O ile za prezydenta Josepha R. Bidena Stany Zjednoczone Ameryki nie były aktywne w tym postsowieckim regionie, o tyle bardzo się to zmieniło już w pierwszych miesiącach prezydentury Donalda J. Trumpa. To samo zresztą dzieje się w innym ważnym obszarze postsowieckim, jakim jest Azja Środkowa. Zapewne niemała część amerykańskich wyborców głosowała na republikańskiego kandydata w nadziei na to, że USA przestaną dokonywać ekspansji zewnętrznej i skupią się na problemach wewnętrznych. Tymczasem obecny Biały Dom prowadzi politykę zagraniczną, określę to zastrzegając prawa autorskie, „kompleksowo ekspansjonistyczną”.
Uważam, że USA ograniczają wpływy Rosji na Południowym Kaukazie (tak samo zresztą jak w Azji centralnej). To fakt, jednak jednocześnie – o czym się już w ogóle nie mówi – Waszyngton ogranicza tam także wpływy Unii Europejskiej. Poprzednik Antonio Costy na stanowisku przewodniczącego RE, były premier Królestwa Belgii Charles Michel, wykazywał sporą aktywność w tymże regionie, ale ostatecznie przegrał, a wraz z nim cała Unia Europejska, rywalizację z Federacją Rosyjską i Putinem. Dzisiaj UE też przegrywa, ale tym razem z... USA.
Z rozwoju sytuacji na Kaukazie Południowym cieszy się dyplomacja turecka, bo fakt bycia przez Stany Zjednoczone Ameryki negocjatorem strategicznego konfliktu południowokaukaskiego o Górski Karabach jest bardziej korzystne dla Baku niż Erywania. Przypomnę, że gdy owym „rozjemcą” była Moskwa to wyraźnie faworyzowała – po roku 1990 – Erywań. Amerykanie w warstwie politycznej „westernizujac” Armenię jednocześnie w praktyce wzmacniają Azerbejdżan i utrwalają „status quo” po niedawnej zwycięskiej dla niego wojnie z Armenią, w której turecki sprzęt militarny w rękach Azerów okazał się skuteczniejszy niż rosyjski ekwipunek na wyposażeniu Ormian.
Skoro już o Turcji mowa, to Amerykanie, przy niechęci Izraela, wspierają Ankarę jako głównego rozgrywającego w Syrii, a także starają się nie być na kursie kolizyjnym z Turkami w regionie ich tradycyjnych wpływów historycznych, kulturowych, językowych i gospodarczych, czyli w postsowieckiej Azji. Tam na ekspansji Amerykanów traci przede wszystkim Rosja.
W tej grze duży spokój zachowują Chiny, wiedząc, że czas gra na ich korzyść – szczególnie na „long term”. Bo na „short term” Pekin – co pokazała rozmowa telefoniczna prezydenta Xi z prezydentem Trumpem – zawarł niepisany pakt o nieagresji z Waszyngtonem. Dzieje się? To mało powiedziane.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.