W ostatnich latach Caracas był pod dyplomatyczno-politycznym ostrzałem z jednej strony Waszyngtonu, a z drugiej Brukseli (rozumianej oczywiście nie jako Królestwo Belgii, ale jako Unia Europejska). Amerykanie potępiali w czambuł dyktaturę Senora Maduro, UE czyniła to nie mniej ostro. Na końcu USA podjęło skuteczną interwencję militarną, a Unia pokazała po raz kolejny, że jest bezzębnym dziadem, który może tylko krytykować, grozić i wprowadzać sankcje gospodarcze, ale żadnego antydemokratycznego reżimu nie obali. Donald Trump pokazał sprawczość i skuteczność, a Ursula von der Leyen ujawniła po raz kolejny, tym razem na amerykańskim tle, przerażająca bezradność.
To, co napisałem powyżej nie jest pochwałą Białego Domu, bo amerykański desant może mieć również negatywne i to daleko idące konsekwencje. To, co napisałem jest natomiast krytyką sparaliżowanej, gdy chodzi o realne działania, UE -27.
To jasne, że Stany Zjednoczone Ameryki zaatakowały Wenezuelę nie dlatego, że kochają demokrację ponad wszystko i odtąd będą polować na dyktatorów w każdym zakątku globu. Błyskawiczna akcja w Caracas została przeprowadzona pod pretekstem walki z kartelami narkotykowymi, ale nie dajmy się zwariować: to tylko pretekst, bo Wenezuela, która jest narkotykowym hubem, a nie producentem szmuglowała narkotyki do Europy, a nie do drugiej, północnej Ameryki.
Tak naprawdę prezydent Trump chciał osiągnąć dwa cele. Po pierwsze ograniczyć wpływy Chin, które inwestowały w Amerykę Łacińską, w tym w Wenezuelę dużo więcej niż np. w Afrykę, choć dla wielu nie jest to oczywiste, bo stereotyp „chińskiej Afryki” bardziej przemawia do wyobraźni niż gospodarcza kolonizacja kontynentu południowoamerykańskiego przez Pekin. Po drugie, 47. (i 45. też) prezydent USA chciał również spektakularnie pokazać, że Ameryka Łacińska to obszar wyłącznie wpływów USA.
Tyle, że tutaj zaczyna się problem dla nas, dla Polski, bo amerykańska interwencja daje, niestety, lepsze karty Rosji do tłumaczenia, że jej strefami wpływów są np. Azja Środkowa, Południowy Kaukaz czy Ukraina.
To, co się stało z Wenezuelą to krok w kierunku ponownego podziału świata na strefy wpływów, co nie oznacza, że tak się stanie na pewno. W tym jednak kontekście casus Wenezueli to może być zła wiadomość dla Polski.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.