Poseł Gawłowski przygotował więzienny poradnik dla...prezesa PiS

Poseł Gawłowski przygotował więzienny poradnik dla...prezesa PiS

Stanisław Gawłowski
Stanisław Gawłowski / Źródło: Newspix.pl / TEDI
„Dzielę się za darmo z Tobą panie Jarku moimi doświadczeniami, bo zyskałem je dzięki Pana zabiegom. To taka forma podziękowania” – napisał na swoim profilu na Facebooku poseł Stanisław Gawłowski, który postanowił napisać więzienny przewodnik dla prezesa PiS.

Poseł Stanisław Gawłowski, który został w ubiegłym roku aresztowany na trzy miesiące, postanowił udzielić kilku życiowych rad prezesowi PiS. „Drogi Panie Jarosławie! Z niepokojem wyczytałem, że szybkimi krokami zbliżają się do Pana poważne kłopoty. Ktoś z Pana rodziny złożył na Pana doniesienie i zdaje się, że ma rację. Oj, ciężko, ciężko siedzi się w kryminale” – zaczął swój wpis parlamentarzysta.

„Gdy po Pana przyjdą, to proszę pamiętać: szczoteczka do zębów, ciepłe ubranie, trochę pieniędzy (kredytu z żadnego banku na telefon się nie uzyska!). Dobra książka i można jechać (...) Wszystkie dni, tygodnie, miesiące będą wyglądać tak samo. Tym bardziej będzie pan musiał adoptować się do miejsca i sytuacji, w jakiej się znalazł. Wszystko, co ważne, dzieje się w głowie. Pozytywne myślenie, szukanie tych nielicznych chwil, które przynoszą uśmiech na twarzy. To najważniejsze, co można zrobić samemu dla siebie. Jednocześnie przekona się pan, że to jest niezwykle trudne. Otoczenie kompletnie niesprzyjające, kraty, druty, stoły, dźwięk prętów z metalu, w które uderza drewnianym młotkiem strażnik więzienny sprawdzając, czy nie szykuje się pan do ucieczki. Ponoć można tego dokonać piłując kraty lub robiąc jakoś dziurę w podłodze lub ścianie. Ale nie radzę próbować” – dodał Gawłowski.

„Są generalnie dwie szkoły relacji z funkcjonariuszami służby więziennej”

W dalszej części swojego wpisu parlamentarzysta stwierdził, iż poleca ćwiczyć. „Na to nigdy nie jest za późno. A w areszcie tężyzna fizyczna jest wprost związana z samopoczuciem. Ćwiczenia pomagają walczyć z depresją. Sam sobie udowodnisz, że wszystko jest możliwe” – tłumaczył. „Kryminał uczy też pokory. Są generalnie dwie szkoły relacji z funkcjonariuszami służby więziennej. Jedna na „awanturnika”, druga na „przyjaciela”. Pamiętaj, że trudno szukać w kryminale przyjaźni” – przekazał.

„Drogi Panie proszę pamiętać, że nie znasz dnia ani godziny, gdy możesz trafić do celi. Warto więc mieć przy sobie chociaż trochę pieniędzy. Połowa tej kwoty trafi na tzw. „kasę żelazną”, ale druga część zostanie przeznaczona na tzw. wypiskę. „Wypiska” jest, co 10 dni. Wtedy za pieniądze, które będziesz miał na więziennym koncie, będzie można zrobić zakupy w kryminalnej kantynie. Tam można kupić podstawowe produkty chemiczne i spożywcze” – polecił Gawłowski.

Czytaj także:
Żona Pawła Adamowicza wystartuje w wyborach do PE z list Koalicji Europejskiej?

Czytaj także

 12
  • „MISIACZEK” – rzecz o Stanisławie Gawłowskim
    Wszystkich nas nie zamkniecie
    W grudniu 2017 roku do domu Stanisława Gawłowskiego w Koszalinie weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Było to w piątek 22 grudnia. Dzień wcześniej – 21 grudnia – na wniosek CBA z Prokuratury Krajowej wystosowano wniosek o uchylenie immunitetu Gawłowskiemu, któremu wówczas postawiono pięć zarzutów, z czego trzy o charakterze korupcyjnym. Te ostatnie miały dotyczyć nieprawidłowości przy inwestycjach prowadzonych przez Zachodniopomorski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych w Szczecinie czyli tzw. Afera Melioracyjna. Sama afera ma swój początek późną wiosną 2014 roku, kiedy to do Aresztu Śledczego w Szczecinie trafił m.in. były już wówczas szef ZZMiUW w Szczecinie – przyjaciel i współpracownik Gawłowskiego –Tomasz P.

    „Wszystkich nas nie zamkniecie”, „Rozpoczął się sezon polowań na PO”, „To jest demontaż państwa demokratycznego”, „Ale wszystkich nie wsadzą, nie dadzą rady” – takimi i podobnymi słowami, zdaniami, określeniami Stanisław Gawłowski skomentował to wszystko, co wówczas zaczęło się dziać wokół jego osoby. Ale to typowe dla Gawłowskiego. Nie tylko, że była; jest to swego rodzaju linia obrony, ale to typowe dla wszystkich możliwych w każdym temacie i kontekście wypowiedzi Gawłowskiego, który jest znany m.in. z takich określeń jak: „obrzucanie błotem”, „kubeł pomyj”.

    Na początku 2018 roku Gawłowski nie przyznając się do zarzucanych mu czynów zrzekł się immunitetu. Po koniec lutego Komisja Regulaminowa Spraw Poselskich i Immunitetowych zarekomendowała Sejmowi RP wyrażenie zgody na zatrzymanie oraz tymczasowe aresztowanie Stanisława Gawłowskiego. W kwietniu Sejm bezwzględną ilością głosów wyraził zgodę na zatrzymanie i tymczasowe aresztowanie posła PO Stanisława Gawłowskiego. Następnego dnia – 13 kwietnia – Gawłowski wraz ze swoim (jednym z wielu), obrońców Romanem Giertychem pojawił się w Prokuraturze Krajowej w Szczecinie. To pojawienie się Gawłowskiego w prokuraturze skutkowało tym, że został on zatrzymany przesłuchany. Następnie w dniu 15 kwietnia decyzją Sądu Rejonowego w Szczecinie został tymczasowo aresztowany na trzy miesiące i osadzony w Areszcie Śledczym w Szczecinie.

    Oczywiście jako człowiek zatrzymany tymczasowo i do tej pory niekarany został osadzony w tak zwanej celi przejściowej. W takiej celi mógł przebywać w swoim prywatnym ubraniu, a współosadzony posiadał taki sam status jak Gawłowski czyli też do tej pory nie był karany, zatrzymany, osadzony.

    Zaczęło się kreowanie Gawłowskiego nie tylko jako więźnia politycznego, ale także jako męczennika. To oczywiście było do przewidzenia, a głosicielami tego wszystkiego poza samym Gawłowskim i jego rodziną, była tak zwana totalna opozycja.

    7 maja 2018 roku Sąd Okręgowy w Szczecinie po zapoznaniu się z zażaleniami obrony Stanisława Gawłowskiego utrzymał w mocy decyzję o tymczasowym zatrzymaniu. Natomiast w dniu 25 czerwca w związku z tą samą aferą - Afera Melioracyjna – żonie Stanisława Gawłowskiego został postawiony zarzut prania brudnych pieniędzy. Sąd Okręgowy w Szczecinie w dniu 12 lipca 2018 roku uwzględnił wniosek prokuratora o przedłużenie tymczasowego aresztowania dla Stanisława Gawłowskiego. Jednak w tym postanowieniu sąd zezwolił na uchylenie tymczasowego aresztowania Gawłowskiego pod warunkiem wpłacenia poręczenia majątkowego w wysokości 500 tysięcy złotych. Po wpłaceniu tej sumy Stanisław Gawłowski następnego dnia opuścił Areszt Śledczy w Szczecinie. 25 lipca Sąd Apelacyjny w Szczecinie prawomocnie nie uwzględnił zażalenia prokuratora na decyzję o uchyleniu tymczasowego aresztowania posła Platformy Obywatelskiej Stanisława Gawłowskiego.



    Brzeg, Darłowo, Koszalin

    Pod koniec października 2015 roku Stanisław Gawłowski skarżył się na antenie Radia Koszalin, że w jego rodzinnej miejscowości Brzegu pojawiła się grupa ludzi z Koszalina, która wypytywała o niego, o jego przeszłość etc.

    Jedną i zarazem jedyną z tych osób byłem ja. I od różnych ludzi; w tym od pewnego dziennikarza, dowiedziałem się trochę ciekawostek.

    I tak od początku. Wspomniany dziennikarz poinformował mnie, że pierwszą miejscowością, w której osiedlili się przodkowie Stanisława Gawłowskiego była wieś Przecza. Potem dopiero rodzina naszego bohatera przeprowadziła się do Brzegu.

    Poza tym Stanisław Gawłowski po ukończeniu szkoły podstawowej w Brzegu nie trafił od razu do Darłowa, do Zespołu Szkół Morskich. Pierwszą jego szkołą po ukończeniu edukacji na poziomie podstawowym było Technikum Żeglugi Śródlądowej w Kędzierzynie – Koźlu. Jego edukacja w tej szkole trwała rok, a po upływie tego czasu nasz bohater pojawił się w Darłowie – profil szkoły podobny – ale co było przyczyną opuszczenia szkolnych murów w Kędzierzynie – Koźlu? Tego nie udało się ustalić.

    Dziennikarz, z którym rozmawiałem powiedział mi też, że Stanisław Gawłowski ma szwagra o nazwisku Barański (zdarza się mieć szwagra), który mieszka na osiedlu domków jednorodzinnych położonych przy ulicach Lipowa i Jaśminowa. Na tym też osiedlu mieszka mama naszego bohatera, ale najmniej nas to interesowało.

    Lecz kiedy i my coś ciekawego powiedzieliśmy o szefie zachodniopomorskiej PO, a dokładniej o jego edukacji – m.in. o BWSH – to dziennikarz z Brzegu wspomniał coś ciekawego na temat magisterki Gawłowskiego zrobionej około roku 2009/10 na uczelni w Opolu, gdzie wówczas rektorem tej „kuźni talentów” był były funkcjonariusz WSI i/lub SB. A BWSH to co? Kto i po co to kiedyś zakładał? To oczywiście pytanie retoryczne. Do BWSH licencjatu Gawłowskiego oraz jego żony w tym tekście jeszcze wrócimy.

    A teraz o samym dziennikarzu, którego prawdopodobnie podesłał do mnie były burmistrz Brzegu Wojciech Huczyński (urzędował do 2014 roku), popierany przez PiS. Zresztą Pan Wojciech Huczyński poinformował sms-em Stanisława Gawłowskiego o tym, że w Brzegu pojawili się jacyś ludzie z Koszalina i wypytują o niego, a samą treść sms-a Stanisław Gawłowski upublicznił (sic!)



    Wracając do edukacji Stanisława Gawłowskiego w Darłowie, to w tym miejscu należy przytoczyć to, co Pan Zbigniew Łazarewicz oraz ja napisaliśmy latem 2015 roku na jednym z portali społecznościowych na temat Gawłowskiego w kontekście jego ewentualnej współpracy z wywiadem i kontrwywiadem WOP.

    Cytując Pana Zbigniewa Łazarewicza: „Wczytałem się w notatki, które robiłem w IPN, i znalazłem ciekawą informację: Przy staraniu się Pana Stanisława Gawłowskiego o Książeczkę Żeglarską; Graniczny Punkt Kontrolny w Darłowie. Koszalin 11.12.1986, nie wnosi zastrzeżeń do otrzymania Książeczki Żeglarskiej i informacje: Stanisław Gawłowski z ZSRM w Darłowie i Korycki Przemysław z ZSRM w Kołobrzegu są ochraniani przez jednostki terenowe Bałtyckiej Brygady WOP w Koszalinie?!”

    Po tej; takiej informacji ja sam napisałem, że mając wiedzę sprzed lat, z różnych źródeł, to po przeczytaniu tego, co napisał Pan Zbigniew Łazarewicz i łącząc to z moimi informacjami przekonałem się, że to co słyszałem na temat ewentualnej współpracy Stanisława Gawłowskiego z wywiadem i kontrwywiadem WOP w okresie pobierania nauki w szkole zawodowej w Darłowie (sic!), okazało się prawdą. Poza tym jako że Gawłowski wówczas nie był pełnoletni, to nie posiadał teczki TW, a figurował tylko w zeszycie oficera prowadzącego.

    Na to co ja wspomniałem, napisałem Pan Zbigniew Łazarewicz odpowiedział, cytuję: ”Dlatego pozostaje tylko notatka o opiece WOP-u nad tym draniem! Po pełnoletniości był rok 1989. Wtedy już przestano wypisywać zobowiązania, ale współpracownicy pozostali. Jeśli był chroniony przez WOP, to wiadomo iż był donosicielem!”



    Podczas wyborów parlamentarnych w 1997 roku Stanisław Gawłowski ubiegał się o mandat posła z listy AWS podając przy tym – w swojej ulotce wyborczej, że jest z KPN obozu patriotycznego AWS – ale to tylko tzw. „kiełbasa wyborcza”, bo we wspomnianej ulotce możemy trafić na ciekawsze, lepsze, bardziej interesujące i zarazem nieprawdziwe treści, które Stanisław Gawłowski podał, ale oddajmy głos samu Gawłowskiemu czyli zacytujmy treść tej wyborczej ulotki: „Nazywam się Stanisław Gawłowski. Mam 29 lat i żonę Renatę. Obecnie jestem zastępcą Burmistrza Miasta Darłowa. W latach 80-tych byłem aktywnym uczestnikiem ruchu Wolność i Pokój. W 1990 r. wstąpiłem do KPN, a od 1992 r. pełnię funkcję szefa Okręgu Koszalińskiego KPN. W 1994 r. zostałem radnym Rady Miejskiej w Darłowie, która delegowała mnie do Sejmiku Samorządowego województwa koszalińskiego. W wyborach prezydenckich w 1995 r. byłem szefem Wojewódzkiego Sztabu Wyborczego Lecha Wałęsy w Koszalinie.”



    Sam Nikodem Dyzma nie wymyśliłby sobie takiego życiorysu, dokonań, sukcesów etc., ale Dyzma może i był mało inteligentny, a Gawłowski był i jest po prostu cwany, przebiegły, bezczelny i jest najzwyklejszym karierowiczem oraz hochsztaplerem. W treści tej ulotki możemy też przeczytać, że jest – Stanisław Gawłowski – oficerem marynarki handlowej, ale papier przyjmie wszystko, napisać/dopisać można sobie wszystko; tym bardziej na początku lat 90.tych, z początkiem transformacji ustrojowej, kiedy to ludzie; społeczeństwo wierzyło we wszystko, a szczególnie w zmiany; oczywiście w zmiany na lepsze w ich ówczesnym mniemaniu. Tym bardziej, że był to nowy człowiek na tych terenach, na Pomorzu Zachodnim. Ciekawe jest też hasło napisane na pierwszej stronie – przy podobiźnie Gawłowskiego – po pierwsze uczciwość. To jest dopiero bezczelność, zarozumialstwo i/lub coś w rodzaju preludium lub prologu do tego co robił, co miał zamiar robić. Bo przecież Gawłowski i uczciwość – szczególnie w ostatnich latach – brzmi nie tylko zabawnie, ale przede wszystkim nieprawdziwe i nawet niebezpiecznie. Z tym aktywnym uczestnictwem w ruchu Wolność i Pokój, o której tak „skromnie” w omawianej ulotce wyborczej z 1997 roku było trochę inaczej. Po pierwsze dlatego, że organizacja ta nie posiadała m.in. legitymacji członkowskich, a po drugie miałem przyjemność rozmawiać z kilkoma prawdziwymi członkami i działaczami WiP – u, i ci wspomniani ludzie nie przypominają sobie takiej osoby jak Gawłowski; no chyba, że jako szpieg, wtyka, donosiciel. Zresztą środowisko Solidarności nie inaczej o nim mówiło i mówi jak konfident, dzięki któremu po zebraniach WiP – u, KPN, Solidarności miały miejsce zatrzymania, aresztowania.

    Zresztą skoro w tejże ulotce Gawłowski już wówczas chwali się, że był szefem Wojewódzkiego Sztabu Wyborczego w wyborach prezydenckich w 1995 roku Lecha Wałęsy, to jedno to zdanie mówi wiele za siebie, bo przecież od kilku lat, a szczególnie ostatnio dowiedzieliśmy się kim był, jaki był i co naprawdę robił Lech Wałęsa – czyli swój swojego pozna i na… szwindle itp., zaprosi.



    Dalej możemy przeczytać – ale każdy kandydat, każdy sztab wyborczy, każde wybory mają swoje prawa – że „nasza Ojczyzna zasługuje na uczciwe władze. Zasługuje na piękną normalność… Na spokojny sen, na godną pracę, na uśmiechnięte twarze, na twórczy wysiłek, którego nikt nie ośmieli się zmarnować. Gorąco wierzę, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie” – o czym marzą młodzieżowi muzycy.”

    I dalej: „Mogę zapewnić, że taka właśnie: normalna, zasobna i godna Polska musi być naszą rzeczywistością. Że taką rzeczywistością będzie nasz region.”

    Kto mu to układał, kto mu to podpowiadał, kto mu to pisał?! Bo nie wierzę, że on sam, że osoba –wiem to od Pani Urszuli Rowińskiej – która każde mało mu znane, trudne, inteligentne słowo, zdanie notował w notesiku. Może te teksty pisał mu – co jest bardziej niż prawdopodobne – jakiś oficer z MO, SB, WOP?

    Bez względu na to kto to układał, redagował, pisał, to na pewno nie był to Stanisław Gawłowski, bo on był i jest – ostatnio trochę się wyrobił; nawet w areszcie – za mało inteligentny, bystry (delikatnie i kulturalnie mówiąc).



    Pozostając przy ulotce, a dokładnie jej treści to możemy się z niej dowiedzieć, że nasz bohater twierdzi (rok 1997), że koszalińskie jest ciągle regionem nie odkrytych szans. Dalej możemy przeczytać, że trzeba jak najpilniej wykorzystać (w przypadku Gawłowskiego z biegiem czasu dosłownie i ze stratami tak dla regionu, społeczeństwa i środowiska naturalnego), możliwości stworzone przez naturę – piękne krajobrazy, nieskażone powietrze, czyste jeziora oraz położenie nas morzem. Dalej Gawłowski podaje, że motorem rozwoju musi być przemysł turystyczny, który będzie funkcjonował przez cały rok. Obecny- jeszcze – poseł PO wspomina też o gospodarce morskiej. Podaje, że jako poseł będzie dążył do stworzenia instrumentów pozwalających na rozwój portów w Darłowie i Kołobrzegu! A kto zniszczył takie firmy jak „Kuter” i „Barka”? To oczywiście pytanie retoryczne. Kontynuując temat gospodarki morskiej Gawłowski w treści swej ulotki wyborczej wspomina o tym, że gospodarka morska powinna stać się lokomotywą (dobrze, że za kolejnictwo się nie wziął), rozwoju regionu koszalińskiego jak to jest podobnie w Gdańsku czy Szczecinie. A przecież już wtedy i kilka lat później Gawłowski i jego koledzy niszczyli w szerokim tego słowa znaczeniu i Szczecin, i Gdańsk. Oczywiście przede wszystkim Szczecin i cały jego przemysł. Nie tylko stoczniowy. Takimi postępowaniami Gawłowski nie tylko niszczył, likwidował, przyczyniał się do sprzedaży za przysłowiowe grosze majątku narodowego w postaci dużych zakładów pracy, ale przy tym wszystkim sam się porządnie wzbogacał. Nie liczył się też z jakimkolwiek sprzeciwem, i to nawet wśród członków własnej partii; szczególnie na Pomorzu, gdzie od początku był szefem zwanym potocznie baronem. Sławomir Nitras jest doskonałym przykładem takiego postępowania Gawłowskiego. Bo przecież najpierw Nitras był wiernym i oddanym uczniem i pomocnikiem w każdym szwindlu Gawłowskiego, a potem stał się jego zaciekłym wrogiem.

    Przy każdej prywatyzacji, likwidacji, sprzedaży etc., jakiegokolwiek zakładu pracy na Pomorzu zawsze obecny był Gawłowski, który po pierwsze niszczył taki czy inny zakład – często nie zostawało po takim miejscu śladu – po drugie pozbawiał ludzi pracy, a po trzecie i co najważniejsze zwiększał zasobność swojej kieszeni. Zresztą o tę kieszeń dbał już od początku lat 90-tych, kiedy to w okolicach Darłowa – oczywiście ze swoimi mocodawcami i współpracownikami – skupował ziemię pod przyszłą budowę elektrowni wiatrowych/wiatraków. To w przyszłości zaowocowało ogromnymi dochodami dla Gawłowskiego, pojawieniem się ogromnej ilości wiatraków w okolicach Darłowa największymi rachunkami za energię elektryczną dla mieszkańców Darłowa i okolic!

    Lecz nasz bohater cały czas chciał; pragnął iść dalej, naprzód, wyżej a nawet kształcić się.

    W roku 2000 kiedy zasiadał w sejmiku zachodniopolskim (1998 – 2002), uzyskał tytuł licencjata na Bałtyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej. W tym też czasie premier Jerzy Buzek powołał Stanisława Gawłowskiego na zarządcę komisarycznego Gminy Mielno.

    BWSH gdzie „studiował” Gawłowski była w owym czasie właścicielem lub dzierżawcą wielu nieruchomości, tak w Koszalinie, jak i w Mielnie, Jamnie. W tej ostatniej miejscowości doszło do tego, że wspomniana uczelnia wycięła bez żadnej zgody; zezwolenia wiekowe drzewa, a Gawłowski jako gospodarz tych terenów „zamiótł całą sprawę pod dywan” i za to dostał tytuł licencjata.

    W latach 2002 – 2005 Gawłowski sprawował urząd zastępcy prezydenta miasta Koszalina, a w wyborach w roku 2005 został wybrany na posła z listy Platformy Obywatelskiej, w której już zdążył zrobić „porządek” z lokalnymi działaczami, założycielami tejże partii, który pisząc wprost nie pasowali do widzimisię Stanisława Gawłowskiego czyli po prostu mieli własne zdanie na ten czy inny temat lub przerastali Gawłowskiego nie tylko inteligencją.

    Kolejne, wcześniejsze wybory do parlamentu w roku 2007 też przyniosły Gawłowskiemu zwycięstwo i zarazem mandat posła. 16 listopada tego roku został sekretarzem stanu (wiceministrem),w Ministerstwie Środowiska. Od tego momentu ten specjalista zaczął naprawdę karierę na miarę Nikodema Dyzmy. Stał się specjalistą od – kolokwialnie pisząc – wody i tego wszystkiego co z nią związane. Poza tym – szczególnie na Pomorzu – zaczął inwestować, a dokładniej budować m.in. oczyszczalnie ścieków, spalarnie śmieci, biogazownie itp., oczywiście wszystkie te inwestycje po pierwsze pochłonęły ogromne ilości pieniędzy; szczególnie z funduszy europejskich, a po drugie od samego początku były nieudane, były bublami.

    Do największych najbardziej nieudanych inwestycji, którym patronował Stanisław Gawłowski należy zaliczyć te, o których ostatnio stało się głośno, za które postawiono mu zarzuty czyli Kanał Jamneński oraz Zalew Przeciwpowodziowy w Koszalinie.

    Doktorat, plagiat, zarzuty

    O doktoracie Stanisława Gawłowskiego chyba ja mógłbym napisać najwięcej, bo przecież po żartobliwym felietonie zamieszczonym na ówczesnym mmKoszalin wyleciałem z redakcji. Felieton nosił tytuł „Długie samotne wieczory” i po pierwsze nawiązywał do wypowiedzi samego Gawłowskiego, a po drugie do treści; fabuły powieści i serialu „Kariera Nikodema Dyzmy”. To właśnie ja pierwszy w Polsce nazwałem Gawłowskiego; bardziej porównałem z Dyzmą.

    Ale teraz posłużę się zapiskami – to już historia – sprzed ponad siedmiu lat.

    Wersja pierwsza, pisana na „gorąco” i dotycząca tamtych dni wygląda następująco:

    Pomysł na napisanie felietonu o min. Gawłowskim pojawił się w dniu 17 lutego ( czwartek ), po tym jak w Głosie Koszalińskim na „jedynce” w małej ramce przeczytałem, że min. Gawłowski dzień wcześniej obronił pracę doktorską. ( nazwa uczelni i temat pracy są zawarte w tekście felietonu ). Z ramki tej zaczerpnąłem również i zacytowałem w całości wypowiedź Gawłowskiego o tym skąd się u niego wziął pomysł na edukację i napisanie pracy. Ta jego wypowiedź, również znajdująca się w felietonie w 100%, od razu przypomniała mi treść prozy Mostowicza, jak i filmu Rybkowskiego. O samym zamiarze napisania tego tekstu mówiłem głośno w redakcji, poza tym miałem zamiar, co też uczyniłem, napisać ten felieton na portalu dostępnym dla wszystkich, gdzie może każdy i wszystko pisać – wtedy jeszcze tak myślałem, czyli na www.mmkoszalin.eu ; portalu dziennikarstwa obywatelskiego. Tekst napisałem w niedzielę 20 lutego wieczorem, dodałem cztery zdjęcia i wysłałem go do moderacji. W poniedziałek rano kiedy byłem już w redakcji około godz. 9.15 administratorka – zresztą nowa na tym stanowisku – Agnieszka Gontar ( prawa ręka mojej byłej szefowej Jolanty Stempowskiej ), opublikowała go i w ten sposób tekst zaczął „żyć” w Internecie. W tym samym dniu wieczorem, około godz. 21.00 – 22.00 zacząłem odbierać SMS-y i telefony od znajomych z pytaniem gdzie jest mój tekst? Zdziwiłem się tym i otworzyłem swoją prywatną pocztę, gdzie już był mail o treści, że portal mmkoszalin zmieniła status mojego artykułu z zaakceptowanego na nowy, czyli mówiąc wprost zniknął z publicznego pola widzenia; trafił do archiwum; mógł być dostępny tylko u mnie na profilu. W tym momencie napisałem dwa SMS-y do Agnieszki Gontar, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi, to po chwili zadzwoniłem do niej. Kiedy już odebrała, to dziwnym głosem powiedziała, że: - Musiałam go zdjąć, bo dzwoniła do mnie Jolka, bo do niej dzwonił Gawłowski, że tekst jest obraźliwy i powinien zniknąć.

    Na to ja odpowiedziałem, że to jest cenzura! A Agnieszka na to: - Ze ona nic nie wie, że według niej tam nic nie ma obraźliwego, ale żebym jutro sobie z Jolką na ten temat pogadał.

    I tyle. Po jakimś czasie na swoich profilach na NK i facebook’u umieściłem wpis o treści: UWAGA! DO WSZYSTKICH! NA MMKOSZALIN PANUJE CENZURA, a dla zobrazowania tego wpisu dodałem fragment filmów: „Folwark zwierzęcy” i „Upadek”.

    Następnego dnia we wtorek – 22 lutego – zaraz po przyjściu do redakcji, pod chwilową nieobecność Jolanty Stempowskiej w pokoju, zapytałem się Agnieszki i co dalej z tym wszystkim? A ona w tym momencie naskoczyła na mnie, że wykorzystałem ją, nadużyłem jej zaufania itp. W tym momencie weszła do pokoju Stempowska i też zaczęła do mnie krzyczeć.

    Przy czym zaczęła mnie straszyć, że mam szczęście, że min. Gawłowski nie oddał sprawy do sądu, żebym się modlił żeby o wszystkim nie dowiedział się dyrektor Grabowski, a jak już się dowie, to żebym jakoś mu się z tego wytłumaczył, bo jak powiedziała Stempowska „w każdej innej firmie za takie coś wylatuję się na zbity pysk!”. Oczywiście mówiła jeszcze, że każdy inny, na inny temat, na temat o innym polityku i innego autora tekst też by został zdjęty.

    W trakcie tej jej krzyku, ja chociaż jestem „gadułą” oraz osobą, która ma swoje zdanie i potrafi się bronić, prawie w ogóle się nie odzywałem, bo po pierwsze nie dała mi dojść do głosu, po drugie nie poznawałem – chociaż wcześniej tak ze mną, jak i z innymi dziennikarzami bywało podobnie, swojej szefowej. Chyba targały ją jakieś emocje, bo krzyczała i język jakim operowała nie pasował nie tylko do dziennikarki, ale również a może przede wszystkim do kobiety. Po jakimś czasie każdy z nas wrócił do swych zajęć. W tym czasie, jak się później dowiedziałem do Stempowskiej dzwonił i pisał Sławomir Szadkowski ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – oddziału pomorskiego, gdzie Szadkowski jest prezesem. A on sam, jak i wielu innych zainteresowanych tą sprawą dowiedziało się z moich profili na NK i facebook’u. Kiedy już wróciłem do domu, to po jakimś czasie zadzwoniła do mnie Stempowska i zaczęła znowu krzyczeć, że ja nasyłam na nią jakiś ludzi z jakiegoś SDP. W trakcie tej rozmowy – jeżeli można tak ją nazwać – Stempowska znowu używała dziwnego języka, krzyczała i powiedziała mi, że jutro, czyli w środę 23 lutego, ja mam to wszystko ODSZCZEKAĆ! W tym momencie zwróciłem jej uwagę, aby dobierała słowa i dodałem jeszcze, że nie jestem żadnym psem, abym miał coś odszczekiwać a także co mam niby odszczekiwać, bo według mnie nie ma nic takiego. Kolejny dzień, czyli wspomniana środa minęła jakby nigdy nic się nie stało. Dopiero w czwartek, kiedy w tygodniku Teraz Koszalin miałem dyżur, a do redakcji przyszedłem wcześniej, bo szykowałem materiał do Głosu Koszalińskiego z terenu Sławna, jakieś kilka minut po godz. 9 do pokoju weszła Stempowska i Gontar i po jakimś czasie z ust Stempowskiej padło następujące zdanie: - Po wczorajszej konsultacji z dyrektorem dziękujemy panu za współpracę! I tyle, ale jak się zapytałem z jakiego powodu, to usłyszałem tylko, że mam opróżnić biurko, wyłączyć komputer i wynosić się z budynku. Ja odpowiedziałem, że nie, bo po pierwsze mam dyżur, po drugie dziś mam mieć, około godz.13.00 spotkanie z dyrektorem – sam chciałem tego spotkania, ale i tak się nie odbyło, bo dyrektor w tym dniu nie pojawił się jednak w redakcji, a poza tym mam dużo pracy, a ona na to, że ją to nic nie obchodzi i tyle. W tym czasie chodziłem trochę po redakcji, a także wyszedłem na jakiś czas do miasta, a jak wróciłem to Stempowska zapytała się mnie czy ja dokładnie usłyszałem i zrozumiałem to, co mi wcześniej powiedziała żebym opuścił redakcję, a ja znowu postawiłem veto. W tym też czasie znowu kontaktował się z nią Szadkowski i widząc minę Stempowskiej domyśliłem się, że coś nie gra. Zresztą jak się później dowiedziałem od Szadkowskiego, to Stempowska sama w rozmowie z Szadkowskim przyznała się do tego, że tekst został zdjęty, bo do niej dzwonił Gawłowski i ją naciskał. Rozmowę tę Szadkowski nagrał. Kilka minut po godz. 14 wyszedłem z redakcji i spotkałem Stempowską przed budynkiem „na papierosie”. Wtedy też zapytałem się dlaczego zostałem zwolniony? Odpowiedziała, że to nie z powodu felietonu o Gawłowskim, ale dlatego, że skończyło się zaufanie, a jak się zapytałem z jakiego powodu ono się skończyło, to powiedziała, że nie musi mi się z tego tłumaczyć. Kiedy poprosiłem o jakiś papier mówiący o zerwaniu ze mną umowy, to ona powiedziała, że żadnej umowy ja nie miałem! To dopiero było dla mnie zdziwienie! Bo przecież do redakcji zacząłem chodzić w listopadzie 2008 roku, z początku dwa, trzy razy w tygodniu, ale od 1 lipca 2009 roku, kiedy to odbyłem u nich trzy tygodnie praktyki, to po jej zakończeniu zacząłem chodzić tam systematycznie. Poza tym po jakiś czasie otrzymałem wizytówki, miałem dyżury, posiadałem legitymację służbową, a co jest najważniejsze, to to, że przez pewne okresy czasu dużo pisałem i było to publikowane. Zresztą poza tekstami do Teraz Koszalin pisałem również do Teraz Słupsk, a także do Głosu Koszalińskiego i do jego późniejszych dodatków regionalnych, takich jak np.: Głos Sławna i Darłowa, Głos Koszalina i Głos Szczecinka. Wszystkie moje artykuły, ramki, zaproszenia, stałe elementy i rubryki są w posiadaniu mojej matki.

    Natomiast na potrzeby wielu różnych ludzi i mediów oraz prawników pozwoliłem sobie wówczas te wszystkie wydarzenia wypunktować, które teraz tu przypomnę:

    Zapoznanie się z krótką informacją nt. doktoratu Gawłowskiego; tematu tej pracy oraz samej reakcji doktoranta na ten sukces – Głos Koszaliński

    Myśl jak błyskawica, że można coś z tej informacji zrobić. Np. napisać jakiś tekst i umieścić go na www.mmkoszalin.eu

    Kolejne przemyślenia zaowocowały tym, że dla porównania tej sytuacji wybrałem powieść/film pt. „Kariera Nikodema Dyzmy”.


    Niedziela 20 lutego 2011r – w godzinach wieczornych usiadłem i napisałem; dodałem trzy zdjęcia i wysłałem do moderacji.

    Poniedziałek, dnia następnego. W pokoju redakcyjnym siedzi pani Jolanta Stempowska – redaktor prowadząca tygodnik „Teraz Koszalin”, od około dwóch tygodni także osoba nadzorująca mmkoszalin, a także Agnieszka Gontar, dziennikarka, administratorka mmkoszalin i oddana osoba pani J. Stempowskiej.

    Około godz. 9.15 po zaakceptowaniu mojego tekstu przez wspomnianą Agnieszkę Gontar artykuł pt. „Długie samotne wieczory” pojawia się na portalu mmkoszalin.


    Przez cały czas jest dostępny i czytany. Brakuje ocen i komentarzy, ale – jak wówczas pomyślałem – na to przyjdzie czas. Sam osobiście odebrałem kilka telefonów, maili, sms. Treść tych w/w pozytywna.

    Poniedziałek/wieczór. Jest godzina około 22.00. Znowu telefony, sms i maile, ale tym razem z pytaniem gdzie jest ten mój artykuł. Po włączeniu komputera i zalogowaniu się na poczcie zauważyłem, że od portalu mmkoszalin dostałem nową wiadomość, która pojawiła się u mnie w okolicach godz. 21.00. Treść tej wiadomości brzmi następująco: „Twój artykuł Długie samotne wieczory zmienił status na NOWY. To mnie bardzo zdziwiło, bo już był zaakceptowany a teraz jest nowy!
    Dwa sms do Agnieszki Gontar – cisza. Następnie telefonuje do niej i czekam dość długo, aż wreszcie odbiera. Ja od razu pytam się co moim artykułem. Dostaje odpowiedź, że na polecenie Jolanty Stempowskiej artykuł został zdjęty/zablkowany, a to było wynikiem, że do Stempowskiej telefonował minister Gawłowski! Czyli co?

    CENZURA! I to powiedziałem Agnieszce. Powiedziałem jej też, że współczuję jej tej pracy. Natomiast ona mi na to – to bardzo istotne, bo na drugi dzień Agnieszka była już INNA – że ona nie widziała nic obraźliwego w tym tekście, ale jak Jolka kazała to kazała i już, bo do niej zadzwonił Gawłowski. Jutro we wtorek mam sobie porozmawiać z Jolką.

    Poczułem się dziwnie – to delikatne określenie i poniosły mną emocje. Na portalu NK oraz na facebook’u dodałem wpisy, że na mmkoszalin panuje CENZURA, a żeby zobrazować to wkleiłem też fragmenty filmów: „Folwark zwierzęcy” i „Upadek”.

    Wynik tego był następujący, że bardzo wiele osób – przede wszystkim na NK – napisało do mnie z pytaniem: O co chodzi?



    We wtorek rano w redakcji panowała – w naszym pokoju – dziwna cisza. Dopiero po
    chwili pod nieobecność Jolki, na moje pytanie skierowane do Agnieszki –I co w tej sprawie słychać? Usłyszałem słowotok jednej wielkiej krytyki i nagonki ze strony Agnieszki na mnie, jaki to ja jestem zły, i że wykorzystałem dobre serce jej oraz, że ona zawiodła się na mnie. W trakcie tej naszej rozmowy do pokoju wróciła Jolka, która przejęła pałeczkę w tym aby mi dokopać. Mówiła, krzyczała i wrzeszczała, że ten tekst był i jest obraźliwy, że zdjęłaby każdy inny, dotyczący kogo innego, ale o takiej treści i że takie miała prawo, bo ona tu – czyli na mmkoszalin – rządzi. Że przesadziłem, że nie miałem prawa, że – tu cyt. – nasrałem we własne gniazdo dodając te wpisy na NK i Facebook’u. Wtedy też Jolka powiedziała mi, że może jest nasza ostatnia rozmowa i żebym się modlił, aby o tym nie dowiedział się dyrektor Grabowski, a jeżeli już się dowie, to żebym się jakoś wybronił przed – cyt. – wylaniem na pysk. Poza tym wspomniała, że to niby ja byłem rekomendowany na osobę prowadzącą mmkoszalin – moim zdaniem BZDURA – ale dyrektor nie zgodził się na moją osobę oraz to, że dodał niby takie zdanie, że on mnie tu – chyba w redakcji – w ogóle nie widzi. Tego samego dnia już kiedy byłem w domu, to Jolka zadzwoniła do mnie z pretensjami i pytaniami dlaczego ja nasyłam na nią jakiegoś Szadkowskiego i kto on jest i czy znam się z nim? Cały czas krzyczała a jej słowik zrównał się z poziomem bruku, kiedy to powiedziała mi, że jutro, tj. w środę będę musiał wszystko ODSZCZEKAĆ!

    Środa w redakcji – cisza. Poszedłem tylko do sekretariatu i zapisałem się na drugi
    dzień; na czwartek do dyrektora. W tym dniu nie tylko, że ja nic nie odszczekiwałem, ale prawie wszyscy milczeli. Cisza przed burzą…

    Czwartek – sądny dzień…
    Około godz. 9.00 do pokoju weszła Jolka i Agnieszka i kiedy ja skończyłem rozmowę telefoniczną, to Jolka powiedziała mi, że po wczorajszej konsultacji z dyrektorem doszli oni do wniosku, że dziękują mi za współpracę i że zaraz mam opuścić redakcję.

    Odmówiłem twierdząc, że ma jeszcze trochę pracy, a poza tym w tym dniu miałem dyżur do godz. 14.00. Lecz nie mogąc wytrzymać całej tej sytuacji wyszedłem na chwilę z redakcji; z pokoju. Kiedy wróciłem, to Jolka zapytała się mnie, czy ja zrozumiałem co ona mi powiedziała wcześniej, a ja na to, że nie, że mam spotkanie z dyrektorem, które ma się odbyć o godz. 13.00. Jolka się uciszyła, a spotkanie nie odbyło się. Około godz. 14.00 poprosiłem Jolkę, aby dała mi na piśmie rozwiązanie umowy, a ona na to, że nie da, bo nie miała ze mną żadnej umowy! Po czym zaczęła ze mną rozmowę na wszystkie możliwe tematy, lecz omijając to co mnie najbardziej interesowało i irytowało. Kiedy zapytałem się z jakiego powodu zostałem zwolniony – cały czas wiedząc, wierząc i twierdząc, że to przez artykuł o Gawłowskim – to Jolka mi opowiedziała, że po prostu straciła do mnie zaufanie. Kiedy zapytałem się z jakiego powodu, to opowiedziała mi jak zwykle, że ona nie ma obowiązku się przede mną z czegokolwiek tłumaczyć.

    Tako to wyglądało, a sama treść felietonu o którym mówię na filmikach zamieszczonych na YouTube; zresztą nie tylko o samej treści wspomnianego felietonu wyglądała następująco:

    „W dniu 16 lutego b.r. koszalinianin, sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska Stanisław Gawłowski obronił przed komisją wydziałową na SWSZiP w ŁODZI pracę doktorską, której temat brzmiał: " Zarządzanie rozwojem obszarów wiejskich przy wykorzystaniu rent strukturalnych w rolnictwie".

    W serialu telewizyjnym "Kariera Nikodema Dyzmy" w reżyserii Jana Rybkowskiego z 1980 r. jest taka scena, w której Kasia Kunicka - w tej roli Izabela Trojanowska, mówi do Nikodema Dyzmy, czyli niezapomnianego Romana Wilhelmiego, następujące zdanie:

    - Czy zawsze spędza noce pan tak samotnie, tak cnotliwie? Na pewno tęskni pan za Warszawą, gdzie noce nie skazują mężczyzn na samotność.


    Co odpowiedział Dyzma i co było później nie muszę przypominać, przynajmniej miłośnikom i znawcom tak prozy Mostowicza, jak i filmu Rybkowskiego.

    Ale to było przed wojną, w okresie rządów sanacji. W czasie wielkiego kryzysu, kiedy to groziła nam - jak mówił inny bohater tej opowieści Leon Kunicki, czyli Bronisław Pawlik - klęska urodzaju. Ale na tamtą klęskę ratunek znalazł "mąż opatrznościowy kraju" - Nikodem Dyzma. Oczywiście nie był to jego pomysł, ale Dyzma był człowiekiem sprytnym, chociaż mało inteligentnym. Poza tym miał dobrą pamięć, a z biegiem czasu, że tak powiem rozwijał się. Był też Dyzma w pewnym sensie ambitny i zacięty w tym co chciał osiągnąć. Czytał słowniki, encyklopedie a nawet savoir vivre. Ale to i tak tylko i wyłącznie fikcja literacka, za którą niestety Mostowicz zapłacił ciężkim pobiciem przez sanacyjnych oficerów.

    I kiedy kilka dni temu w Głosie Koszalińskim przeczytałem krótką informację o sukcesie ministra Gawłowskiego, a przede wszystkim, kiedy przeczytałem jego krótką wypowiedź na ten temat, to od razu przypomniała mi się proza Mostowicza. Ale broń Boże, żebym miał prównywać ministra Gawłowskiego do Dyzmy. Nie, to nie tak.

    W tym miejscu chciałbym przytoczyć zdanie, które powiedział minister Gawłowski na temat swego doktoratu, a które ja przeczytałem we wspomnianym wcześniej Głosie Koszalińskim:

    - To był pomysł na samotne wieczory w Warszawie, z daleka od domu. Bardzo się cieszę, ale świętować będę za miesiąc. Choć to czysta formalność, muszę poczekać na decyzję rady wydziału.


    I to mnie właśnie urzekło. Przecież mieliśmy, mamy i na pewno będziemy mieć wielu polityków różnego formatu i z różnych partii politycznych, którzy będą z powodu swej, jakże ciężkiej i potrzebnej dla dobra kochanej ojczyzny, pracy przebywać z dala od rodziny, od stałego miejsca zamieszkania właśnie w Warszawie. Ale jak oni będą spędzać nie tylko długie samotne wieczory, ale także i resztę wolnego czasu - chociaż jak dobrze wiemy, nasi politycy, tego ostatniego zbyt dużo nie mają - tego nie wiemy. Wiemy natomiast jak go spędzał i z jakim efektem minister Stanisław Gawłowski. To już wiemy i cieszymy się razem z PANEM MINISTREM z PO.

    Bo ta nasza radość jest związana ściśle nie tylko z uzyskaniem przez ministra Gawłowskiego tytułu doktora, ale także z tym, jakie nasz kraj, a przede wszystkim rolnictwo, leśnictwo oraz środowisko uzyska korzyści. A uzyska je na pewno! Wystarczy dokładnie przeczytać tytuł pracy doktorskiej ministra Gawłowskiego.

    I niby tyle, ale na pewno znajdzie się ktoś, kto zapyta co ma wspólnego minister Gawłowski z Dyzmą?

    Otóż nic, na pewno nic. Między nimi jest wielka różnica. Nikodem Dyzma był - w pewnym sensie - cwany, sprytny, odważny, ambitny, czym sobie jako postać literacka i filmowa zjednał wielką sympatię czytelników i widzów, a minister Gawłowski nie jest postacią literacką”

    Z tego co się potem dowiedziałem, to treść tegoż felietonu, jego znaczenie, żart, złośliwość, aluzję etc., tłumaczył Gawłowskiemu burmistrz Darłowa a zarazem przyjaciel Stanisława vel Nikodema Pan Arkadiusz Klimowicz.

    Oczywiście pisząc wówczas ten felieton prawie w ogóle nie znałem Stanisława Gawłowskiego. Nie tylko, a może przede wszystkim osobiście, ale tak ogólnie, jak to się potocznie mówi „ze słyszenia” bądź „widzenia”. I dodam całkiem szczerze, co wspomniałem w wyżej przytoczonych chronologiach wydarzeń, że naprawdę nie miałem tego pana aż tak obrazić, jak on to odebrał. Oczywiście słyszałem często o tym polityku; szczególnie od Pani redaktor Jolanty Stempowskiej. Ona zawsze przedstawiała go w samych superlatywach. Inni dziennikarze oraz urzędnicy z koszalińskiego ratusza różnie o nim mówili.

    Po ukazaniu się tego felietonu i rozpętaniu burzy wokół tego tekstu oraz mojej osoby zacząłem dowiadywać się więcej na temat Gawłowskiego. I to w różny sposób; różnymi drogami. Czasami kogoś o niego zapytałem, a innym razem ktoś nie pytany po prostu sam mi o nim wspomniał, coś powiedział, i zawsze to były informacje o nieciekawej przeszłości (wręcz tajemniczej), tego pana oraz o krzywdach jakie ten samorządowiec, polityk, członek rządu na przestrzeni wielu lat wyrządził tym ludziom krzywdę. Ludziom i całym grupom ludzi, bo przecież likwidowanie zakładów pracy uderzało w szereg osób.

    Gawłowski mimo niezadowolenia z napisania i opublikowania tego felietonu, był też niezadowolony z tego, że wokół niego zrobiło się głośno, bo jak się później dowiedziałem należał ten człowiek do osób, o których im mniej się wie, tym lepiej dla samego zainteresowanego. Oczywiście na Pomorzu był znany i często w różny sposób się udzielał, ale tak ogólnopolsko to nie chciał, bo to przecież „człowiek znikąd” w pewnym sensie i kontekście, który od dawna miał wiele na sumieniu.

    Oczywiście na Pomorzu, szczególnie w mediach pojawiał się, występował, mówiono o nim, ale tylko dobrze, pozytywnie. A w Warszawie był prawie nieznany, bo jak rozgorzała cała ta afera wokół mnie i mojego testu, to rozdzwoniły się telefony. I najciekawsze było to, że ludzie z Warszawy – oczywiście dziennikarze – pytali się kto to jest ten Gawłowski?

    I tak pisali, dzwonili do mnie dziennikarze z całej Polski – zainteresowanie; rodzaj solidarności zawodowej – z prasy, telewizji, radia. Często były to media, że pozwolę tak to sobie określić prorządowe, ale były, starały się przynajmniej być obiektywne.

    Na mój temat wypowiedział się nawet –nie używał nazwiska – zapytany na korytarzu sejmowym przez jakiegoś dziennikarza premier Donald Tusk, który jak dobrze pamiętam, to powiedział, że jak zasłużyłem sobie na wyrzucenie mnie z redakcji, to nie widzi w tym nic złego. Wtedy Tusk miał na głowie sprawę ministra Arabskiego, to co go będzie obchodził jakiś tam dziennikarz z Koszalina; tym bardziej, że w tle był Gawłowski, a to przecież już wówczas ważna persona w Platformie Obywatelskiej, która oczywiście nieoficjalnie finansowała prawie wszystko co wiązało się z działalnością PO – wybory etc.

    Na mój temat, całej tej awantury wypowiedział się też minister Gowin – w jakimś artykule, których wówczas było mnóstwo –i powiedział, że politycy powinni mieć grubą skórę; że powinni być odporni na tego typu sytuację, krytykę, żart etc., ale to powiedział Gowin, a Gawłowski był i jest osobą innego pokroju, charakteru, konstrukcji, a przede wszystkim miał nieciekawą przeszłość czyli jak będzie o nim mniej i to w skali całego kraju, to tym lepiej.

    Co do plagiatu pracy doktorskiej posła Stanisława Gawłowskiego, to wówczas nawet przez głowę mi to nie przeszło. Pierwsze wzmianki na ten temat pojawiły się na łamach tygodnika „Sieci” – w Internecie „wPolityce.pl” w lipcu 2013 roku. Oczywiście skontaktowałem się z redakcją, ale nikt się wówczas do mnie nie odezwał, a sprawa po jakimś czasie ucichła.

    Lecz szum się zaczął. Wykorzystywała to ówczesna opozycja oraz ich media, ale także ludzie, których zacząłem poznawać, bo też temat osoby Gawłowskiego był im znany i to bynajmniej nie ze strony pozytywnej. Wówczas to zostały nagrane filmiki umieszczone najpierw na YouTube oraz na stworzonej przez pewną grupę ludzi stronie internetowej o nazwie „Pokrzywdzeni przez Gawłowskiego”. Pierwsze osoby, który zaczęły się publicznie wypowiadać na temat Gawłowskiego to m.in. Państwo Rowińscy, Pan Myszkier i ja sam. Reszta, która ujawniła się później lub wypowiadała się w rozmowach prywatnych wówczas jeszcze się bała barona PO z Pomorza.

    Temat plagiatu doktoratu Gawłowskiego pojawiał się jeszcze kilka razy w różnych mediach, ale zawsze po jakimś czasie temat urywał się, aż wreszcie w grudniu zeszłego roku (2017), kiedy to do koszalińskiego domu posła Gawłowskiego weszli funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego i z biegiem czasu prokuratura postawiła Gawłowskiemu zarzuty –wówczas pięć – to jednym z zarzutów był właśnie plagiat doktoratu, dokładniej mówiąc Gawłowski lub ktoś za niego bardzo nieudolnie i niechlujnie zerżnął czyjeś słowa, zdania, akapity wcześniej napisane.

    Inne zarzuty postawione wówczas Gawłowskiemu to m.in. przyjęcie korzyści majątkowych – łapówki lub tzw. „kanapki” – vide: Afera Melioracyjna/Kanał Jamneński oraz apartamentu w Chorwacji a dokładnie aktu notarialnego, który dokładnie wskazuje kto jest – oczywiście tylko na papierze – właścicielem tej nieruchomości.

    W grudniu 2018 roku Stanisław Gawłowski usłyszał nowe zarzuty. Zresztą pięć zarzutów Gawłowski usłyszał już w kwietniu 2018 roku. W tym jeden charakterze korupcyjnym, co według mnie nie jest żadnym zaskoczeniem w kontekście osoby Gawłowskiego. On po prostu kocha pieniądze.

    Kolejny wniosek o uchylenie posłowi PO immunitetu oraz wyrażenie przez Sejm zgody na zastosowanie wobec niego tymczasowego aresztu Prokuratura Krajowa w Szczecinie skierowała do Sejmu w czerwcu 2018 roku. Nowe zarzuty mają mieć związek z apartamentem w Chorwacji – wspomniałem o tym powyżej, który – według śledczych – Gawłowski miał przyjąć jako łapówkę od kołobrzeskiego biznesmena Bogdana K. Formalnie właścicielami nieruchomości są teściowie pasierba Gawłowskiego. Pasierba, który też jest osobą – delikatne i ogólnie mówiąc – łamiącą prawo, ale przecież – nawet przy takim powinowactwie – niedaleko pada (zgniłe) jabłko od chorej jabłoni.

    Jakiś czas temu, kiedy już Gawłowski opuścił Areszt Śledczy w Szczecinie w trakcie rozmowy z redaktorem Robertem Mazurkiem (grudzień 2018 r.), wyszło ze strony redaktora, że Stanisław Gawłowski m.in. wśród wielu różnych swoich odznaczeń ma… „Srebrną Odznakę za Zasługi w Pracy Penitencjarnej” (odznakę tę otrzymał 15 grudnia 2010 roku), czyli na długo zanim trafił do aresztu (sic!)

    Dziś na stronie posła PO Stanisława Gawłowskiego w zakładce odznaczenia etc., już nie ma nic o tej odznace.

    youtube
    http://www.stanislawgawlowski.pl/index.php?option=com_contact&view=contact&id=1&Itemid=64

    Obecnie Gawłowski – luty 2019 roku – cieszący się wolnością pokazuje pewność siebie, arogancję, głupotę itd., pisząc na swoich profilach portali społecznościowych, a dokładniej radząc Prezesowi PiS jak się przygotować, zachowywać w areszcie, kiedy to – według Gawłowskiego - Prezes Kaczyński tam trafi… Zresztą jak podają pewne źródła Gawłowski napisał „więzienny poradnik” dla Prezesa Kaczyńskiego. Cóż, człowiek z tytułem doktora, zasłużony i odznaczony wszędzie i wszystkim z wspomnianą odznaką powyżej jest chyba autorytetem w tej dziedzinie…

    https://wpolityce.pl/polityka/434297-gawlowski-napisal-wiezienny-poradnik-dla-prezesa-pis?fbclid=IwAR2xEP7wNsIUA_POcSZIgI7v4E2c9aR5hfpQCuvx7tjnDn8CzHNbwDA1pfk http://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,34939,24466062,warto-duzo-cwiczyc-i-dobrze-zyc-z-klawiszami-gawlowski-radzi.html?utm_source=facebook.com&utm_medium=SM&utm_campaign=FB_Szczecin_Wyborcza&fbclid=IwAR1rjYH2oOOqtXkzO67EeDMI5xb3OHwRbk7QTh7IVh5_MWp0qmCUIZP36Ms



    A przecież 13 lutego bieżącego roku jeden ze strażników więziennych Aresztu Śledczego w Szczecinie usłyszał zarzuty w związku z ewentualną pomocą jaką miał udzielać Gawłowskiemu kiedy ten przebywał w Areszcie Śledczym w Szczecinie.

    https://www.tvn24.pl/pomorze,42/szczecin-straznik-mial-pomoc-gawlowskiemu-uslyszal-zarzuty,909200.html?fbclid=IwAR1Mh146pF-9BT_28aV2ushXKOlC6BLCJIJAIDY4sJigKCxvW84vuHr1S8c



    Teraz wszyscy zainteresowani, pokrzywdzeni, społeczeństwo polskie, które wybrało „dobrą zmianę” czeka na to, aby poseł Stanisław Gawłowski trafił ponownie do aresztu, miał proces i wreszcie odbył należytą karę w Zakładzie Karnym. Co się dzieje, że tak się nie dzieje? Czyżby układ lub coś koło tego?! Bo tylko taka nasuwa się odpowiedź pytającym.
      • Gawlowski jest jeszcze poslem ? Ten kombinator ? To swiadczy o partii do ktorej nalezy.