Zaskakujący wybór Akademi Filmowej przejdzie do historii jako jeden z najtrafniejszych w prawie 80-letniej historii przyznawania Oscarów.
Nie było wątpliwości, że triumf w tym roku odniesie kino zaangażowane - większość krytyków przychylała się do opinii, że oscarowy bank rozbije "Tajemnica Brokeback Mountain", niektórzy obstawiali kontrowersyjne "Monachium", ewentualnie "Good Night and Good Luck", film o granicach wolności słowa. Tymczasem statuetkę dla najlepszego obrazu zgarnął dramat "Miasto gniewu", film poruszający problem rasizmu. Ta produkcja bardzo umiejętnie dotyka kwestii podziałów rasowych występujących w międzynarodowym tyglu, jakim jest Los Angeles. Jednak dzieło Paula Haggisa to film skromny, daleko mu do rozmachu obrazów Stevena Spielberga czy Anga Lee. Dlatego tamte dzieła były faworytami, a jednak musiały ustąpić pola Miastu Gniewu - "Tajemnicę..." wyróżniono (jak najbardziej zasłużenie) za reżyserię oraz w dwóch mniej istotnych kategoriach, "Monachium" w ogóle nie zauważono.
Dobrze dla kina się stało, że uhonorowano właśnie "Miasto gniewu" oraz "Tajemnicę...", bowiem Paul Haggis oraz Ang Lee to przyszłość kinematografii. Haggis jest początkującym reżyserem, Lee ma wprawdzie już sporo sukcesów na koncie ("Hulk", "Przyczajony tygrys, ukryty smok"), jednak ten twórca ciągle szuka, nie pozwala sobie na komfort trwania w jednej formie. Przy całym szacunku dla Spielberga ten reżyser prochu już nie wymyśli. A kino potrzebuje świeżego spojrzenia, bowiem właściwie od "Pulp Fiction" nie pojawiło się w nim nic nowego. Haggis i Lee dają nadzieję, że taki przełom niedługo nastąpi.
Agaton Koziński