Trąd

Było ciepłe wiosenne przedpołudnie. Starosta starachowicki Mieczysław S. był wściekły, bo osoba, do której dzwonił, nie odbierała telefonu. Pamiętał, że o tej porze jego znajomy, gangster Leszek S., będzie kupował broń, a przed kilkunastoma minutami dowiedział się, że policja o wszystkim wie i zorganizowała zasadzkę. "Gdzie się, k..., podziewasz. Musisz się ze mną natychmiast skontaktować, bo będzie gnój" - taką wiadomość Mieczysław S. zostawił w poczcie głosowej telefonu Leszka S. To nie sceny z "Psów" Pasikowskiego ani seriali "Ekstradycja" czy "Sfora", lecz autentyczne wydarzenia.
Pół godziny wcześniej Mieczysław S. odebrał telefon od Andrzeja Jagiełły, posła SLD. Jagiełło informował go o policyjnej zasadzce na starachowicki gang. Gangster Leszek S. słyszał, jak dzwoni do niego Mieczysław S., lecz nie mógł odebrać telefonu, bo załatwiał akurat transakcję kupna broni. Nie wiedział, że sprzedającymi są policjanci. Gdyby Mieczysław S. zadzwonił kilka minut wcześniej, mogło dojść do masakry, bo ostrzeżony w porę Leszek S. mógł dać swoim ludziom rozkaz zabicia policjantów działających pod przykryciem. Gdyby doszło do strzelaniny, mogło zginąć kilkanaście osób. Za tę masakrę odpowiedzialni byliby ówczesny wiceminister w MSWiA Zbigniew Sobotka, były świętokrzyski baron SLD Henryk Długosz, poseł sojuszu Andrzej Jagiełło oraz starosta starachowicki Mieczysław S. Nikt z nich nie myślał o policjantach, o ich rodzinach. Wszystkim chodziło o ratowanie kumpli współpracujących z bandytami. Współodpowiedzialny byłby też komendant główny Antoni Kowalczyk, który o tajnej akcji policji poinformował Sobotkę, a ten swojego kolegę Długosza.

Służba władzy Zbigniew Sobotka podał się do dymisji, Antoni Kowalczyk zostanie wkrótce odwołany, Andrzejowi Jagielle postawiono zarzut prokuratorski, Mieczysław S. został aresztowany i tylko Henrykowi Długoszowi dotychczas nic się nie stało. Również pozostałym osobom włos nie spadłby z głowy, gdyby w sprawie starachowickiej postępowano tak, jak w wielu innych aferach tego typu. Od policjantów w Polsce ich zwierzchnicy i polityczni nadzorcy wymagają bowiem nie tego, by "służyli obywatelom i ich chronili", ale żeby "służyli władzy i chronili władzę".

Policja partyjnie sterowana Zwalniając Romana Kurnika i Józefa Semika, doradców wiceministra Zbigniewa Sobotki odpowiedzialnych za cywilny nadzór nad policją, szef MSWiA Krzysztof Janik stwierdził, że nie sprawdził się dotychczasowy system, w którym urzędnicy ministerstwa i politycy ingerują w pracę policji. To epokowe odkrycie. Szkoda, że Janik wcześniej nie zauważył, iż polityczny nadzór nad policją był traktowany jako pretekst do uzyskania dostępu do informacji o śledztwach prowadzonych przez policjantów. Wszystko po to, by potem ostrzec zaprzyjaźnionych polityków, skorumpowanych biznesmenów czy zwyczajnych bandytów. Ten, kto nie chciał się temu systemowi podporządkować, tracił pracę. Jerzy Jaroszewski miał 34 lata, gdy w 1990 r. został komendantem wojewódzkim policji w Olsztynie. Gdy przedstawił plan reform w komendzie, powiedziano mu, że albo jest samobójcą, albo wariatem. - Uzyskałem zgodę na kosmetyczne zmiany. Na większe nie było szans, bo w Komendzie Głównej Policji, od której to zależało, trwał na stanowiskach prawdziwy beton - opowiada "Wprost" Jaroszewski. Jeden z doradców komendanta głównego ostrzegł go, że straci stanowisko przy pierwszej okazji. Było nią zatrzymanie do rutynowej kontroli samochodu prowadzonego przez olsztyńskiego posła Tadeusza Iwińskiego. Policjanci napisali w raporcie, że wyczuli zapach alkoholu, ale poseł odmówił badania alkomatem. Kilkanaście tygodni później Jerzy Konieczny, ówczesny minister spraw wewnętrznych, wytoczył Jaroszewskiemu postępowanie dyscyplinarne. Zarzucono mu wypłacanie kierowcy służbowego samochodu zbyt wysokiej pensji.

Wyrok śmierci na niepokornych Jeden z komendantów wojewódzkich opowiada, jak wysoki oficer Komendy Głównej Policji sprzedał informacje o akcji CBŚ przeciwko producentom amfetaminy. - Dostał za to pewnie nie więcej niż 5 tys. zł, a zmarnował prawie dwa lata pracy dwustu ludzi, w dodatku naraził ich życie. Ta praca kosztowała około miliona złotych. Nie można mu było udowodnić przestępstwa, bo nikt nie nagrał jego rozmowy z bandytami. Takie sytuacje zdarzają się nagminnie - opowiada nasz informator. Andrzej Gadomski, jeden z najlepszych w Polsce oficerów dochodzeniowych CBŚ (ze Szczecina), zanim zginął od postrzału podczas czyszczenia broni (30 września), skarżył się, że nie może wytrzymać nieustannych pijatyk przełożonych, odwoływania zaplanowanych akcji, bo pijany do nieprzytomności oficer nadzorujący zapomniał zamówić wsparcie. Opowiadał o sprzedawaniu za grosze najtajniejszych informacji operacyjnych. Żeby je zdobyć, jego koledzy ryzykowali życie.

Jak milicjanci i esbecy organizowali polską mafię? To nie wolny rynek i demokracja sprawiły, że w III RP nagle pojawiła się przestępczość zorganizowana. Istniała ona i w PRL, a wysocy oficerowie milicji (obok funkcjonariuszy SB) byli jej inspiratorami. To nie przypadek, że najgroźniejszymi polskimi przestępcami zostali Jeremiasz Barański (Baranina), Andrzej Kolikowski (Pershing), Leszek Danielak (Wańka), Wiesław Niewiadomski (Wariat) czy Nikodem Skotarczak (Nikoś) - wszyscy byli współpracownikami milicji i dla swoich opiekunów prowadzili lewe interesy. - Pod koniec lat 70. korupcja w milicji stała się niemal legalna. Pamiętam, że pruszkowska komenda zaopatrywała partyjnych bonzów i urzędników w dzieła sztuki odbierane paserom. Pamiętam kapitana Komendy Stołecznej MO, który zorganizował gang złodziei samochodów. Sprzedawanie informacji było czym nagminnym, podobnie jak ukręcanie łba sprawom, wszystko w porozumieniu z prokuraturą i komitetem partyjnym - mówi Wiktor Mikusiński, komendant stołeczny policji w latach 1991-1994. Mikusiński obala mit, że w stanie wojennym ograniczono przestępczość. Przeciwnie, rosła o 30 proc. rocznie, ale potem statystyki fałszowano. Kiedy PRL się skończyła, setki oficerów mających bliskie kontakty z przestępczym podziemiem po prostu stanęło na jego czele. To oni organizowali nielegalny handel paliwami, alkoholem, założyli firmy ochroniarskie, zaczęli działać w branży usług finansowych, w handlu zagranicznym i handlu bronią, podjęli działalność parabankową. Na początku lat 90. prawie 80 proc. prawdziwych przywódców polskiego podziemia to byli oficerowie milicji i SB.

Jak milicjanci psuli policję? W 1990 r. byli milicjanci i esbecy mieli ogromny wpływ na to, jak będzie wyglądała policja. To oni przenieśli z milicji do policji wprowadzoną w 1988 r. instytucję sponsoringu, z czego Krzysztof Kozłowski, ówczesny szef MSWiA, nie zdawał sobie sprawy (było to zalegalizowane narzędzie korupcji w policji; formalnie przestało istnieć w 1994 r., choć faktycznie przetrwało jeszcze następne cztery lata). To oni stali za zlikwidowaniem w 1990 r. wydziałów PG - do zwalczania przestępczości gospodarczej. Przywrócono je w 1994 r., gdy przestępcy i współpracujący z nimi policjanci zalegalizowali już zdobyte z przestępstwa fortuny.

Model sycylijski - Gdy policjant trafia na polityczną sprawę, woli udawać, że tego nie widzi, bo wie, że może mieć tylko kłopoty. Policjanci bardziej udają, że coś robią, niż pracują naprawdę, bo tak jest bezpieczniej - mówi Marek Biernacki. Ostatnie afery z udziałem polityków to głównie sprawy wyciągane z szuflad. Policjanci skorzystali z afery starachowickiej, by je ujawnić. Wcześniej ryzykowaliby utratę pracy. - Mamy bardzo niebezpieczną sytuację: obywatele oddadzą gwarancje przeżycia w ręce tych, których uważają za silniejszych. Jeżeli za takiego gwaranta uznają państwo i policjantów, to im powierzą bezpieczeństwo. Jeśli za silniejszego uznają gangstera, to jemu będą płacić, bo pomyślą, że taka jest cena spokoju - mówi prof. Marian Filar, specjalista w dziedzinie prawa karnego z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Filar uważa, że jeżeli nic się nie zmieni, może dojść od erozji państwa. Państwo oficjalne zostanie zastąpione państwem nieoficjalnym na wzór sycylijski.

Violetta Krasnowska Wojciech Sumliński

Czytaj także

 0