Program dla Kukiza i Polski

Program dla Kukiza i Polski

Wieść gminna niesie, że piszę program gospodarczy dla Pawła Kukiza. Nie piszę, bo już mam. Jak pan Paweł zechce z niego skorzystać – proszę bardzo. Pani Ewa, panowie Jarosław, Janusz, Leszek czy Ryszard – także. Oto on w obszarze finansów publicznych.

Celem zmian jest zwiększenie wynagrodzeń netto młodych ludzi bez uszczerbku dla budżetu państwa. Oczywiście można uchwalić ustawę o zwiększeniu wszystkim wynagrodzenia brutto o, powiedzmy, 1 tys. zł. Pracodawca zapłaciłby wówczas 1180 zł więcej, pracownik dostałby 760 zł, a rząd zainkasował 420 zł – ponad połowę z tego, co pracownik! Ale w ten sposób nie da się podnieść pensji – chyba że w budżetówce. Innym można jednak podnieść płace netto – przez obniżenie podatków nakładanych na płace brutto. Trzeba w tym celu zlikwidować PIT i składki na ZUS. Nieszczęściem było przyjęcie w 1989 r. założenia, że rozwój zależy od bezpośrednich inwestycji zagranicznych, a dla międzynarodowych koncernów praca w Polsce zawsze będzie tania. Owszem, porównanie kosztów zatrudnienia w Polsce, Niemczech czy we Francji wypadało dla nas korzystnie. Ale większość miejsc pracy w Polsce tworzą „Misie” (małe i średnie firmy zatrudniające mniej niż 250 osób). One mają inną perspektywę.

Tymczasem wprowadziliśmy idiotycznie skonstruowany progresywny podatek od dochodów z pracy i działalności gospodarczej oraz podnieśliśmy składki ubezpieczeniowe obciążające wynagrodzenia. Co zabawne – zwiększano opodatkowanie pracy, a do 2002 r., czyli wprowadzenia podatku Belki, nie opodatkowywano dochodów z zysków kapitałowych. Co jeszcze zabawniejsze – regularnie z rynków finansowych dobiegały głosy, że podatek ten należy zlikwidować. Myśmy go bronili. Nie tylko dlatego, że zmniejszał nierównowagę między opodatkowaniem pracy i kapitału, ale głównie dlatego że proporcjonalny podatek pobierany u źródła jest lepszy od innych złych podatków. Co zaś najzabawniejsze – „wrażliwi społecznie” ekonomiści i politycy nie postulowali zmniejszenia opodatkowania pracowników. Koncentrowali się na podwyższeniu podatków pracodawcom! Przedstawiciele rynków finansowych bronili swoich interesów – to rozumiem. A samozwańczy przedstawiciele klasy „prekariuszy” bronili swojej ideologii, a nie interesów tych, których rzekomo reprezentowali. Od zabrania większej części dochodu Iksowi nie zwiększa się dochód Igreka. Zresztą ci naprawdę najbogatsi nie płacą w Polsce progresywnego podatku dochodowego – są rezydentami podatkowymi za granicą. Utrzymywanie fikcji progresji podatkowej umożliwia politykom wywoływanie emocji społecznych, a uniemożliwia skierowanie całej rzeszy urzędników do kontrolowania rozliczeń ważniejszych dla budżetu podatków. Każdy podatek jest zły – jak pisał Jean Baptiste Say. Ale wśród złych jest gradacja – najgorsze są te, które obciążają pracę. Najbardziej uderzają w młodych ludzi wkraczających w wiek produkcyjny i reprodukcyjny, którzy mają największe potrzeby, a najmniejsze umiejętności, bo nie mają jeszcze doświadczenia. Ludzie ci powstrzymują się od posiadania potomstwa, bo ich nie stać na jego wychowywanie. W dłuższej perspektywie prowadzi to do katastrofy demograficznej.

Co zatem zrobić? PIT i składki ubezpieczeniowe powinien zastąpić podatek od funduszu wynagrodzeń w wysokości ok. 25 proc. Powinien on być płacony od wszystkich wynagrodzeń, także wynikających z umów cywilnych. Zniknie więc arbitraż cenowy różnych umów, co pewnie ucieszy przeciwników umów cywilnoprawnych. Byłby to podatek od całkowitego funduszu płac – jak było „za Gierka” – bez oddzielnego liczenia go dla poszczególnych pracowników. Wymaga to zmiany systemu emerytalnego – o czym będzie mowa na koniec. Żeby móc obniżyć opodatkowanie pracy, likwidując składki na ZUS i podatek PIT i żeby nowy podatek mógł być znacznie niższy od obciążeń likwidowanych, konieczne jest poszukanie innych wpływów do budżetu. Trzeba też uszczelnić system, by ograniczyć oszustwa i wyłudzenia. Należy zatem: – zwiększyć wpływy z istniejących źródeł przychodów państwa i stworzyć źródła nowe, – obniżyć koszty poboru podatków, – uszczelnić system i ograniczyć wyłudzenia podatków.

SKĄD WZIĄĆ WIĘCEJ PIENIĘDZY

Po pierwsze, trzeba ujednolicić stawki VAT. Jego efektywna stawka wynosi obecnie niespełna 16 proc. Przy stawce 20 proc., czyli o 3 pkt proc. niższej niż dziś wynosi stawka podstawowa, wpływy będą o jakieś 30 mld zł wyższe. Najuboższym trzeba będzie zrównoważyć koszt wzrostu cen żywności. Resort pracy doskonale wie, jak to zrobić. Nie robi tego z powodów politycznych – wyborcy mogliby źle przyjąć, że im się pomaga. Efekt jest taki, że 30 mln Polaków je tańszą żywność, której miliony ton wyrzuca się na śmietnik, żeby 6 mln nie odczuwało, że otrzymuje pomoc. Na niższym VAT na żywność w najlepsze korzystają wszyscy, a nie tylko ci, którzy potrzebują pomocy. Nie ma żadnego uzasadnienia, by VAT na homary wynosił 5 proc. – to naprawdę nie jest tradycyjny posiłek biednych ludzi. Kawa frappe nie będzie mogła być niżej opodatkowana, udając lody. Oszuści przestaną niższą ceną wypierać z rynku uczciwych przedsiębiorców, którzy sprzedają kawę opodatkowaną jak kawa. Po drugie, można zracjonalizować opodatkowanie nieruchomości. O podatku katastralnym mówi się od… 20 lat. Byłem przeciwnikiem jego wprowadzania do systemu podatkowego obok istniejących danin. Ale można go wprowadzić zamiast danin likwidowanych lub zmniejszanych. Opodatkowanie nieruchomości jest mniej szkodliwe niż pracy. Można też łatwo zwiększyć podatki od wielkopowierzchniowych obiektów handlowych w dużych miastach. Można ponadto wprowadzić wyższy podatek od wartości nieruchomości mieszkalnych. Adam Smith dopuszczał nawet progresję podatkową w tym akurat względzie. Pisząc o „podatku od komornego”, stwierdził, że może być on „nieco powyżej proporcji”. Miało to klasyczne, liberalne uzasadnienie ekonomiczne: komorne płaci się za używanie czegoś, co nie jest środkiem produkcji. Gdyby więc podatek od komornego był odpowiednio wysoki, ludzie staraliby się go uniknąć, zadowalając się w miarę możliwości mniejszymi mieszkaniami i obracając większą część dochodu na bardziej pro-produkcyjne wydatki. A jak chcą mieć rezydencje – mogą zapłacić więcej. Domy i mieszkania do pewnej wartości mogą w ogóle nie podlegać opodatkowaniu. Bardziej wartościowe już powinny. Po trzecie, trzeba zastąpić podatek dochodowy od spółek podatkiem przychodowym w wysokości 1-2 proc. Stawka zależeć powinna od innych zmian podatkowych – nie musi to być 1 albo 2 proc., może być 1,5 czy 1,75 proc. Nie powinna być wyższa niż 2 proc., bo powyżej tego poziomu zaczyna się opłacać kombinować większej grupie podatników. Pozostaje do ustalenia, jaki powinien być podział wpływów z tego podatku między budżet centralny a samorządy. W odróżnieniu od dochodu ustalanego na poziomie spółki, przychód ze sprzedaży dość łatwo ustalić na poziomie gminy, w której jest dokonywana, do której powinny trafiać wpływy z tego podatku, a nie do tej, w której spółka ma swoją urzędową siedzibę. Do gmin trafia dziś 6,7 proc. wpływów z CIT. Skoro nie będzie PIT, wpływy gmin z nowego podatku przychodowego mogą zostać zwiększone do ok. 15 proc.

A że część podatników będzie kombinowała, to oczywiste. Ale dziś też kombinują – z przychodami i z kosztami. Po zmianach będą mogli kombinować tylko z przychodami. Jak podatek będzie od przychodu, a nie od dochodu, to przestanę oponować przeciwko klauzuli „obejścia prawa podatkowego”. Tych, którzy jawnie oszukują, trzeba ścigać i przykładnie karać – o czym niżej.

JAK ZREDUKOWAĆ KOSZTY POBORU

Urzędnicy, którzy nie będą musieli zajmować się opodatkowaniem świadczeń i płac czy sporami o koszty uzyskania przychodu i cenami transferowymi, mogliby zostać skierowani do kontroli rozliczeń podatków istotnych dla budżetu – VAT i akcyzy. Ściąganiem wszystkich należności powinien zajmować się jeden organ, a nie sześć! Część ZUS zajmująca się poborem składek, urzędy i izby skarbowe, urzędy kontroli skarbowej oraz urzędy i izby celne można połączyć w jedną Agencję Dochodów Państwa (ADP). Nie trzeba będzie wydawać na nowe programy informatyczne (ZUS taki program już za ciężkie miliardy ma). Ukróci to korupcję związaną z informatyzacją. Zlikwidować należy dwuinstancyjność postępowania podatkowego, które jest fikcją, zważywszy, że organy pierwszej i drugiej instancji podlegają temu samemu ministrowi. Zmienić za to należy sądownictwo administracyjne, do którego szybciej będą trafiały sprawy sporne między podatnikami a ADP.

Wzmóc trzeba kontrolę szlaków transportowych, stacji benzynowych i hurtowni towarów „wrażliwych” w celu tropienia mafii organizujących karuzele podatkowe, wyłudzających VAT i wprowadzających do obrotu towary akcyzowe, z tym że bez opłacenia akcyzy. Afera FIFA pokazała dobitnie wartość starego powiedzenia prokuratorów „follow the money”. Naprawdę nie jest sztuką sprawdzić – jeśli się chce – jak krążą pieniądze. I wtedy można zastanowić się, dlaczego one krążą właśnie tak. No, chyba że się nie chce. Gorąco bym przy tym zalecał, by podejrzanych wzywać na przesłuchania pocztą, a nie wysyłać po nich służby specjalne o 6 rano. Najwyżej niektórzy uciekną – będzie wtedy mocna poszlaka dowodowa. Bo większa jest szkoda z zamknięcia jednego niewinnego niż korzyść z zamknięcia dziewięciu winnych. No, chyba że ktoś chciałby się na kimś mścić – ale tego nie zalecam. Zmiany w systemie przychodów państwa wymagają zmian w systemie wydatków. Najwięcej wydajemy na emerytury, ponad 10 proc. PKB. Jeśli nie zmienimy systemu emerytalnego, będziemy wydawać coraz więcej. Gdy jednak będziemy mieć 12 mln emerytów, którzy będą otrzymywali emeryturę w wysokości 30-35 proc. ostatniej pensji, będziemy musieli zlikwidować wolne wybory!

ZREDUKOWAĆ

Dlatego natychmiast trzeba sprawić, by wkraczający w wiek reprodukcyjny mogli pozwolić sobie na wychowanie większej liczby dzieci. Jak urodzi się ich więcej, będą też wytwarzali więcej, a zatem PKB będzie wyższe, gdy ich rodzice pójdą na emerytury. I wtedy emerytury będą mogły być nieco wyższe. Nie muszą być jednak różne. Jeśli pracujemy, wartość naszej pracy wycenia rynek – dlatego nasze płace są zróżnicowane. Jednak w kolejce po świadczenie od państwa wszyscy jesteśmy równi. Ci, którzy są lepsi i zarabiają więcej, powinni udowodnić, że rzeczywiście są lepsi i część zarobionych pieniędzy zaoszczędzić na czas, gdy już nie będą mogli się swoją wyższością wykazywać. Musimy tylko uświadomić sobie, że emerytury z systemu państwowego to de facto świadczenia społeczne. Gdy pracujemy, nie płacimy składek na swoją emeryturę. Płacimy podatek celowy, nazywany składką, na emerytury wypłacane dziś rodzicom i dziadkom, w nadziei, że dzieci i wnuki będą płacić na nasze. Cóż z tego, że płacimy ten podatek w różnej wysokości? Składki na ubezpieczenie zdrowotne też płacimy w różnej wysokości, a ci, którzy płacą więcej, nie mogą się dostać szybciej do lepszego lekarza. Wysokość zapłaconego podatku nie wpływa też na prawo wyboru lepszej szkoły dla dzieci czy lepszej pomocy ze strony policji.

Oczywiście nie ma mowy o obniżaniu emerytur dziś wypłacanych albo zmienianiu zasad obliczania emerytur dla tych, którym pozostało do przejścia na emeryturę mniej niż 15 lat pracy. Ci, którym pozostało 15-25 lat, mogliby wybrać, czy chcą pozostać w starym systemie, czy przystąpić do nowego. Moim zdaniem większość wybierze nowy. Ci, którym pozostało więcej niż 25 lat pracy, powinni znaleźć się w nowym automatycznie. Zmiany byłyby podobne do tych, jakich dokonano przy wprowadzaniu OFE, tylko ą rebours. Z dotychczasowym systemem będziemy się więc męczyli góra 25 lat. Ale jak pisał Stanisław Jerzy Lec, tylko z jednego systemu nie wyrwiemy się nigdy – ze słonecznego. Skoro udało nam się pozbyć Armii Czerwonej, proszę nie mówić, że nie uda nam się pozbyć ZUS i OFE. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 26/2015
Więcej możesz przeczytać w 26/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0