II wojnie światowej. Od początku zasłynął z arogancji, która miała maskować jego brak zdecydowania. Regularnie zmieniał zdanie - próbował przekazać pełnię władzy w kraju Irakijczykom, by po kilku miesiącach zastąpić ich Amerykanami. Jego decyzja o rozwiązaniu irackiej armii doprowadziła do tego, że przeszkoleni żołnierze zasilili szeregi rebeliantów Moktady as-Sadra. A jego zakaz sprawowania urzędów państwowych przez byłych członków (nawet szeregowych) partii Saddama Baas sprawił, że brakowało wykwalifikowanych ludzi na każdym szczebli administracji.

Misja w Iraku jest bardzo trudna, opanowanie tam sytuacji to zadanie prawdopodobnie dla kilku pokoleń. Bardzo ciężko przy tak skomplikowanych zadaniach nie popełnić żadnego błędu i na pewno nikt od Bremera nie oczekiwał, że będzie nieomylny. Ale można by oczekiwać od niego konstruktywnych uwag opartych na jego irackich doświadczeniach, a nie tylko prób wybielenia samego siebie.

Agaton Koziński

Czytaj także

 0