W kuluarach mówi się, że to widmo dymisji wiszące nad szefową resortu edukacji może być bezpośrednim powodem przyspieszenia prac nad zmianami w prawie oświatowym.
Wykaz prac legislacyjnych rządu właśnie rozszerzył się o projekt ustawy regulującej korzystanie ze smartfonów w szkołach. Uczniowie już od 1 września 2026 roku będą musieli zmierzyć się ze sporą zmianą – używanie telefonów ma być zakazane, przy wyłączeniu sytuacji zdrowotnych i dydaktycznych. Ograniczenie już teraz działa w części szkół w Polsce, ale we wrześniu objęte nim zostaną odgórnie wszystkie placówki.
Z danych Fundacji Grow Space wynika, że zakaz funkcjonuje w 51 procent szkół, a aż 90 procent uregulowało tę kwestię w swoich statutach.
Problem jednak w tym, że nowe przepisy niewiele zmieniają w kwestii egzekwowania zasad. Nauczyciele nadal nie będą mogli odbierać uczniom telefonów – stanowią wszak one ich własność. W praktyce mają możliwość odnotowania tego w ocenach z zachowania danego ucznia. Co ciekawe, sama Barbara Nowacka stwierdziła ostatnio, że ocena z zachowania to „przeżytek” działający jedynie w Polsce i Białorusi.
Czy zakaz ma sens?
Jak już informowaliśmy wcześniej, to, w jaki egzekwowany będzie zakaz, MEN zostawił szkołom. Placówki, które wprowadziły już zmiany podchodzą do nich w różny sposób – uczniowie zostawiają telefony w szafkach, depozytach czy magnetycznie blokowanych woreczkach. Nierzadko wystarczające jest trzymanie wyłączonego smartfona w plecaku.
Ograniczenia jednak mają objąć wyłącznie publiczne szkoły podstawowe – placówki niepubliczne i szkoły ponadpodstawowe nie będą nimi objęte, mogąc uregulować tę kwestię we własnym zakresie.
Skoro nie wszyscy uczniowie zostaną objęci zakazem, czy wprowadzanie regulacji w tak ograniczonym zakresie ma sens?
Wątpliwości wybrzmiewają mocniej zwłaszcza w kontekście danych z raportu „Diagnoza Młodzieży 2026”. Wynika z niego, że aż 71 procent młodych osób przyznaje się do uzależnienia od telefonu – a to ma olbrzymi wpływ na zdrowie psychiczne młodzieży. Dodatkowo niemal połowa nastolatków zmaga się z bardzo niską samooceną, a 17 procent uczniów w wieku 13-17 lat deklaruje, że ma za sobą praktykę samookaleczenia.
Mimo tych alarmujących danych zakres regulacji pozostaje ograniczony. Dlaczego?
MEN ruszył z kopyta. Powód? Presja Donalda Tuska
– Przyspieszenie prac nad zakazem telefonów w szkołach nastąpiło na życzenie Donalda Tuska – przyznała w ostatnich dniach ministra Barbara Nowacka. Jak nieoficjalnie słyszą dziennikarze Rzeczpospolitej, premier miał przejąć się wspomnianą wcześniej „Diagnozą Młodzieży”, którą szefowa MEN miała przynieść na posiedzenie rządu.
Nie milkną też pogłoski o planowanej małej rekonstrukcji rządu, mającej objąć trzy ministry – kultury Martę Cienkowską, zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę i właśnie Barbarę Nowacką. Spekulacje zostały szybko zdementowane przez premiera Tuska – trudno zresztą przypuszczać, że mógłby odwołać szefową MEN tuż przed wprowadzeniem głośnej reformy „Kompas Jutra” – jak wiele zmian, tak i ta ma wejść w życie 1 września 2026 roku.
Jednocześnie trudno nie zauważyć sporego przyspieszenia w resorcie edukacji: poza pracami nad wprowadzeniem zakazu korzystania ze smartfonów w szkołach trwają również prace nad ograniczeniem dostępu dzieci poniżej 15. roku życia do mediów społecznościowych oraz nad zmianami w systemie wynagradzania nauczycieli.
Reforma MEN w toku. Obejmie nauczycieli
Kilka dni temu związki zawodowe związane z oświatą dostały od MEN do zaopiniowania propozycje zmian przygotowane przez resort.
Zakładają między innymi jasne określenie czasu pracy w szkole lub miejscu wskazanym przez dyrektora, nowe zasady rozliczania godzin nadliczbowych, wprowadzenie okresów rozliczeniowych trwających od 4 do 6 miesięcy czy rekompensaty finansowe za dodatkową pracę, w tym wycieczki.
Planowane jest również powiązanie wynagrodzeń nauczycieli z zewnętrznym wskaźnikiem ekonomicznym. Nad szczegółami pracuje minister finansów – Andrzej Domański.
Związki mają teraz trzy miesiące na odniesienie się do wspomnianych propozycji.
Barbara Nowacka pod presją
W najbliższym czasie ministra Nowacka będzie musiała podjąć także decyzję związaną z edukacją zdrowotną. Wszystko wskazuje na to, że będzie to przedmiot obowiązkowy.
Niewątpliwie zdecydowane i konkretne działania są ministrze Nowackiej bardzo potrzebne, bowiem – jak wynika z badań sondażowni United Surveys dla Wirtualnej Polski – pracę polityczki pozytywnie ocenia 39,1 procent respondentów, a negatywnie – 47,6 procent ankietowanych.
Czytaj też:
Kontrowersyjne kadry ze szkół. „To nigdy nie powinno się wydarzyć”Czytaj też:
Edukacja włączająca pod ostrzałem. „Dziecko rzuciło krzesłem”
