Zatrzymany przez pomyłkę mężczyzna wyjawia: Policjanci mnie kopali, bili, razili paralizatorem. Gdy mdlałem, polewali mnie wodą

Zatrzymany przez pomyłkę mężczyzna wyjawia: Policjanci mnie kopali, bili, razili paralizatorem. Gdy mdlałem, polewali mnie wodą

Policja, zdjęcie ilustracyjne
Policja, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Shutterstock / DarSzach
„Gazeta Wyborcza” opisuje historię 45-latka z Poznania, którego policjanci zatrzymali przez pomyłkę i tak katowali, że mężczyzna ledwo uszedł z życiem. Choć w sprawie przez lata panowała zmowa milczenia, teraz jeden z policjantów zdecydował się ujawnić, co zaszło feralnego dnia. Proces w tej sprawie wrócił na wokandę.

Opisywane przez „Gazetę Wyborczą” zdarzenia rozegrały się w 2012 roku. 45-letni Łukasz Rafałko został zatrzymany na parkingu. Podeszło do niego kilku zamaskowanych antyterrorystów, którzy wyciągnęli go z auta przez otwartą wcześniej szybę, obezwładnili i wywieźli na komisariat. Zatrzymany długo nawet nie wiedział, dlaczego został zatrzymany. Nic w tym dziwnego – całe zatrzymanie było bowiem policyjną pomyłką.

Rafałko został wskazany przez jednego z policjantów, jako uczestnik bójki w jednym z poznańskich klubów. W klubie bawiła się grupa antyterrorystów z Łodzi, gdy doszło do bijatyki. Jeden z uczestniczących w niej mundurowych zobaczył w policyjnej kartotece zdjęcie 45-latka i stwierdził, że rozpoznaje jego twarz z ostatniej bójki. Gdy całe zajście miało miejsce, Rafałko był w domu ze swoją partnerką i córką. Policjant wytypował go błędnie, myląc się w kwestii tatuażu, który mężczyzna miał na ciele.

„Policjanci mnie kopali, bili, razili paralizatorem. Gdy mdlałem, polewali mnie wodą”

W chwili zatrzymania byli przekonani, że zatrzymali właściwą osobę. Dalsze wydarzenia opisywane przez 45-latka są jednak szokujące. Rafałko opowiada, że policjanci kopali go, bili po głowie, kilkadziesiąt razy razili paralizatorem. A to wszystko jeszcze przed przewiezieniem do komendy, w policyjnym samochodzie. – Dostałem w nogi, plecy, w genitalia i w okolice odbytu, w kolana, w pięty, w bok. Byłem skuty tak mocno, że puchły mi palce, a metalowe kajdanki dawały po uderzeniach paralizatorem takie uczucie, jakby mi ktoś skórę przypalał – opowiada mężczyzna.

Tortury miały dalej trwać w komisariacie, do którego niemal nieprzytomnego 45-latka zawleczono. – Padałem i mdlałem z bólu. Wtedy cucili mnie wodą. Przestali bić, gdy przyszedł jakiś policjant i powiedział, żeby zostawili mnie już w spokoju, żeby nie bili – opowiada zatrzymany.

Sprawa wraca na wokandę

Wówczas mężczyzna trafił do izby zatrzymań, a gdy się zorientowano, że został zatrzymany przez pomyłkę, wypuszczono go na wolność. Wcześniej musiał jednak zaznaczyć, że nie ma żadnych zastrzeżeń do zatrzymania. A miał. I to wiele. W związku z tym Rafałko udał się do prokuratury, gdzie zgłosił całą sprawę i pokazał rezultat działania policjantów.

„Gazeta Wyborcza” wskazuje, że sprawa toczyła się przez pięć lat za zamkniętymi drzwiami. W 2019 roku zapadły wyroki dla pięciu policjantów, których skazano na rok więzienia bez zawieszenia. Podczas procesu nie ustalono jednak, jaka była rola poszczególnych policjantów w pobiciu, gdyż wszyscy zgodnie milczeli. Teraz jeden z nich, który przekonuje, że uczestniczył tylko w wyciąganiu zatrzymanego z samochodu, przerwał milczenie. To skłoniło sąd do ponownego procesu. Powtórzony proces, który właśnie trwa, toczy się już przy otwartych drzwiach.

Czytaj też:
Śmierć po interwencji policji. Ujawniono nowe nagranie z wyciętymi scenami

Źródło: Gazeta Wyborcza
 4

Czytaj także