Kaczyński zaczyna mówić o Smoleńsku

Kaczyński zaczyna mówić o Smoleńsku

Dodano:   /  Zmieniono: 161
fot.: Wprost
Prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie zabiegał o wyciągnięcie konsekwencji, nie tylko prawnych, ale także politycznych i moralnych, wobec tych, którzy mogli przyczynić się do katastrofy pod Smoleńskiem. - Ustalenie osób odpowiedzialnych politycznie za katastrofę smoleńską nie wymaga śledztwa - powiedział w wywiadzie dla "Gazety Polskiej".

Prezes PiS mówi w wywiadzie, którego fragmenty opublikowano we wtorek na portalu niezależna.pl., że dla niego sprawa zaczęła się "wówczas, gdy zakwestionowano prawo wyjazdu prezydenta z rodzinami katyńskimi na coroczne uroczystości upamiętniające zamordowanych polskich oficerów".

- Podkreślam słowo coroczne, bo to właśnie 10 kwietnia każdego roku, a nie jak premier 7 kwietnia, organizowano wyjazd na cmentarz katyński. Tymczasem po telefonie Władimira Putina do Donalda Tuska członkowie jego gabinetu zaczęli ogłaszać wprost, że do Katynia nikt prezydenta nie zaprasza i  jego wyjazd na obchody 70. rocznicy tej zbrodni nie jest koniecznością i powinnością, ale czymś w rodzaju niezrozumiałej zachcianki. Ku mojemu zdumieniu rozpoczęło się podważanie prawa Lecha Kaczyńskiego do udziału w tej uroczystości - powiedział Kaczyński.

- Muszę przyznać, że choć atak był kuriozalny, nawet jak na  obyczaje gabinetu Tuska i jego medialnych sojuszników, to jednak nie wzbudził we  mnie jakiegoś szczególnego zdziwienia, a wiedziałem już, że są zdolni posunąć się bardzo daleko. Niepokoiło, że tym razem wprost grają z Rosjanami - mówi prezes PiS.

Jechać, nie jechać, jechać...

Jak podkreślił, prezydent Kaczyński nie wahał się, czy pojechać do Katynia. - Przez pewien czas nie było jednak pewne, jak się tam uda i jak ten wyjazd zostanie zorganizowany. Później - nie pamiętam dokładnie kiedy - pojawiła się koncepcja dwóch wyjazdów. Premier oddzielnie i prezydent oddzielnie. Lech Kaczyński miał jechać razem z coroczną delegacją środowisk katyńskich, a Donald Tusk specjalnie do Putina - twierdzi Jarosław Kaczyński.

Podkreślił też, że "organizatorem tego corocznego wyjazdu środowisk katyńskich był rząd". - Prezydent poleciał do Katynia rządowym samolotem. Nie prezydenckim - bo takiego nie było i nie ma. To rząd Donalda Tuska dużo wcześniej odmówił głowie państwa prawa do korzystania z tupolewa. Dopiero po katastrofie ministrowie i sam premier zaczęli nazywać ten samolot prezydenckim. To dość znamienne - mówi J. Kaczyński.

Prezes PiS powiedział, że wolałby, by prezydent Kaczyński pojechał na uroczystości katyńskie specjalnym pociągiem. - I nawet do pewnego momentu brat też chciał tak zrobić. Ostatecznie zdecydował się na lot samolotem, bo wcześniej musiał polecieć do Wilna na spotkanie z  panią prezydent Litwy. Ale to oznaczało, że nie będzie mógł pojechać pociągiem z  rodzinami katyńskimi - tłumaczy J. Kaczyński.

- Przyznam, iż zmartwiłem się tym. Jednak nie przeczuwałem zbliżającej się katastrofy. Muszę też powiedzieć, że od  jakiegoś czasu namawiałem prezydenta, by zrezygnował z latania tupolewami. Mówiłem to  także jego współpracownikom. Wszyscy rozkładali ręce i mówili: "to czym latać?". Mówiąc wprost, to były takie graty, że nikt się nimi nie powinien poruszać - uważa prezes PiS.

Ostatnia rozmowa

Wspominał też, że ostatni raz widział się z bratem w piątek 9 kwietnia wieczorem, gdy odwiedzili matkę w szpitalu. - 10 kwietnia o 6 rano Leszek obudził mnie telefonem. Później zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i  dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z mamą wszystko w porządku, i poradził, bym się przespał. Pamiętam doskonale, że użył określenia: "bo się rozpadniesz" - mówił J. Kaczyński. Opowiedział też o późniejszej rozmowie z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, z której dowiedział się o katastrofie. - Dowiedziałem się, że doszło do  katastrofy. Rozbił się samolot. Wszyscy zginęli. Powiedziałem mu: "To jest wynik waszej zbrodniczej polityki - nie kupiliście nowych samolotów". Na tym rozmowa się skończyła - mówił J. Kaczyński.

Zapytany, czy minister Sikorski odpowiedział na te słowa, odpowiedział: - Nie. Chyba zresztą sam odłożyłem słuchawkę. Po kwadransie był następny telefon. Miałem cień nadziei, że może jednak ktoś przeżył. Znów dzwonił Sikorski i kategorycznie stwierdził, że katastrofa była wynikiem błędu pilota. Pamiętam jego słowa: "to był błąd pilota".

Dopytywany, czy szef MSZ nie miał wątpliwości co do tego i już wtedy wiedział, że zawinił pilot, J. Kaczyński odpowiedział: "tak". - Oznajmił mi to zdecydowanie i jednoznacznie. Teraz myślę, że zarówno Sikorski, jak i sam Tusk, bali się, że publicznie powtórzę to, co powiedziałem Sikorskiemu podczas pierwszej rozmowy telefonicznej -  mówi szef PiS.

Podróż Jarosława

Powiedział też, że jego podróż do Smoleńska zorganizowali przyjaciele, bardzo pomógł też europoseł PiS Paweł Kowal. - Początkowo wydawało się, że to nierealne, ale dzięki ich determinacji udało się. Wynajęli samolot. Lotnisko w Smoleńsku zostało zamknięte, polecieliśmy zatem do Witebska na  Białorusi. Wcześniej namawiano mnie, bym poleciał z Donaldem Tuskiem - mówi J. Kaczyński.

Dopytywany kto do tego namawiał, szef PiS odpowiedział, że nie pamięta. - Dzwonił ktoś od premiera. Miałem wrażenie, że Donald Tusk zdecydował się polecieć do  Smoleńska wtedy, gdy dowiedział się, że ja tam lecę. Być może się mylę, ale tak to zapamiętałem - tłumaczy J. Kaczyński.

Dodał, że nie chciał jednak lecieć z premierem. - Poleciałem z przyjaciółmi. Wylądowaliśmy zresztą w Witebsku przed Tuskiem. Strona białoruska zachowała się bardzo poprawnie. Na lotnisku czekał autokar i samochód osobowy. Wsiedliśmy i ruszyliśmy w drogę do  Smoleńska. Po drodze zorientowaliśmy się, że tempo jazdy jest spowalniane. Dziś wiem, że  nasze postoje i powolne tempo jazdy były wymuszone przez ścigającą nas delegację z  premierem Tuskiem, który koniecznie chciał dotrzeć do Smoleńska przed nami -  mówił szef PiS.

Skrzyżowanie z Tuskiem

- W pewnym momencie limuzyna z Donaldem Tuskiem minęła nas i  dopiero wtedy pozwolono nam normalnie jechać. To była zresztą jakaś kompletna paranoja. Bo jeśli premier polskiego rządu ścigał się ze mną, kto pierwszy dojedzie do  miejsca katastrofy, to widocznie szczególnie zależało mu, by się tam pokazać. Państwo wybaczą, ale nie jestem w stanie nawet zrozumieć takiej mentalności. Ja jechałem do ciał moich najbliższych - do Leszka, Marylki, przyjaciół. To, co  wyrabiał wówczas pan Tusk, po prostu nie mieści mi się w głowie - powiedział J. Kaczyński.

Na pytanie, czy ma pewność, że zatrzymywano ich celowo, J. Kaczyński odpowiedział, że nie ma co do tego wątpliwości. - Rozmawialiśmy z kierowcą. Mówił nam "nie lzja". Ale jak limuzyna z premierem Tuskiem bez zatrzymania nas minęła, rozkaz przestał obowiązywać. Dopiero w Smoleńsku znowu nas spowalniano. W pewnym miejscu zaczęliśmy dosłownie kręcić się w kółko, zanim dotarliśmy do lotniska, które znajduje się przecież niedaleko centrum Smoleńska - powiedział szef PiS.

J. Kaczyński podkreślił, że ni chciał, by śmierć jego najbliższych "stała się głównym tematem kampanii wyborczej". - Jednak jest sprawą zupełnie oczywistą, że państwo polskie nie może przejść do porządku nad tą niespotykaną wprost tragedią. Uczynię wszystko, by wyjaśnić przyczyny katastrofy samolotu rządowego. To jest dziś dla mnie najważniejsze i osobiście, i politycznie - powiedział.

Będzie szukanie winnych

Prezes PiS zapowiedział, że będzie zabiegał o "wyciągnięcie konsekwencji nie tylko prawnych wobec tych, którzy mogli przyczynić się do tego zdarzenia, ale także politycznych i  moralnych". - Ustalenie osób odpowiedzialnych politycznie za katastrofę smoleńską nie  wymaga śledztwa. Ale to trzeba powiedzieć w odpowiednim momencie tak, by  usłyszała o tym cała Polska i cały świat - powiedział Kaczyński.

 161

Czytaj także