Od września 2027 roku szkoły ponadpodstawowe mają działać według nowych zasad. Ministerstwo Edukacji Narodowej planuje reformę, która ograniczy liczbę godzin przedmiotów rozszerzonych i przesunie ich start na późniejsze klasy. Część nauczycieli i ekspertów ostrzega jednak, że te zmiany mogą zaszkodzić uczniom, zwłaszcza tym z mniejszych miejscowości.
Projekt przygotowany przez Instytut Badań Edukacyjnych zakłada, że rozszerzenia nie będą zaczynały się w pierwszej klasie, jak dotychczas. Zamiast tego pojawią się dopiero w drugiej lub trzeciej klasie liceum albo technikum. O tym, kiedy dokładnie, ma decydować dyrektor szkoły.
Dodatkowo zmniejszy się łączna liczba godzin rozszerzeń – z 22 do 18 w całym cyklu nauki.
Uczniowie stracą nawet 120 godzin nauki. Nauczyciele alarmują
Środowisko nauczycielskie na tę propozycję reaguje bardzo ostro. Dr Karol Dudek-Różycki, członek Rady do spraw Monitorowania Wdrażania Reformy Oświaty oraz przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, policzył, że w praktyce oznacza to co najmniej 120 godzin mniej na każdy przedmiot rozszerzony w trakcie nauki w liceum.
Zarówno Rada, jak i Stowarzyszenie przesłały do Ministerstwa Edukacji Narodowej krytyczne opinie. Jedna z nich zawiera bardzo mocną ocenę projektu: „Nie powinien ujrzeć światła dziennego”.
Zdaniem nauczycieli mniej godzin oznacza gorsze przygotowanie do matury, studiów i konkursów przedmiotowych. Obawiają się też, że szkoły w dużych miastach poradzą sobie lepiej niż te w mniejszych miejscowościach.
Ministerstwo tłumaczy. Nie każdy uczeń musi iść na studia
MEN odpowiada, że reforma – nazywana „Kompasem Jutra” – ma lepiej dopasować szkołę do potrzeb różnych uczniów.
Resort podkreśla, że sukces edukacyjny nie dla wszystkich znaczy to samo. Dla jednych będzie nim wysoki wynik z matury rozszerzonej, dla innych samo zdanie matury, a dla jeszcze innych zdobycie konkretnych umiejętności zawodowych.
MEN zwraca też uwagę na uczniów techników, którzy już dziś mają bardzo dużo zajęć, praktyk i egzaminów zawodowych. Według resortu przesunięcie rozszerzeń na później może ich odciążyć.
– Jedni nauczyciele mówią tak, drudzy mówią inaczej. Podstawy, ramówki, które zostały pokazane w tej chwili, są konsultowane i są tworzone przez również nauczycieli. To jest dokument Instytutu Badań Edukacyjnych, trafia do konsultacji, na razie w ramach IBE – uspokajała na antenie TVN24 Barbara Nowacka, szefowa MEN. – Natomiast kiedy rozmawiam z nauczycielami, szczególnie mówimy o technikach, mówią: uczniowie w trzeciej, czwartej klasie są przeciążeni nauką. Oni mają regularne egzaminy zawodowe, przygotowują się na studia, mają bardzo dużo pracy, mają zarówno tę wiedzę ogólną, jak i bardzo specyficzną wiedzę w dziedzinach, które sobie wybrali – dodała ministra edukacji.
Więcej władzy dla dyrektora
Zgodnie z planem liczba godzin pozostających w dyspozycji dyrektora szkoły wzrośnie z trzech do sześciu. Ministerstwo przekonuje, że dzięki temu dyrektorzy będą mogli elastycznie reagować na potrzeby uczniów i organizować dodatkowe zajęcia, także z rozszerzeń.
Nauczyciele widzą w tym jednak poważne ryzyko. Zwracają uwagę, że już dziś szkoły „kombinują”, by zmieścić więcej matematyki czy biologii, ukrywając dodatkowe lekcje pod innymi nazwami.
– Może w ogóle zrezygnujmy z rozszerzeń i będzie po kłopocie – mówi dziennikarzom Gazety Wyborczej Jacek Kaczor, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego im. Bartłomieja Nowodworskiego w Krakowie.
Zdaniem nauczycieli duże miasta poradzą sobie z brakami, bo rodzice, samorządy albo rady rodziców sfinansują dodatkowe lekcje. Gorzej będzie w mniejszych miejscowościach.
„Korepetytorzy już zacierają ręce”
Dr Dudek-Różycki ostrzega, że większa swoboda dyrektorów nie zawsze zadziała na korzyść uczniów.
– Znowu skazujemy wsie na banicję intelektualną, a społeczeństwo na jeszcze większe rozwarstwienie. Korepetytorzy już zacierają ręce – mówi.
Podobne obawy ma Polskie Stowarzyszenie Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych. W liście do MEN organizacja pisze wprost, że mniej godzin rozszerzeń oznacza więcej korepetycji i większe różnice między szkołami publicznymi a prywatnymi.
Rada do spraw Monitorowania Wdrażania Reformy Edukacji imienia Komisji Edukacji Narodowej dodaje, że późniejszy start rozszerzeń może utrudnić przygotowanie do olimpiad i konkursów, a w trzeciej klasie doprowadzić do „upchnięcia” materiału tuż przed maturą.
Co dalej?
Ministerstwo zapowiada konsultacje społeczne i zapewnia, że jest otwarte na zmiany w projekcie. Reforma miałaby wejść w życie we wrześniu 2027 roku.
Na razie jednak w środowisku nauczycieli dominuje sceptycyzm. Wielu z nich obawia się, że zamiast odciążyć uczniów, reforma przerzuci ciężar nauki poza szkołę – do korepetytorów i prywatnych placówek.
Czytaj też:
Uczniowie mają za dużo wolnego? Wiceszefowa MEN zabrała głosCzytaj też:
MEN szykuje rewolucję w przedszkolach? Resort Nowackiej chce ważnej zmiany
