Media nas zlinczowały

Media nas zlinczowały

Afera futrzana to wymysł chorej wyobraźni. Z Drzewieckimi przyjaźnimy się od ponad dwudziestu lat i nic tą przyjaźnią nie zachwieje – mówią Monika i Robert Janowscy.

Lubi pani futra?

Monika Janowska: Lubię, ale tylko na grzbietach żywych zwierząt.

Paulina Socha-Jakubowska: Pytam, bo sprawa kradzieży futer, której – jak opisywały tabloidy – miała się pani dopuścić, była chyba największą aferą w polskim show-biznesie w ostatnich miesiącach.

Robert Janowski: Afera futrzana to wymysł chorej wyobraźni pseudodziennikarzy. Nigdy nie było żadnych futer.

To co, razem z żoną ministra Drzewieckiego, robiła pani w sklepie na Florydzie?

M.J.: Jak to co robiłam w sklepie? Proszę mi wybaczyć, ale potraktuję to pytanie jako żart.

Byłyście na babskich zakupach.

M.J.: Tak.

Tyle że przez ostatnie miesiące czytałam, że zostałyście przyłapane na gorącym uczynku. Że w waszych torbach znaleziono ubrania, za które – że użyję eufemizmu – nie zapłaciłyście.

M.J.: Czytała pani kłamstwa! Prawda natomiast jest taka, jakie są fakty. A fakty przedstawił prokurator stanowy w uzasadnieniu odrzucenia zarzutów i porzucenia oskarżenia: wideo i protokół z inwentaryzacji wykazały, że zakwestionowanych towarów nigdy, powtarzam: nigdy, nie było w sprzedaży tego sklepu. R.J.: Zresztą „dziennikarze” z bulwarówek świetnie wiedzą, jak się sprawa toczyła i jak zakończyła, bo monitorowali ją przez cały czas. Ale napisanie prawdy okazało się dla nich zbyt dużym wyzwaniem i nie mogło im przejść przez pióro.

Nie czytałam prokuratorskiego uzasadnienia. Macie dokument, którym możecie udowodnić pani niewinność?

M.J.: Proszę pani, niewinności się nie udowadnia! Można próbować udowodnić winę, a my winne nie jesteśmy. Mamy orzeczenie sądu o porzuceniu wszelkich zarzutów i oświadczenie prokuratora stanowego o bezpodstawnym oskarżeniu. (Monika Janowska pokazuje pismo z sądu poświadczające jej słowa).

Jak to się stało, że wycofano oskarżenie? Czy pojawili się nowi świadkowie, a może nowe dowody?

M.J.: Po raz kolejny pani powiem, że do procesu w ogóle nie doszło, więc nie mogło być mowy o nowych świadkach. Nie było też ani starych, ani nowych dowodów. Był tylko protokół z inwentaryzacji, na który czekaliśmy 10 miesięcy i który wyjaśniał sprawę. R.J.: Mówiąc wprost – nie można wszcząć procesu o kradzież np. roweru, jeżeli oskarżający nigdy roweru nie posiadał. Monika nie mogła być oskarżona o kradzież czegoś, czego w tym sklepie nigdy nie było.

Rzeczywiście o sprawie dowiedział się pan z mediów?

R.J.: Przede wszystkim nie zgadzam się na nazywanie mediami brukowych, nieuczciwych, fałszujących fakty tabloidów.

Dobrze. Czy zatem o sprawie dowiedział się pan z tabloidów?

R.J.: To kłamstwo, takie jak 99 proc. innych rewelacji publikowanych na tych łamach. O zatrzymaniu mojej żony w sklepie dowiedziałem się od niej tego samego dnia, w którym doszło do zatrzymania.

Czyli zadzwoniła żona, jeszcze wtedy narzeczona, i oznajmiła, że jest w rękach policji. Spadł pan z krzesła?

R.J.: Wtedy myślałem tylko o tym, jak traumatycznego przeżycia doświadcza Monika. Nie zastanawiałem się, jak to wszystko się skończy, bo od początku byłem pewien, że wszystko pozytywnie się wyjaśni.

Naprawdę od początku wierzył pan w wersję żony? Nie zawahał się pan ani na moment?

R.J.: Wierzyłem nie w „wersję żony”, tylko w prawdę. Byłem pewny, że nie popełniła żadnego czynu niezgodnego z prawem.

Chyba czegoś nie rozumiem. To po co w takim razie wydał pan oświadczenie, w którym starał się pan od sprawy odciąć?

R.J.: Nigdy nie próbowałem się odciąć od sprawy ani tym bardziej od mojej żony.

Więc rozstanie było chwytem PR-owym?

R.J.: To nie był żaden chwyt. Faktycznie rozstaliśmy się na jakiś czas. Ale tylko dlatego, że byliśmy w tym czasie w trakcie sprawy sądowej o zmianę miejsca zamieszkania moich córek. To był też dla nich bardzo trudny czas. Mieliśmy nadzieję, że trochę uciszymy plotkarzy i oszczędzimy cierpienia dziewczynkom. M.J.: Dobro dzieci jest dla nas najważniejsze, w takich chwilach nie ma mowy o żadnym PR-owym zagraniu.

Dlaczego nie wyłożyliście kart wcześniej? Dlaczego konsekwentnie przez kilkanaście miesięcy unikaliście wywiadów?

R.J.: Uważa pani, że ogłaszanie, nawet codziennie, że moja żona i jej koleżanka są niewinne i że spokojnie czekamy na wyjaśnienie, powstrzymałoby tabloidy przed mieszaniem nas z błotem?

Teraz tego nie sprawdzimy. Za późno.

R.J.: Wprost przeciwnie, już po zakończeniu sprawy, wiedząc doskonale, jaki był jej finał, rzeczone tabloidy dalej nabijały czytelników w butelkę, pisząc, że nie jesteśmy niewinne. Jeżeli nie przekonało ich postanowienie sądu, to myśli pani, że my byśmy mieli większą siłę przebicia?

W tej sytuacji nie mieliście nic do stracenia, mogliście próbować.

M.J.: Może sobie pani wyobrazić, jakim szokiem dla osoby nigdy niezwiązanej z show-biznesem było całe to zamieszanie?

Muszę przyznać, że miała pani mocne wejście.

M.J.: Mocne wejście, żartuje pani? Ilością nieprawdziwych, krzywdzących mnie informacji zostałam tak przytłoczona, że nie byłam w stanie się z tym zmierzyć. Każde kolejne kłamstwo przeżywałam bardzo osobiście, co w rezultacie doprowadziło do problemów zdrowotnych.

Aż tak?

R.J.: Tak, Monika korzystała z pomocy psychologa. Jest bardzo dzielną kobietą, ale jest też ogromnie wrażliwa i najzwyczajniej potrzebowała pomocy. M.J.: Dlatego postanowiliśmy, że damy sobie czas na ochłonięcie i oswojenie się z tym, co się wokół nas dzieje. Nie miałam siły na medialne zwierzenia.

Kto poinformował o wszystkim tabloidy?

M.J.: Adresatem tego pytania powinny być tabloidy. Proszę dać znać, jeżeli się pani dowie.

To może wiecie, dlaczego Amerykanom miało zależeć na tym, by was pogrążyć?

M.J.: Skąd pani przyszło do głowy, że Amerykanie chcieli nas pogrążyć. To absurd! Nikt w USA nie interesował się ani nami, ani tą sprawą. Pytanie powinno brzmieć, dlaczego Wam, dziennikarzom, zależało na tym, aby nas pogrążyć.

Dalej przyjaźnicie się z Drzewieckimi?

M.J.: Nasze rodziny przyjaźnią się od ponad 20 lat i nic tą przyjaźnią nie zachwieje. A już na pewno nie stek kłamstw rozpowszechnianych przez tabloidy. Swoją drogą próby manipulacji nami były na żenującym poziomie.

Żenujący czy nie, jednak politycy PO byli przekonani, że to pani odczepiła czujniki od feralnych ubrań i to pani wmanewrowała w sprawę żonę Drzewieckiego. Stąd moje pytanie o wasze relacje.

M.J.: Po raz kolejny chce pani, bym odnosiła się do informacji ze „źródeł zbliżonych do dobrze poinformowanych”?

Poproszę.

M.J.: Traktuję je jako kolejny news dla podgrzania atmosfery. Ale skoro trzeba, powtórzę – nie było czujników przy zakwestionowanych ubraniach, bo rzeczy tych przede wszystkim nigdy nie było w sprzedaży tego sklepu.

To skąd te polityczne ploty?

R.J.: Przez ostatnie dwa lata w mediach ukazało się wiele informacji na nasz temat, wszystkie z tzw. pewnego źródła. I wszystkie nieprawdziwe. Poproszę więc o nazwiska tych rzekomych polityków. Osobiście mam nadzieję, że politycy z PO mają ważniejsze tematy niż plotki o nas.

A wracając do Drzewieckich – czy z żoną byłego ministra wciąż chodzicie na zakupy?

M.J.: Nic się nie zmieniło w naszych relacjach.

Czy także, wzorem Drzewieckich, pójdziecie na wojnę z tabloidami?

R.J.: Nie idziemy na wojnę, chcemy zadośćuczynienia za niewyobrażalną krzywdę wyrządzoną nam, naszym bliskim, przede wszystkim naszym dzieciom. I tego nie puścimy płazem. A ujmując to racjonalnie, powiedziałbym tak: wydawnictwo jest firmą produkującą i sprzedającą określony produkt. I tak jak inne przedsiębiorstwa musi odpowiadać za jakość tego produktu. A media sprzedają wiedzę, informacje. Kształtują poglądy czytelników i ich opinię na temat wydarzeń i ludzi, o których czytają. Ci, którzy kupują tabloidy, robią to w dobrej wierze, ufając w ich rzetelność. I nie przychodzi im do głowy, że mogą one zawierać kłamstwa, oszczerstwa i wyssane z palca historie.

Kto was w Polsce reprezentuje, także mecenas Giertych?

R.J.: Tak. Mecenas Giertych jest naszym pełnomocnikiem.

Jak wysokiego odszkodowania i od kogo dochodzicie?

R.J.: Wszystko w swoim czasie. Na razie przygotowanych jest kilkadziesiąt pozwów.

Afera zrujnowała was finansowo?

M.J.: Tylko w polskich mediach ta sprawa była sądową „aferą”, na którą wydaje się majątek. W rzeczywistości w USA odbyły się cztery wyznaczone spotkania calendar call [spotkania prawników reprezentujących obie strony, przed sądem, odbywają się najczęściej w przypadku błahych spraw – red.]. Za każdym razem, mimo naszego stawiennictwa, terminy były zmieniane, ponieważ przeciwna strona nie mogła albo nie chciała dostarczyć żądanych przez sąd dowodów. W końcu wyznaczono ostateczny dzień na rozpoczęcie procesu, na którym prokurator stanowa, po zapoznaniu się z dokumentami, oddaliła wszelkie zarzuty, wyjaśniając, że nie ma podstaw do wszczęcia postępowania.

Ale prawnika przecież mieliście. Stawki w USA muszą być wyższe.

R.J.: Nie mówmy tu o ruinie finansowej, stawki w USA za pomoc prawną w takiej sprawie, która – jak jeszcze raz powtórzę – tylko tutaj była rozdmuchana do rozmiarów afery, są porównywalne do polskich.

A jak afera wpłynęła na pańskie relacje ze współpracownikami, znajomymi, z przyjaciółmi?

R.J.: Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Ci prawdziwi zostali, ale niestety też po raz kolejny potwierdziło się, jak media potrafią manipulować ludźmi...

Czyli niektórzy się odwrócili.

R.J.: Niestety tabloidy solidnie wykonały swoją robotę i doprowadziły do tego, że znaleźli się tacy, którzy zwątpili.

Bardzo proszę, może pan ich wymienić z nazwiska.

R.J.: Mogę, ale po co?

Prezes Juliusz Braun wezwał pana na dywanik? Prosił najpopularniejszego gospodarza show w Polsce o wyjaśnienia?

R.J.: Poważni ludzie zajmują się poważnymi sprawami.

Rozumiem, że miliony mogą odetchnąć z ulgą. „Jaka to melodia?” nie podzieli losu „Szansy na sukces”.

R.J.: Minęło nam 17 lat na antenie. To rzeczywiście fenomen. Oglądalność programu wciąż jest bardzo wysoka, codziennie mamy ok. 3 mln widzów. Poza tym 50 proc. badanych przez GfK Polonia uznało, że „Jaka to melodia?” to najlepszy program rozrywkowy ostatniego dwudziestolecia. Może rzeczywiście przetrwamy kolejnych naście lat…

Z tego wynika, że pan o pracę może być spokojny. A pani jest czynna zawodowo? W zasadzie – czym się pani zajmowała?

M.J.: Kilkanaście ostatnich lat żyłam w Ameryce, ale nigdy tak naprawdę nie czułam się tam jak u siebie. Bywałam w Polsce tak często, jak tylko mogłam, i zawsze wiedziałam, że tutaj wrócę. Kiedy więc poznałam mojego męża i postanowiliśmy stworzyć rodzinę, było dla mnie oczywiste, że to ja rezygnuję z tamtego życia i wracam do domu.

I zaczyna pani karierę stylistki.

M.J.: Nigdy nie uczestniczyłam w show- -biznesie. Nie jestem stylistką. To kolejna wyssana z palca informacja.

Czyli jest pani pełnoetatową mamą dla córek pana Roberta?

M.J.: Dziewczyny tak wybrały. To była ich decyzja, że chcą zamieszkać z nami. R.J.: A sąd powierzył mi opiekę nad nimi. Wszyscy w tym trudnym dla nas czasie byliśmy dla siebie ogromnym wsparciem. Bardzo staraliśmy się, aby ta sprawa najmniej dotknęła moje dzieci. M.J.: Przy takiej nagonce medialnej było to bardzo trudne, na szczęście okazało się, że w rodzinie siła. Jesteśmy z tego dumni.

Wierzy pan, że żona kiedyś zacznie być postrzegana inaczej niż tylko złodziejka, kobieta, która rozbija małżeństwa itd.?

M.J.: Media stworzyły fałszywy obraz naszej rodziny na swój własny użytek, mając za nic to, że za tymi kłamstwami stoją żywi ludzie, którzy cierpią. Jeśli ktoś mówi o mnie w ten sposób za moimi plecami, to nie mam na to wpływu, co nie zmienia faktu, że jest mi bardzo przykro. R.J.: Z Moniką poznaliśmy się długo po moim rozwodzie, dlatego tego typu posądzenie jest kolejnym oszczerstwem. Wszyscy, którzy mnie znają i znali, wiedzą, jak wielką wartością jest dla mnie rodzina i że przyczyną rozpadu mojego małżeństwa nie była ani Monika, ani żadna inna kobieta.

Czy pojawiają się pomysły powrotu do musicali, na deski teatrów?

R.J.: Jeszcze tak. Niestety nie korzystam z nich dość często. Z braku czasu. Ale bardzo możliwa jest premiera teatralna jeszcze w tym roku. Mam też pomysły na kolejne płyty, choćby z przedwojennymi piosenkami w orkiestrowej aranżacji. Planuję też nowy tomik poezji.

Do serialu pana nie ciągnie? Rola homoseksualisty z „Na dobre i na złe” do dziś jest z rozrzewnieniem wspominana przez środowiska LGBT.

R.J.: Dla mnie to była tylko rola. Na tę, w której obsadziły nas tabloidy, nie wyraziliśmy zgody. ■

Okładka tygodnika WPROST: 21/2014
Więcej możesz przeczytać w 21/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także