Dziś, odrywając się od Serbii Czarnogóra zbliża się do europejskiej cywilizacji zachodniej, ale tym razem Zachód, a dokładnie Unia Europejska, najwyraźniej nie jest przygotowana na to towarzystwo. Hiszpania obawia się, że pokojowy rozwód Serbii i Czarnogóry może posłużyć jako niebezpieczny wzór do naśladowania dla Kraju Basków i Katalonii. Precedensu na Bałkanach obawiają się Belgowie i Brytyjczycy. I tylko Niemcy siedzą cicho, bo jako największy kraj UE pierwsze uznały niepodległość Chorwacji i Słowenii, popierając tym samym prawo innych narodów byłej Jugosławii do niezależności.
Unia ma też inne, nie mniej ważne, obawy. Przyjęcie kolejnych, podobnych Czarnogórze minipaństw, które mogą niebawem dołączyć do listy ubiegających się o członkostwo ( np. Kosowo) może wręcz grozić paraliżem przy podejmowaniu decyzji w ramach Wspólnoty. Wystarczy wspomnieć prawo veta, które gwarantowane jest wszystkim członkom. Nie mówiąc już o większych wydatkach budżetowych.
Czarnogórcy doskonale jednak wiedzą, że tylko tą drogą mogą wybić się z cienia Serbii i związanego z tym zacofania cywilizacyjnego. W Unii Europejskiej są już przecież równie maleńkie: Luksemburg, Malta i Cypr. Dziś bogate, ale 30 lat temu wcale takie nie były. Stały się zamożne właśnie dlatego, że są niepodległe i dzięki temu mogły prowadzić politykę na miarę swoich ambicji. Czarnogóra też ma do tego prawo.
Krzysztof Grzegrzółka