Artur Boruc, czyli bramkarz, który ma na wszystko wywalone

Artur Boruc, czyli bramkarz, który ma na wszystko wywalone

Artur Boruc
Artur Boruc Źródło: Shutterstock / Mikolaj Barbanell
Artur Boruc dziś kończy piłkarską karierę. Ostatnim meczem w barwach ukochanej Legii przeciwko Celtikowi Glasgow pożegna się zarówno z publicznością na Łazienkowskiej jak i z zawodowym futbolem. Boruc jest oryginałem nie tylko jako piłkarz, ale w ogóle, jako człowiek. Trudno znaleźć innego polskiego sportowca, który miałby tak wielką potrzebę manifestowania swoją postawą, że cały świat ma gdzieś, a on sam ma na wszystko wokół niego – łagodnie mówiąc – wywalone.

Artur Boruc zawsze uważał, że wolno mu więcej. Że nie obowiązują go rygory, jakie dotyczą kolegów z drużyny. Pozwalał sobie na więcej, to co robił i jak żył, ze sportowym trybem życia nie miało nic wspólnego. Taki „luzik” miał w każdej drużynie w której grał. Łącznie z reprezentacją Polski.

Od kilku dni Boruc robi „objazdówkę” po mediach. Jest gościem w programach, daje wywiady, wspomina. Przez tydzień odbył więcej rozmów z dziennikarzami niż przez całą karierę, bo wywiadów bardzo nie lubił. A jednak promuje swój mecz pożegnalny, choć pod względem frekwencji raczej zapowiada się on na klapę niż na kasowy sukces. Termin na pewno nie jest dogodny, bo Warszawa w lipcu jest pusta. Dzieci i młodzież na wakacjach, dorośli na urlopach. Reklamie wydarzenia na pewno nie pomogła afera, jaka wybuchła wokół cen biletów na ten mecz. Pojawiła się informacja, że Boruc jest cenami zażenowany, choć wiadomo było, że zyski ze spotkania trafią w dużej części do jego kieszeni.

Czytaj też:
Artur Boruc zdradził, co będzie robić po zakończeniu kariery. Nietypowe zajęcie, jak na piłkarza

Bramkarz ogłosił, że kto nie chce przyjść na mecz niech zostanie w domu, łaski bez! Dostało się także Legii, za to, że nie potrafi porządnie zorganizować tego meczu, ale konflikt z klubem szybko załagodzono. Ogłoszono, że Boruc podpisał umowę na bycie ambasadorem Legii. Bramkarz przestał krytykować klub.

Afera dywanowa

Artur Boruc mógł zrobić wielką karierę, ale zawsze brakowało mu dyscypliny. Miewał kłopoty z wagą, przesadzał z umiłowaniem do zabawy i rozrywki.

W Mediolanie podpadłem dwa razy. Rok po roku w Lidze Mistrzów, po obu meczach z Milanem. Po jednym byłem tak zadżumiony, że zszedłem boso na śniadanie. Dobry opier***l dostałem. Za drugim razem spóźniłem się na wyjazd autokaru z drużyną na lotnisko

– opowiadał Boruc w wywiadzie dla „Przeglądu Sportowego”.

I to są opowieści, jakie się snuje w prywatnych rozmowach, z kolegami przy piwie. Bo raczej nie w stylu ambasadora. Ambasadora czegokolwiek. A mam wrażenie, że bramkarz Legii się tymi historiami napawa, popisuje.

W kadrze też nie mogli Boruca opanować. Kiedy w drugiej kadencji Adama Nawałki (po mistrzostwach Europy 2016 a przed mundialem 2018) wydarzyła się w czasie jednego ze zgrupowań tzw. afera dywanowa (jeden z piłkarzy kadry na tyle przesadził z alkoholem, że zwymiotował na dywan w hotelu), w PZPN powiedziano dość. Uznano, że to ten moment, by rozbić „grupę bankietową” w reprezentacji. I rzeczywiście czas to był najwyższy, bo trudno budować zespół, w którym część zawodników uważa na to, żeby nie jeść glutenu, a w tym samym czasie inna cześć spędza miłe wieczory przy whisky.

Boruc miał z dyscypliną w kadrze duże problemy. Był trzecim bramkarzem reprezentacji – po Wojciechu SzczęsnymŁukaszu Fabiańskim – i wiedział, że co by się nie działo, grał nie będzie. Organizował więc sobie czas na zgrupowaniach na swój sposób. Ówczesny prezes PZPN Zbigniew Boniek wpadł na szelmowski pomysł, że zrobić Borucowi piękne pożegnanie z kadrą, pod warunkiem, że wcześniej bramkarz Bournemouth ogłosi publicznie, że rezygnuje z gry w reprezentacji. Tak też się stało. Z korzyścią dla Boruca i dla dyscypliny w kadrze.

Źródło: WPROST.pl
 0

Czytaj także