Czym jest edukacja włączająca, dlaczego przez Internet przechodzi fala oburzenia z nią związana i jak pogodzić racje wielu stron, mówi doktor Marcin Jurzysta, nauczyciel w III LO w Rzeszowie, wykładowca akademicki i prezes Inicjatywy Społecznej Dziś dla Jutra.
Pana Stowarzyszenie bardzo mocno zaangażowało się w ideę edukacji włączającej. Dlaczego?
Marcin Jurzysta: Mógłbym powołać się tu na normy i dyrektywy unijne, ale powiem po prostu – bo tak czuję. Bo jestem człowiekiem, nauczycielem, działaczem społecznym i osobą z niepełnosprawnością. Wspieram wraz z moim stowarzyszeniem tę ideę, bo sam nie tylko jako naukowiec, ale także nauczyciel praktyk, widzę jej świetne efekty. Na edukacji włączającej korzystają wszyscy. Zarówno uczniowie z niepełnosprawnościami, jak i uczniowie bez różnorakich obciążeń. Dzieci z niepełnosprawnościami mają szansę uczyć się i rozwijać w otwartym środowisku. Dzięki temu mogą wyjść ze swej bańki niepełnosprawności, zdobywać wiedzę i nawiązywać kontakty interpersonalne w taki sam sposób jak wszyscy ich rówieśnicy. Inni uczniowie uczą się natomiast empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, dzięki czemu przekonują się, że jesteśmy różni, a żadna niepełnosprawność, odmienny wygląd czy narodowość nie czyni człowieka gorszym od innych.
Jak już powiedziałem, sam jestem osobą z niepełnosprawnością ruchową, więc czerpię także z własnych doświadczeń. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych uczęszczałem do zwykłej szkoły powszechnej, pomimo że mojej mamie zaproponowano dla mnie nauczanie domowe. Myślę, że m.in., dzięki jej uporowi dziś jestem tu, gdzie jestem, i tym, kim jestem. Nie łudźmy się. Nauczanie indywidualne nie daje młodemu człowiekowi z niepełnosprawnością pełnej możliwości kontaktu z rówieśnikami. Choćby nauczyciele nie wiem jak się starali, nie wypełnią luki kontaktów interpersonalnych, które buduje każdy młody człowiek na tym etapie rozwoju. O ile możemy przypuszczać, że nauczanie domowe może być jakimś rozwiązaniem dla uczniów z czasowymi kłopotami zdrowotnymi, którzy po ustabilizowaniu się ich sytuacji życiowej w naturalny sposób odbudują swoje kontakty w grupie rówieśniczej, o tyle w przypadku uczniów i uczennic z trwałą niepełnosprawnością nauczanie domowe może być jednym z czynników wpływających na ich późniejszą izolację społeczną w dorosłym życiu.
Czym zatem jest edukacja włączająca?
Chcę tu odczarować pewien mit. Edukacja włączająca nie jest jakąś akcją lub narzuconym elementem działań edukacyjnych, który dyrektorzy i nauczyciele mają realizować w odgórnie ustalonych schematach – a przynajmniej nie powinno tak być. Ja to widzę jako proces, w którym wszyscy, a więc dyrekcja, nauczyciele, pedagodzy, zespoły klasowe, rodzice oraz organy prowadzące szkoły, powinni stwarzać warunki, do tego, by dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych uczyły się funkcjonować w społeczeństwie. A gdzie mają się tego nauczyć, jak nie w szkole?
Jednak zapewne zdaje Pan sobie sprawę z tego, że ów proces może być bardzo uciążliwy. Słyszałam o sytuacji, gdy w jednej klasie jest kilkoro dzieci z różnymi niepełnosprawnościami.
Pani Redaktor, nikt nie mówi, że to jest łatwe. Moje stowarzyszenie chce wspierać tutaj zarówno takich uczniów, jak również ich rodziców i nauczycieli. Rozumiem, że ogarnięcie sytuacji w klasie, gdzie jedno dziecko potrzebuje wyciszenia, inne biega, krzyczy lub trzeba mu pomóc spakować plecak po lekcji, jest wyzwaniem. Tylko pamiętajmy, że nauczyciel nie jest – a przynajmniej nie powinien być – w tym procesie sam. Na wcześniejszym etapie edukacji, sprawdza się idea nauczycieli wspomagających, którzy zapewniają lub właśnie wspomagają logistykę funkcjonowania klas tak, by nauczyciel przedmiotu skupił się na nauczaniu. Gdy uczniowie są starsi, ważna jest rola wychowawców i pedagogów szkolnych, którzy pokazują młodzieży, jak reagować w konkretnych sytuacjach. Ja pracuję z młodzieżą i absolutnie nie wierzę, że jest ona egoistyczna. Trzeba tylko umieć z nią rozmawiać o tym, że dookoła nas żyją ludzie, którzy z różnych przyczyn potrzebują naszego wsparcia, nawet gdy zachowania tych osób wydają się nam dziwne, to nie oznacza, że wynikają one ze złej woli. Dziś rolą nauczycieli jest uczyć dzieciaki wglądu w siebie, aby lepiej rozumiały drugiego człowieka. Edukacja włączająca dotyczy nie tylko włączania w proces edukacyjny uczniów o specjalnych potrzebach, ale przede wszystkim jest nauką rozpoznawania swoich własnych potrzeb, wyrażania ich i umiejętności właściwej reakcji na bodźce z otoczenia.
Ostatnio słyszy się coraz większy sprzeciw rodziców wobec edukacji włączającej…
Powiem szczerze, że jestem tym przerażony! Ja rozumiem, że rodzice się boją. Ksenofobia niestety była i jest obecna w naszym społeczeństwie. O tym, dlaczego tak się dzieje, można dużo mówić. To dotyczy nie tylko dzieci czy osób z niepełnosprawnościami, ale też uchodźców z Ukrainy lub osób LGBTQ+. Dla mnie to bardzo zaskakujące, że w tak religijnym społeczeństwie, jest tak ogromna nietolerancja.
Nie rozumiem, jakie poglądy polityczne każą odbierać innym prawo do rozwoju. A na pewno poglądy nie mogą być powodem do krzywdzenia ludzi najbardziej dotkniętych przez los. A ograniczenie dostępu do edukacji jest taką krzywdą! Czasem wystarczy jedna chwila, by każdy z nas na skutek choroby czy nieszczęśliwego zbiegu okoliczności stał się osobą z niepełnosprawnością. Zastanawiam się, czy ci sami rodzice, którzy dziś tak głośno protestują przeciwko edukacji włączającej, nie zmieniliby zdania, gdyby sytuacja z niepełnosprawnością dotyczyła ich dziecka.
Innym argumentem, z którym ciężko dyskutować jest poziom nauczania w klasach integracyjnych.
To kolejny mit, który trzeba obalić. Nie ma dowodów na to, że w klasach, do których chodzą uczniowie z niepełnosprawnościami, poziom jest niższy. Często jest wręcz przeciwnie. Badania mówią nawet o tym, że w klasach integracyjnych młodzież ma lepsze wyniki, jeśli chodzi o tzw. kompetencje miękkie, które są kluczowe na współczesnym, szybko zmieniającym się rynku pracy. W klasach integracyjnych wysokofunkcjonujący autystycy osiągają często ponadprzeciętne wyniki. Nie wyobrażam sobie sytuacji, aby takie osoby miałyby kształcić się tak, jak postulują skrajne środowiska, czyli w szkołach specjalnych!
Poziom polskiej szkoły jest różny, co jest wynikiem wielu nakładających się na siebie czynników. Sam jako nauczyciel widzę, ile pracy i energii wkłada w proces dydaktyczny grono pedagogiczne, a także sami uczniowie. Problemem jest sytuacja na prowincji, gdzie często po prostu brakuje nauczycieli, co skutkuje m.in. tym, że w małych miejscowościach np. katechetka może uczyć jednocześnie historii i przyrody. W takich szkołach, gdzie brakuje wykwalifikowanych nauczycieli konkretnych przedmiotów ogólnokształcących, siłą rzeczy brakuje także osób, które mogą kompetentnie zająć się dziećmi o szczególnych potrzebach edukacyjnych. I chyba w tym tkwi największy problem.
I tu dochodzimy do rozwiązań systemowych. Dlaczego politycy nie chcą zająć się rozwiązaniem tej kwestii?
Nie wiem, czy nie chcą. Może nie widzą takiej przestrzeni. Może mają różne koncepcje. Pamiętajmy, że ten rząd jest mozaiką wielu frakcji. Samych partii jest w nim kilka, a przecież wiemy, że w każdej z nich są też różne skrzydła. Trudno zatem poskładać z tego jeden spójny program.
Oczywiście, najłatwiej byłoby powiedzieć, że trzeba zwiększyć wydatki na oświatę. I to jest prawda. Młodzi ludzie nie garną się do zawodu nauczyciela głównie ze względu na warunki finansowe. Ale to tylko część problemu. Drugą kwestią jest sprawa kształcenia – a wcześniej rekrutacji – do zawodu. Zastanawiam się, czy w przypadku kierunków pedagogicznych nie powinniśmy wrócić do egzaminów wstępnych. Może nie takich sprawdzających po raz wtóry wiedzę stricte teoretyczną, lecz takich, które weryfikowałyby to, czy kandydat aplikujący na studia pedagogiczne faktycznie nadaje się do tego zawodu, biorąc pod uwagę jego indywidualne predyspozycje. Rozmowy kwalifikacyjne byłyby na to dobrym sposobem.
Gdy mówimy o finansach w aspekcie kształcenia kadry pedagogicznej, warto byłoby przeznaczyć istotne środki na lepsze kształcenie przyszłych nauczycieli. Adepci tego zawodu nie mogą zdobywać wyłącznie czysto teoretycznej wiedzy. Powiedzmy sobie szczerze – praktyk jest za mało. Moim marzeniem jest, aby nauczyciel rok swoich studiów spędzał w wielu, a nie w jednej szkole, gdzie spotykałby się z różnymi sytuacjami i problemami, z którymi musiałby się zmierzyć. Zetknąłby się również z całą gamą niepełnosprawności u uczniów. Myślę, że te doświadczenia dałyby absolwentowi pewność, że chce wykonywać w przyszłości zawód nauczyciela. Po wtóre taka osoba, gdy już zostanie nauczycielem, będzie odważna, zahartowana i kreatywna oraz gotowa na trudne, ale myślę, że inspirujące wyzwania.
