ZAHAROWANI

ZAHAROWANI

POLAK PRACUJE PONAD SIŁY – CZĘSTO NA DWA ETATY PO 12 GODZIN DZIENNIE. POWODEM JEST DUŻA LICZBA TYCH, KTÓRYCH KAŻDY PRACUJĄCY MUSI UTRZYMAĆ, ODTWÓRCZOŚĆ NASZEJ GOSPODARKI, BRAK WŁASNYCH MAREK I FISKALIZM PAŃSTWA.

Jesteśmy jednym z najbardziej pracowitych narodów świata. Dotyczy to oczywiście tych, którzy pracują. Bo w Polsce żyje wiele osób, które nie pracują, żyjąc na koszt aktywnych. Coroczne raporty OECD pokazują, że pracujemy niemal najdłużej na świecie. Statystyczny mieszkaniec naszego kraju w 2013 r. spędził w pracy 1913 godzin, a 8 proc. zatrudnionych poświęca aktywności zawodowej 50 godzin tygodniowo. Do tego dochodzą niskie zarobki, choć nasze ceny niewiele się różnią od tych na Zachodzie. Lewica i związki zawodowe mają proste wyjaśnienie tej sytuacji: to wina krwiopijców pracodawców, którzy wykorzystując swoją silniejszą w stosunku do pracownika pozycję oraz wciąż dużą podaż osób chcących podjąć zatrudnienie, zmuszają ich do katorżniczej pracy za marny grosz. W dodatku bardzo często na śmieciowych kontraktach. Pewnie tak się zdarza – tak jak w każdej zbiorowości, także wśród właścicieli firm funkcjonują nieuczciwi ludzie, bez pardonu wykorzystujący swoją pozycję.

Nie jest to jednak jedyne wytłumaczenie. Sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i wielowątkowa. Trzeba pamiętać, że odrabiamy zaległości po PRL, o rzeszy uprzywilejowanych, często niesłusznie osób, utrzymywanych przez pracujących, o małej liczbie silnych polskich firm i marek, o wciąż niskiej innowacyjności naszej gospodarki czy nadal stosunkowo niskiej produktywności pracujących Polaków. Bez spojrzenia na całość łatwo popaść w uproszczony przekaz.

REALIA MORDORU

„Jeśli zarabiasz za mało, to albo zmień pracę na lepszą, albo pracuj więcej” – mawiają Amerykanie. To oznacza, że przy liczbie godzin, którą spędzają w swoich firmach Polacy, powinniśmy być krezusami. To teoria niespecjalnie pasująca do naszych realiów. Z opublikowanego niedawno przez Eurostat badania dotyczącego kosztów pracy wynika, że przeciętnie nad Wisłą otrzymuje się 8,4 euro za godzinę. A średnia dla krajów UE wynosi 24,6 euro za godzinę, a w tych należących do strefy euro – 29,2 euro.

Jak radzą sobie z tym Polacy? Wielu z nich pracuje na kilka etatów. Z danych GUS wynika, że w więcej niż w jednym miejscu pracuje ponad 1 mln osób. – Nie znam nikogo, kto by nocami nie dorabiał – mówi 35-latka z Warszawy. W dzień pracuje jako dziennikarka, nocami jako copywriterka wykonuje zlecenia dla agencji reklamowych. Ona sama, z kredytem we frankach szwajcarskich na 60-metrowe mieszkanie w wielkiej płycie na Ursynowie i trójką dzieci na utrzymaniu, marzy jedynie o tym, by móc się wyspać. Jej wieczory wyglądają podobnie: zmęczona pada z dziećmi około godziny 21. Śpi do drugiej-trzeciej, wstaje i pracuje do szóstej. Potem idzie do pracy. Gdzie jest ojciec dzieci? – Też w pracy. Prawie się nie widujemy – odpowiada. Praca ponad siły to jednak specyfika nie tylko wolnych zawodów. Metoda dokręcania śruby to codzienność także np. w sieciach handlowych czy zagranicznych koncernach. – Przed kryzysem w jednym sklepie zatrudniano 400 osób. Dziś w tym samym miejscu jest 100. A pracy wcale nie ubyło. Jedna osoba jest równocześnie kucharzem, odpowiada za mycie podłogi, metkowanie, wykładanie towaru, a czasami także za obsługę kasy – podaje przykład Sebastian Barański, szef NSZZ „Solidarność” w sieci Decathlon.

Zarządzanie przez dokręcanie śruby to nie tylko specyfika owianych już legendą sieci handlowych, lecz także innych przedsiębiorstw czy korporacji zwanych powszechnie Mordorem. Na taką pracę i ciągłe straszenie zwolnieniem w przypadku niewyrobienia normy narzekają także telemarketerzy, listonosze, kurierzy, handlowcy, pracownicy magazynów, portali internetowych, wszelkiego rodzaju korporacji, a także tych dużych, zagranicznych firm, które w swoich krajach są stawiane za wzór firmy szanującej prawa pracownicze. Jak to możliwe, skoro mamy chroniące pracowników kodeksy pracy, inspekcję pracy i związkowców na etatach, których jedynym zadaniem powinno być pilnowanie interesów pracowników? Rozwiązanie jest proste. Wystarczy zapisać w umowie zadaniowy czas pracy. W praktyce to oznacza obecność w firmie od rana do wieczora. Nadgodziny? Kiedyś sobie odbierzesz.

Z INNOWACYJNOŚCIĄ NA BAKIER

Ale nadmiernym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że przedsiębiorcy celowo żerują na pracownikach, wykorzystując swoją lepszą pozycję na rynku i wciąż blisko dwumilionowe bezrobocie. – Jesteśmy społeczeństwem na dorobku. Nie możemy zbudować w kilka lat takiego bogactwa, które inne kraje europejskie przez kilkadziesiąt. Choć nasz wzrost gospodarczy jest cały czas dodatni, potrzeba czasu, aby dorównać Zachodowi. Stąd musimy pracować dłużej niż inni – tłumaczy prof. Ryszard Bugaj, ekonomista z PAN. Nadrobienie tego dystansu jest tym trudniejsze, że nasza gospodarka skoncentrowała się na pełnieniu funkcji podwykonawców. – W Polsce nie ma rodzimego przemysłu, nie mamy zbyt wielu własnych marek, pracujemy ciągle na kogoś. Wyspecjalizowaliśmy się w byciu podwykonawcami, a nie producentami. Stąd też nasze zyski nie są tak duże jak innych – tłumaczy prof. Bugaj. Ryszard Florek, szef firmy Fakro, która jako jedna z nielicznych polskich marek liczy się na świecie, zauważa, że ta sprawa jest kluczowa dlatego, by Polacy zarabiali więcej, pracując mniej niż obecnie. Obecnie wypracowane przez Polaków zyski trafiają do zagranicznych centrali firm, pozostawiając w Polsce minimum tego, co wytworzyliśmy. A jeśli chcemy nie dać się wygryźć np. azjatyckim firmom, musimy być siłą rzeczy elastyczni i tani. Znów konkurować tanią pracą.

Ta sytuacja poprawiłaby się, gdyby nasza gospodarka stała się bardziej innowacyjna oraz gdybyśmy mieli więcej rodzimych przedsiębiorstw konkurujących na światowych rynkach. Jednak w zestawieniu „The Global Innovation Index 2014: Human Factor in Innovation”, który pokazuje liderów innowacyjności, na 147 klasyfikowanych państw Polska zajęła dopiero 45. miejsce. Z opublikowanego kilka dni temu wspólnego raportu PwC i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju wynika, że każda złotówka zainwestowana w innowacje przynosi przedsiębiorcom półtora złotego zysku. Mimo to nasi przedsiębiorcy funkcjonujący w niepewnym otoczeniu biznesowym mają awersję do ryzyka.

Problem w tym, że innego sposobu rozwoju nie ma. Dlatego innowacyjność naszej gospodarki była chyba jednym z najczęściej pojawiających się tematów podczas odbywającego się w ubiegłym tygodniu Europejskiego Kongresu Gospodarczego. – Największym wyzwaniem dla Polski jest realny postęp w zakresie innowacyjności – mówił obecny w Katowicach prezydent Bronisław Komorowski. W tej perspektywie finansowej Polska ma do wydania na innowacyjność 25 mld zł. Rolą państwa jest jednak zachęcić przedsiębiorców do tych rozwiązań. Propozycje, by wprowadzić ulgi podatkowe dla firm inwestujących w badania i rozwój, oraz utworzenia przyjaznego dla nich otoczenia biznesowego tzw. ekosystemu pojawiły się dopiero w ostatnich tygodniach. Jeszcze nie wiadomo, na ile będzie to skuteczną metodą na inwestowanie w badania i rozwój. Rozruszanie biznesu nie zawsze musi jednak oznaczać działania z zakresu B+R. – Czasami wystarczy wybudować drogę. W wielu miejscach nic się nie dzieje tylko dlatego, że nie ma jak z niego wywieźć tego, co się wyprodukuje – tłumaczy Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Kolejną sprawą związaną także z innowacyjnością jest wydajność pracy. – W Polsce jest ona trzy razy niższa niż w Niemczech. Dlatego też płacimy trzy razy mniej – tłumaczą eksperci. Nie da się bowiem podnosić wynagrodzeń bez wzrostu efektywności pracy. Jest to zabójcze dla gospodarki (pisze o tym w felietonie dla „Wprost” Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan). Choć w naszych rękach nie jest mniej siły niż w rękach Szwedów, Holendrów czy Niemców, to jednak sposób wykorzystania naszych talentów jest mniej efektywny. – W polskich przedsiębiorstwach brakuje nowoczesnych technologii, stąd też ta wydajność jest znacznie niższa – mówi Wiktor Wojciechowski. Chodzi m.in. o to, że za Odrą nakłady na jedno miejsce pracy są pięć razy wyższe niż w Polsce.

Dzięki temu można pozwolić sobie na lepsze materiały i nowoczesne maszyny. Utworzenie jednego miejsca pracy to wydatek rzędu 200 tys. zł. Co prawda, urząd pracy oferuje na utworzenie miejsca pracy ok. 20 tys. zł, ale jakie stanowisko za te pieniądze można wyposażyć? Chyba takie, na którym pracownikowi oferuje się nie więcej, niż wynosi minimalne wynagrodzenie. Na wyższe stawki trzeba jednak większych nakładów.

PRACA DROGA JAK WÓDKA

Polacy pracują też ponad siły, bo niskie są ich zarobki na rękę. Powód to wysokie koszty pracy. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że by wypłacić pracownikowi 2 tys. zł netto, firma musi znaleźć ponad 3,5 tys. zł. Przejrzystości faktycznych kosztów pracy nie sprzyja dość kuriozalny sposób prezentowania pensji. Tak zwane brutto nie uwzględnia kosztów pracodawcy, jakie ponosi z tytułu zatrudnienia pracownika. W efekcie temu ostatniemu wydaje się, że firma jest pazerna, ale nie zdaje sobie sprawy, że całkowity koszt jego zatrudniania jest o wiele wyższy niż na pasku wynagrodzenia.

To pochodna wysokiego opodatkowania pracy. Od każdej pensji z tytułu różnych danin publicznych trzeba odprowadzić 40 proc. całej kwoty. – U nas w Polsce praca opodatkowana jest tak wysokim podatkiem, jak wódka, papierosy czy paliwo – zwraca uwagę Andrzej Sadowski, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Eksperci przekonują, że Polska na obecnym poziomie rozwoju powinna pomagać obywatelom i firmom akumulować kapitał i inwestować, a nie nadmiernie ich opodatkowywać. Trudno jednak to zrobić, bo nasze państwo bez opamiętania rozdaje liczne świadczenia i przywileje. A trzeba je finansować z bieżących pensji. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że na 30 mln dorosłych Polaków blisko 9,5 mln to emeryci, renciści. Takie świadczenie otrzymuje co trzecia osoba, mimo że wciąż jesteśmy dość młodym społeczeństwem, nie było też u nas ostatnimi czasy klęski żywiołowej, poprawiają się też jakość i czas trwania życia. Taka liczba świadczeniobiorców, na których muszą zapracować młodsi, to bardziej efekt rozdawania przywilejów – ich kwintesencją są np. emeryci mundurowi, mający ok. 40 lat. W efekcie nasze państwo wydaje rocznie ponad 210 mld zł na emerytury i renty. Trzeba do nich dokładać z budżetu państwa 60 mld zł. Za te pieniądze można by utworzyć rocznie około 75 tys. miejsc pracy – wyliczyli eksperci Konfederacji Lewiatan.

Andrzej Sadowski zwraca uwagę także na to, że z powodu tych obciążeń mamy nadmiernie rozbudowaną szarą strefę. – Kiedy PiS obniżył składkę rentową, przybyło wówczas miejsc pracy, ale nie dlatego że firmy nagle zaczęły je tworzyć, tylko na skutek tego, że wiele z nich wyszło z szarej strefy – tłumaczy ekspert. Innym problemem jest brak rozwiniętych usług opiekuńczych. Nie starcza na to pieniędzy. – To zatrzymuje kobiety w domach. Gdyby nie to, że muszą osobiście zająć się opieką nad osobami bliskimi, wiele z nich poszłoby do pracy – zauważa prof. Bugaj. To jednak nie wszyscy, z którymi polscy pracownicy muszą „podzielić się” swoimi pieniędzmi. Wciąż pozostaje do rozwiązania sprawa nauczycieli, których wynagrodzenia w ostatnich latach rosły szybciej niż wydajność pracy, górników, u których czas pracy liczy się prawie podwójnie i w konsekwencji kończą pracę zawodową wcześniej, czy tzw. rent wdowich przysługujących po zmarłym mężu już pięćdziesięcioletnim kobietom. Dopóki te sprawy nie zostaną uporządkowane, a rządzący w imię zachowania spokoju będą się godzili na coraz to nowe ustępstwa, my, Polacy, pracujący często na granicy wytrzymałości, nie mamy co liczyć na to, że zarobimy w tym kraju na tyle dużo, że stać nas będzie na normalne życie. Chociaż pracujemy cały dzień i często ponad siły. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 18/2015
Więcej możesz przeczytać w 18/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także