Edukacja włączająca miała być ukłonem w stronę równości i dziecięcej integracji. Okazuje się jednak częściej olbrzymim wyzwaniem dla pedagogów. Klasy liczące ponad 25 uczniów, dzieci z różnymi potrzebami edukacyjnymi, uczniowie z doświadczeniem migracyjnym i ci szczególnie uzdolnieni – wszyscy trafiają do jednej przestrzeni.
– Takie są realia. Teraz przygotowujemy się do egzaminów ósmoklasisty. Mniej więcej połowa uczniów wymaga indywidualnych dostosowań. Jedni potrzebują słowników, inni specjalnych nakładek na arkusze, kolejni większej czcionki albo wydłużonego czasu pracy – przyznaje w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” Ewa Kowalczyk, wieloletnia nauczycielka i konsultantka Dolnośląskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli we Wrocławiu.
Edukacja włączająca. Minuta na ucznia
Jak opisuje, w jednej klasie może być nawet kilkoro uczniów z opiniami poradni psychologiczno-pedagogicznych, dzieci wymagające specjalnego wsparcia, uczniowie przewlekle chorzy czy osoby powtarzające rok.
Ewa Kowalczyk zaznacza, że w praktyce brakuje czasu na indywidualne podejście do dziecka. – Edukacja włączająca opiera się na indywidualnym podejściu do każdego ucznia: dostosowaniu metod pracy, tempa nauki, form sprawdzania wiedzy, sposobu komunikacji. W praktyce nie ma na to czasu – mówi i wyjaśnia, że skoro lekcja trwa 45 minut, a realnie na naukę zostaje około 35, przy 25 uczniach oznacza to… około minutę uwagi na osobę.
Jak dodaje ekspertka, nauczyciele muszą być przygotowani na szerokie spektrum dysfunkcji: to może być niedowidzenie, niepełnosprawność intelektualna w stopniu lekkim, autyzm. – Z tym wiążą się różne zalecenia. Obecność nauczyciela wspomagającego nie rozwiązuje problemu; gdy tłumaczy materiał jednemu dziecku, pozostałe czekają – stwierdza.
Wyjaśnia, że rozwiązaniem są małe grupy uczniów. – Kiedyś pracowałam w szkole terapeutycznej, do której trafiały dzieci mające trudności społeczne, emocjonalne czy z opanowaniem podstawy programowej. Przedmioty były prowadzone w formie terapii edukacyjnej. My, nauczyciele, mogliśmy skupić się na indywidualnym podejściu i pracy w grupach 5-6-osobowych – opisuje, chwaląc postępy uczniów.
W szkołach dochodzi do przemocy. Nauczyciele bezradni
Coraz większym problemem staje się również agresja wśród uczniów. Nauczyciele mierzą się z sytuacjami, które jeszcze kilka lat temu były rzadkością. – Sama widziałam, jak dziecko wzięło krzesło z metalowymi nogami i rzuciło nim przez całą klasę – mówi Ewa Kowalczyk i podkreśla, że nie wszystkie trudne zachowania wynikają z zaburzeń czy chorób. Często są efektem środowiska, jakie panuje w domu ucznia lub od jego obserwacji innych osób.
W skrajnych przypadkach dochodzi nawet do fizycznej przemocy wobec nauczycieli. Jak podkreśla rozmówczyni „Gazety Wyborczej”, nauczyciele czują się bezradni. – Prowokujący uczniowie i roszczeniowi, atakujący rodzice, a także odpowiedzialność za wszystkie nieprzewidywalne sytuacje, zagrażające bezpieczeństwu innych uczniów, powodują frustracje u nauczycieli – wskazuje.
System co prawda jakoś reaguje: wzywani są opiekunowie, czasem policja, powoływane są zespoły wychowawczo-pedagogiczne. – Jeśli to nie pomaga, a rodzice nie chcą współpracować, można poprosić o pomoc instytucje zewnętrzne, typu miejski ośrodek pomocy społecznej czy sąd rodzinny. Jednak postępowania trwają długo i nie rozwiązują problemów szkoły na bieżąco – podkreśla ekspertka.
„Nie ma czasu, żeby dobierać słowa”
Nauczyciele coraz częściej słyszą, że muszą ważyć każde słowo i zachowanie. Problem w tym, że nie zawsze jest to możliwe, bo przecież pedagog to też człowiek i ma swoje emocje. – Nauczyciel musi uważać na słownictwo: zamiast „co zrobiłeś?„ powiedzieć „zastanów się, czy to, co zrobiłeś, było sensowne”. Ale jeśli dziecko wbija drugiemu ołówek w plecy, nie ma czasu, żeby dobierać słowa. Nauczyciel rzuca hasło „zostaw to„ albo nawet krzyknie, bo też ma emocje. A to też niedobrze, bo dziecko się wystraszyło, a pani krzyczy na lekcjach – opowiada Ewa Kowalczyk.
Zmieniają się również relacje z rodzicami. Coraz częściej szkoła spotyka się z roszczeniową postawą i brakiem współpracy. – Szkoła zaczęła przejmować funkcje wychowawcze rodziców i teraz są tego owoce – ocenia ekspertka.
Zdaniem Kowalczyk bez zmian systemowych sytuacja będzie się tylko pogarszać. Nauczyciele – przez rosnącą frustrację i obciążenie psychiczne – zaczną masowo rezygnować ze swojego zawodu, a rodzice coraz częściej będą decydować się na szkoły prywatne.
To z kolei może doprowadzić do wyraźnego podziału edukacji – na placówki „elitarne” i ogólnodostępne. – Jeśli nie wprowadzimy systemowych rozwiązań, pozostaje nam czekać na kolejne tragedie – podsumowuje ekspertka.
Czytaj też:
Wracają do Polski, ale nie do tej samej szkoły. „Niewidzialne wyzwania dzieci z emigracji”Czytaj też:
Ważą się losy nowego przedmiotu w polskich szkołach. MEN „paraliżuje” plany nauczycieli
