Powodziowe zaniechanie

Powodziowe zaniechanie

Dodano:   /  Zmieniono: 4
Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi - pisał w XVI wieku zafrasowany Jan Kochanowski. Słowa "Mistrza z Czarnolasu" przypominają się, gdy stacje telewizyjne pokazują urzędników państwowych, którzy w świetle kamer dwoją się i troją, aby pokazać jak to bardzo leży im na sercu los poszkodowanych przez "wielką wodę". Minister Michał Boni zwołał nawet w miniony piątek specjalną konferencję prasową, na której poinformował, że rząd wyasygnuje około 600 milionów złotych na pomoc dla powodzian. O trosce o dotkniętych żywiołem ludzi zapewniają też premier, marszałek Sejmu, minister Miller i dziesiątki innych urzędników. Ministrowi Boniemu i jego kolegom łatwo dzielić państwowe pieniądze. Znacznie trudniej wyciągnąć z katastrofy konstruktywne wnioski i doprowadzić do tego, aby podobny kataklizm nie powtórzył się w najbliższych latach. A przecież gdyby Polak był mądry po szkodzie, po doświadczeniach sprzed 13 lat w ogóle nie mielibyśmy problemu powodzi.
Słynna "Powódź Tysiąclecia" z 1997 roku niczego polskich urzędników nie nauczyła. Owszem, uchwalono nawet ustawę dotyczącą Odry i opracowano plan dotyczący Wisły, jednak żadnego nie zdążono zrealizować. Przyszły kolejne opady, Wisła wezbrała, skutek jaki jest każdy widzi. Zarówno w 1997 roku, jak i teraz, wsłuchiwałem się z uwagą w głosy rozmaitych "ekspertów", "sztabowców", urzędników i innych, którzy odpowiedzialni byli za walkę z powodzią. I tylko jeden strażak powiedział, że rzeczą absolutnie konieczną jest realizacja inwestycji, które zapobiegną powodzi w przyszłości. Wymienił trzy rzeczy: pogłebienie koryta rzek, modernizacja zapór wodnych i budowa zbiorników retencynych. Jednak głos tego strażaka zagłuszyła lawina wypowiedzi "speców", którzy zapowiadają, że uchwalą kolejne "plany" i już nikt nigdy wskutek powodzi nie ucierpi. Minęło 13 lat i rzeczywistość surowo zweryfikowała urzędnicze deklaracje. Rację miał ów strażak. Tyle, że był klasycznym "głosem wołającym na puszczy".

Najważniejszą obecnie w Polsce zaporą wodną jest tama we Włocławku. Zbudował ją niesławnej pamięci Edward Gierek, planując czas jej użytkowania na 10 lat. Tama wykorzystywana jest już ponad 30 lat, a jej kolejni zarządcy alarmują, że jej stan jest coraz gorszy i większej powodzi może nie wytrzymać. Jeżeli nie wytrzyma, Wisła zaleje dziesiątki okolicznych miejscowości, co może doprowadzić do śmierci setek osób. Nie sądzę, aby pozostałe zapory wodne w Polsce były w dużo lepszym stanie. Z kolei zorganizowaną, ogólnopolską akcję pogłębiania koryt najważniejszych rzek, jako ostatni przeprowadził... Władysław Gomułka. Zbiorników retencyjnych mamy też niewiele, a te, które są, nie mogą sprostać powodzi. Dziwne, że po 1997 roku żaden rząd nie wyciągnął z tego wniosku. Dziwne tym bardziej, że inwestycje zapobiegające kolejnym powodziom zapewne kosztują znacznie mniej niż skutki kataklizmu.
+
 4

Czytaj także