Zanim padło legendarne „siema!”. Tego o Owsiaku nie wiecie

Zanim padło legendarne „siema!”. Tego o Owsiaku nie wiecie

Jurek Owsiak
Jurek Owsiak Źródło: Newspix.pl / Mikołaj Zacharow
Zanim Jurek Owsiak stał się założycielem i symbolem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zdążył przeżyć więcej, niż się niektórym wydaje. Ścieżka, która doprowadziła go do największej akcji charytatywnej w Polsce była długa i pełna zaskakujących zwrotów akcji, wypełniona absurdalnym humorem i masą dobrego rock and rolla.

Choć czterokrotnie bez powodzenia próbował dostać się na warszawską Akademię Sztuk Pięknych, szybko znalazł dla siebie miejsce w rzemiośle artystycznym. Zajął się... witrażami, a jego pracownia wykonywała modne wówczas lampy w stylu Tiffany.

Artysta z powołania, buntownik z wyboru

Jak sam wspominał w magazynie „Viva”, gdy na sklepowych półkach królował ocet, Owsiak zarabiał znacznie więcej niż przeciętny Polak. „Mój przyjaciel Jan Kelus, bard podziemnej Polski, powiedział, że jest robota w pracowni witraży. Podobno płacą cztery tysiące. To były bardzo dobre pieniądze” – opowiadał. Jego talent docenił nawet Lech Wałęsa, który zamówił u niego witraż do kaplicy w Belwederze.

Mimo że tego typu sztuka wymagała precyzji i ułożenia, Owsiak nie był w stanie porzucić swojej buntowniczej natury. Podczas renowacji kilkusetletniego kościoła Dominikanów we Wrocławiu zostawiał po sobie nie tylko ślady fachowej pracy. Jak mówił w „Playboyu”, „my na słupkach witrażowych pisaliśmy »Jaruzelski to sukinsyn, a Breżniew to ch...«. Dla potomnych”.

Był synem pułkownika Milicji Obywatelskiej. Zanim zaangażował się w witraże, imał się wielu zajęć: był hippisem, pracował fizycznie w Holandii i Berlinie Zachodnim, a po powrocie do kraju, chcąc uniknąć pełnej służby wojskowej, symulował paranoję, przez co trafił do szpitala psychiatrycznego w Choroszczy. Ukończył także kurs psychoterapeutyczny i pracował z trudną młodzieżą. „Nie powiem, od czasu do czasu trzeba było z laczka przyłożyć. Cieszę się, że trenowałem wtedy karate” – mówił.

Rock and roll, radio i „uwalnianie słoni”

Choć odnosił sukcesy jako artysta-rzemieślnik, coraz silniej ciągnęło go w stronę muzyki. Jak wspominał Jan Pospieszalski, wówczas basista zespołu Voo Voo, Owsiak marzył o świecie artystów i koncertów.

Związał się z muzyką, zaczynając jako kierowca zespołów. Woził sprzęt swoim volkswagenem „ogórkiem” na festiwal w Jarocinie. Tam — jak relacjonował Pospieszalski — „opadła mu szczęka, jak zobaczył debiut zespołu Siekiera, jak zobaczył pogo pod sceną”.

Z czasem sam organizował wydarzenia muzyczne, w tym legendarne koncerty „Letnia zadyma w środku zimy”, a jego charakterystyczna, nieco chaotyczna konferansjerka upstrzona jąkaniem się stała się jego znakiem rozpoznawczym. Dzięki znajomości z Wojciechem Waglewskim trafił do Rozgłośni Harcerskiej, gdzie stworzył Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników i rzucił hasło „Uwolnić słonia!”.

Jego happeningi dzieliły środowisko. Krzysztof Skiba mówił o „kanalizowaniu buntu w jajcarskich akcjach”, a Paweł Sito oceniał wprost: „Szczerze? To były debilne hasła – jakieś słonie, jakieś ręczniki. (...) To nie miało sensu i nic się za tym nie kryło”.

Inaczej widział to poeta Jarosław Klejnocki. „To czytelna aluzja do groteskowego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej (...). Owsiak wybrał drogę kontestacji przez śmiech, przez ośmieszanie systemu” – twierdził. Zainteresowała się nim nawet Służba Bezpieczeństwa, która odnotowała owsiakowe happeningi w raportach.

Telewizja, „Róbta, co chceta” i narodziny WOŚP

Na początku lat dziewięćdziesiątych Owsiak trafił do Telewizji Polskiej. Maciej Domiński, ówczesny dyrektor Programu Drugiego Telewizji Polskiej, zaproponował mu autorski format. Owsiak postawił warunki: reżyserem zostanie Walter Chełstowski, a program poprowadzi wspólnie z Agatą Młynarską.

Tak powstał program „Róbta, co chceta”, opisany przez twórcę jako „rockandrollowa jazda bez trzymanki”. Przełom przyniósł odcinek z apelem lekarzy z Centrum Zdrowia Dziecka o zakup aparatury ratującej życie. „Jurka bardzo to poruszyło. Zaczął prosić ludzi o pieniądze” – opisywał Walter Chełstowski.

Odzew? Natychmiastowy. Do redakcji zaczęły napływać koperty z datkami. Wkrótce akcja zyskała nazwę — wymyśloną przez Owsiaka i Waglewskiego — Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Pierwszy finał, 3 stycznia 1993 roku, był organizacyjnym chaosem. „Wtedy nie było telefonów komórkowych, jedynie faksy. Nie było internetu” – opowiadał Jurek Owsiak w „Vivie”.

Agata Młynarska wspominała z kolei, że zebrali „pieniędzy ogrom, a to było jeszcze przed denominacją (...). Były wszędzie, na podłodze, w bawełnianych workach, upychaliśmy je też do worków na śmieci”. Wtedy narodził się także charakterystyczny wizerunek Owsiaka — żółta koszula i czerwone spodnie. „Ufarbowali mi dżinsy, a jak je w domu po finale zdjąłem, to myślałem, że mi jaja urwało. Farba puściła, za mało octu dodali!” – żartował dyrygent WOŚP.

Czytaj też:
Szefowa MEN gra z WOŚP. Takiej aukcji jeszcze nie było
Czytaj też:
Nie tylko Świątek i Lewandowscy. To będzie hit aukcji WOŚP!

Opracowała:
Źródło: Viva, Playboy, Wyborcza, Radio Zet, WP Teleshow, TVRepublika