Prawybory i pre-kampania

Prawybory i pre-kampania

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Platforma Obywatelska postanowiła przeprowadzić "prawybory". Wprawdzie ten termin nie jest zastrzeżony dla kampanii wyborczej w USA, ale Polakom kojarzy się głównie z amerykańskimi wyborami prezydenckimi. Tylko że to, co za oceanem jest procedurą i standardem demokratycznym, w Polsce stało się partyjną farsą. Nie jest to nawet konsultacja z działaczami partii Donalda Tuska, bo desygnowanie do wyścigu prezydenckiego Bronisława Komorowskiego i Radosława Sikorskiego jest czymś w rodzaju wyborów koncesjonowanych. I do tego ta liberalna partia wysunęła dwie persony o poglądach konserwatywnych...
Wybór pomiędzy Komorowskim i Sikorskim dla wielu działaczy PO, ale także dla wyborców jest więc wyborem mniejszego zła.

Wydaje się, że kampania pomiędzy oboma kandydatami może doprowadzić do ich "spalenia". Już zresztą widać, że obaj w sposób naturalny kierują swoją retorykę wyborczą najpierw w stronę politycznych przeciwników z własnej partii, a dopiero później w stronę innych konkurentów. Wspomagają ich w tym niektórzy działacze partyjni, tacy jak Janusz Palikot i Jarosław Gowin.

Niektórzy twierdzą, że narzucone przez Donalda Tuska prawybory to jego asekuracja na wypadek, gdyby jednak kandydat PO nie został prezydentem. Tak twierdzi między innymi Piotr Skwieciński, publicysta "Rzeczpospolitej". Wygrana w prezydenckim wyścigu, nawet gdyby doszło do obniżenia znaczenia stanowiska prezydenta - jeżeli udałoby się wprowadzić zmiany w Konstytucji RP - może mieć jednak dla PO znaczenie strategiczne, ze względu na wybory samorządowe i parlamentarne, które zostaną rozpisane zapewne na wiosnę 2011 roku.

Tylko, że taka asekuracja ma sens, o ile na przeciwko kandydata PO stanąłby poważny kandydat PiS - umownie zwany kandydatem prawicy. A tak nie jest - i z dnia na dzień pozycja Lecha Kaczyńskiego słabnie. O elektoracie negatywnym obecnego prezydenta powiedziano i napisano już wszystko. A o zdolnościach rozbijania środowisk prawicowych przez jego brata - równie dużo. Efektem jest to, że nie mamy jeszcze oficjalnej kampanii, a na prawicy pojawili się już trzej kandydaci, odwołujący się do elektoratu konserwatywnego, katolicko-narodowego i postsolidarnościowego. I wszyscy oni - Ludwik Dorn (Polska Plus), Marek Jurek (Prawica Rzeczpospolitej) i Kornel Morawiecki - kandydat obywatelski - w pierwszej kolejności odbiorą głosy właśnie Lechowi Kaczyńskiemu. Nie ma więc przeciwko komu i czemu Donald Tusk się asekurować, ponieważ wejście do II rundy kandydat PO ma zapewnione.

W PiS za to nie będzie żadnych prawyborów, ba, nawet nie będzie dyskusji o tym, kto będzie kandydował. Lech Kaczyński jest "naturalnym" kandydatem. I nawet najbardziej odważni harcownicy partyjni, jak choćby Marek Migalski nie są gotowi na to, aby publicznie wyrazić wątpliwość, co do zasadności i sensu kandydowania Kaczyńskiego. Byłoby to jednak zakwestionowanie fuhrerprinzip Jarosława Kaczyńskiego, a na to jeszcze nikt nie może sobie pozwolić, mimo że podskórne konflikty w PiS coraz wyraźniej wypływają na powierzchnię. Grupa Bielana i Kamińskiego starła się ostatnio z żelazną kadrą post-PC, skupioną w familii Kaczyńskiego.

To co się dzieje na prawo od centrum sceny politycznej, dobrze rokuje tym, którzy są po jej lewej stronie albo choć zerkają na elektorat lewicowy i centrowy. Im więcej "dymu" w PO i w PiS - tym szanse Andrzeja Olechowskiego rosną. Jerzy Szmajdziński ma sufit wyborczy na poziomie 10-12 proc. jako kandydat stricte partyjny i nie ma szans na II rundę wyborów. W przeciwieństwie do Andrzeja Olechowskiego. Tomasz Nałęcz, jak sądzę, jeszcze przez wyborami sceduje swoje promile poparcia na rzecz... Olechowskiego.

Jednego można, niestety być pewni. Nie będzie to kampania na wizje prezydentury ani  programy, zresztą po co na tym urzędzie program? Czeka nas kampania negatywna, gdzie najważniejsze będzie uwypuklenie wad przeciwnika. A wyborcy? Jak zawsze w Polsce - wybiorą mniejsze zło...




 3

Czytaj także