Sytuacja w Szpitalu Narodowym: Jeden lekarz na trzydziestu pacjentów. „Liczymy na pomoc”

Sytuacja w Szpitalu Narodowym: Jeden lekarz na trzydziestu pacjentów. „Liczymy na pomoc”

Karetka pod Szpitalem Narodowym w Warszawie
Karetka pod Szpitalem Narodowym w Warszawie / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI
Po 24 godzinach dyżuru lekarz zostaje jeszcze na kolejnych 12, by pomóc. – Na razie jakoś sobie radzimy dzięki ogromnemu poświęceniu ludzi, którzy tu pracują. Potrzebujemy jednak więcej lekarzy, pielęgniarek – alarmuje dr Jacek Nasiłowski, pulmonolog ze Szpitala Narodowego. Apeluje, żeby w domu mierzyć saturację i dzwonić po pogotowie, jeśli spada poniżej 92. Mówi też, że dziś nawet młoda osoba - bez cukrzycy czy otyłości - nie może czuć się bezpieczna.

Wprost: Jaka jest dziś sytuacja w Szpitalu Narodowym?

Dr Jacek Nasiłowski: Bardzo trudna. Mamy codziennie 40 lekarzy na dobę - 20 w dzień i 20 w nocy - dla ponad 300 pacjentów, w tym kilkunastu wymagających intensywnej pomocy. To chorzy, których stan w każdej chwili może się załamać, potrzebują podania wysokich dawek tlenu, muszą być podłączeni do respiratora. Jeden lekarz opiekuje się ok. 30 pacjentami (dla porównania w „zwykłym” szpitalu na oddziale lekarz prowadzi zwykle ok. pięciu pacjentów).

Co gorsza, zespół lekarski nie jest stały, często lekarze przychodzą np. na jeden dyżur w tygodniu, więc nie znają pacjentów.

Coraz częściej mamy 40-50-letnich pacjentów, którzy ciężko . Zwykle to osoby z otyłością, nadciśnieniem, cukrzycą, innymi chorobami współistniejącymi. Zdarza się też, że jest przywożony zdrowy, młody człowiek, bez chorób współistniejących, niestety wirus niszczy jego płuca. Młoda osoba, bez otyłości, nadciśnienia, cukrzycy, nie może czuć się bezpiecznie. Najmłodszy, którego zaintubowaliśmy i przesłaliśmy do szpitala na Wołoską, miał 37 lat. Teraz mamy 27-latkę: pod respiratorem, na razie nie jest uśpiona, oddycha przez maskę (to tzw. wentylacja nieinwazyjna).

Mówił pan, że paradoksalnie ci pacjenci, do których nie podchodzicie na oddziale covidovym, mogą czuć się bardziej spokojni. Bo to znaczy, że jest z nimi lepiej.

Tak, to taki żart. Chodzi o to, że głównie poświęcamy czas ciężej chorym pacjentom, a tym, którzy dobrze się mają, mniej. Na pewno ich też mamy pod kontrolą.

Trudny pacjent może zająć personelowi godzinę, a nawet więcej, bo trzeba podłączyć tlenoterapię wysokoprzepływową lub wentylację nieinwazyjną, przełożyć pacjenta na brzuch, zlecić badania i leczenie, skonsultować się.

Parametry tlenoterapii czy respiratora trzeba stale regulować. Zgodnie z założeniami na strefie covidowej, czyli tam gdzie są chorzy, przebywamy teoretycznie trzy godziny, potem jesteśmy trzy godziny w strefie „czystej”. W kombinezonie trudno pracować, gdyż nie przepuszcza wody i powietrza, nie można zdjąć maski, trudno jest się komunikować, a nawet rozpoznać.

Czytaj też:
Kto trafi do szpitala na Narodowym? Dyrektor dla „Wprost”: Karetka nie przywiezie tu każdego

Jeszcze niedawno pacjentów w Szpitalu Narodowym liczono niemal na palcach, teraz już od wielu dni jest ich ponad 300. Są przywożeni bezpośrednio karetką z miasta, czy przywożeni z innych szpitali?

Nigdy nie liczono ich na placach, w połowie stycznia było ich ok. 40. W ciągu miesiąca liczba chorych wzrosła o 500 proc. z 60 do 300. Na stadion nie można zgłosić się „prosto z ulicy”, gdyż nie mamy izby przyjęć.

Przyjmujemy pacjentów albo przewiezionych z innego szpitala albo z SOR, najczęściej ze szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej. Większość z nich od początku potrzebuje podawania tlenu. W niektórych w ciągu kilku dni dochodzi do pogorszenia.

Czym leczycie?

Skutecznego lekarstwa na COVID-19 nie ma. Staramy się podtrzymać funkcje życiowe, głównie oddychanie, podajemy więc tlen. Każdy chory ma profilaktykę przeciwzakrzepową, bo w tej chorobie występuje nadkrzepliwość. Każdy, kto wymaga tlenu, dostaje też sterydy, gdyż stwierdzono, że to zmniejsza ryzyko pogorszenia. Jeśli stan pacjenta pogarsza się, intensyfikujemy tlenoterapię. Gdy jest to potrzebne, podłączamy respirator.

Wielu pacjentów stara się jak najdłużej być w domu, przechorować COVID-19 w czterech ścianach, nie wzywać pogotowia.

Nie dziwię się im, każdy najlepiej czuje się u siebie. Sam próbowałem leczyć swoich rodziców w domu, jednak COVID-19 to infekcja o nieprzewidywalnym przebiegu. Potrzebny był tlen, musieli jechać do szpitala, i byli właśnie tu, na Narodowym.

Wiele osób próbuje w domu leczyć się samodzielnie tlenem…

To za duże ryzyko.

Problem tkwi w tym, że nie wiemy, u którego chorego dojdzie do pogorszenia. A wtedy domowy koncentrator tlenu jest niewystarczający, a na pomoc może już być za późno.

Choroba jest nieprzewidywalna. Mamy teraz 50-letnią pacjentkę, która bardzo szybko zgłosiła się do szpitala, przy przyjęciu była w niezłej formie, wynik tomografii nie był zły. Trzy dni później: nagłe pogorszenie, kolejna tomografia wykazała ogromna progresję zapalenia płuc, obecnie już od kilku dni jest pod respiratorem.

Pogorszenie najczęściej następuje między 7. a 10. dobą, dochodzi do gwałtownego rozwoju zapalenia i zajęcia prawie całych płuc.

U niektórych ta choroba przechodzi bez zmian w płucach, czasem są one tylko bardzo delikatne, czasem szybko się wycofują. Takich przypadków na szczęście jest większość, zdrowieją, wychodzą do tomu. Są jednak też tacy, których stan się pogarsza.

Co pacjent może zrobić w domu, żeby zapobiec pogorszeniu?

Być w kontakcie z lekarzem, stosować leki objawowe, zwłaszcza przeciwgorączkowe, dużo pić, odpoczywać, co najważniejsze mierzyć saturację. Jeśli jej poziom spadnie poniżej 92, trzeba dzwonić po pogotowie.

Czytaj też:
Szpital tymczasowy na Stadionie Narodowym już działa. Jak wygląda w środku?

Jeszcze miesiąc temu wśród pacjentów były głosy, że ten szpital jest niepotrzebny, za drogi.

Obecna sytuacja wystarczy jako komentarz. Nie wiadomo, gdzie ci chorzy dziś by się pomieścili.

Były apele do dyrektorów szpitali, by oddelegowywać część personelu. Jednak efekt tych apeli nie jest duży, co widać nie tylko na Narodowym, ale też w Szpitalu Południowym. Lekarze nie chcą pracować w szpitalach tymczasowych?

Jeśli chodzi o delegowanie, to moim zdaniem „z niewolnika nigdy nie będzie dobrego pracownika”. Na siłę nie należy nikogo tu do pracy wysyłać. Należałoby za to pozwolić pracować tu lekarzom, którzy tego chcą. Były osoby, które chciały tu pracować, niestety często nie zgadzają się na to ich przełożeni. Zdarza się, że praca tu nie jest dobrze widziana, i nie chodzi tu o żadne względy polityczne, tylko o to, że dyrektorzy, ordynatorzy w innych szpitalach chcą zapewnić pracę na swoich oddziałach, za które są odpowiedzialni. To zrozumiałe, jednak gdyby z wszystkich dużych szpitali mógł do nas przyjść jeden specjalista z każdej kliniki, to i oni daliby radę, i my.

Zwłaszcza, że są lekarze, którzy chętnie by do nas przyszli. Z różnych powodów: lubią taką medycynę, bardziej intensywną, chcą pomagać, chcą się uczyć i rozwijać.

Istnieje ryzyko zakażenia na oddziale, mimo że personel jest zaszczepiony?

Jesteśmy dobrze zaopatrzeni w sprzęt ochronny, praktycznie nie ma zakażeń.

Kim jest personel Szpitala Narodowego?

Są tu osoby z całej Polski: nie tylko z Warszawy, ale też m.in. z Olsztyna, Kielc, Radomia, Lublina, Włocławka, Śląska. Osoby spoza Warszawy mają możliwość zakwaterowania w hotelu. Jednak jest też pani doktor, która mieszka w Lublinie, przyjeżdża prawie codziennie, wstaje o czwartej rano, żeby być tu na siódmą, ma dyżur 24 lub 36 godzin, wraca do Lublina, żeby zobaczyć się z dziećmi.

Mimo tej bardzo trudnej sytuacji podkreśla pan dobrą atmosferę w szpitalu.

Bez tego nie dalibyśmy rady. Czasem dochodzi do różnych spięć, ponieważ są sytuacje bardzo stresujące, gdy stan chorych się pogarsza.

W leczenie każdego pacjenta dużo wkładamy, nie tylko pracy, ale i serca. Gdy przyjeżdża i jest w miarę w dobrym stanie, rozmawiamy z nim, poznajemy jego problemy.

Potem to bardzo trudna sytuacja, gdy jego stan na tyle się pogarsza, że przychodzi moment, gdy trzeba go uśpić, zaintubować, podłączyć pod respirator. Zdarza się, że musimy odesłać go na Wołoską, bywa, że umiera. Jednak to nie dzieje się często, większość zdrowieje, po kilku, kilkunastu dniach wraca do domu.

Mimo tej dramatycznie małej dziś liczby personelu, na razie jakoś sobie radzimy dzięki doskonałej organizacji pracy oraz ogromnemu poświęceniu ludzi, którzy tu pracują.

To standard, że lekarz po 24 godzinach dyżuru zostaje jeszcze na 12 godzin, by pomóc koledze, lub zostaje na strefie covidowej po 4 czy 6 godzin bez przerwy. Ludzie są bardzo zaangażowani.

Problemem jest to, że niektórzy nie mają wykształcenia w kierunku leczenia niewydolności oddychania. Często są to np. ortopedzi, urolodzy, laryngolodzy, teraz przyszli nawet rezydenci radiologii. Mają do czynienia z pacjentami, z którymi nie wiedzą, jak postępować, dopiero się tego uczą. Przekazujemy im wiedzę, mamy webinaria. To też moja rola, jestem pulmonologiem.

Dlaczego zdecydował się pan pracować w Szpitalu Narodowym?

Pracuję tu od początku, jestem pulmonologiem, znam się na leczeniu niewydolności oddechowej. Nie wyobrażam sobie, że jest taki problem, a ja nic nie robię.

Najbardziej są u nas potrzebni pulmonolodzy i anestezjolodzy. Dziś na 20 pacjentów pod respiratorem jest dwóch anestezjologów. Bardzo dużą liczbą pacjentów zajmuje się niezwykle mała liczba personelu. Liczymy na pomoc.
Dr Jacek Nasiłowski, pulmonolog, pracuje w Klinice Chorób Wewnętrznych, Pneumonologii i Alergologii WUM oraz w Szpitalu Tymczasowym na Stadionie Narodowym
Artykuł został opublikowany w 12/2021 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 2

Czytaj także