Susza w kieszeni

Susza w kieszeni

Jak nie susza, to powódź albo gradobicie. I tak co roku. Tymczasem w Polsce praktycznie nie ma systemu ubezpieczeń producentów żywności. – I kto za to płaci? Pani płaci, Pan płaci. Społeczeństwo – jak to ujął inżynier Mamoń w filmie „Rejs”.

Najstarsi nasi rybacy nie pamiętają takiej klęski – mówi Sławomir Mazurek, prezes spółki Stawy Milickie, ogromnego zespołu hodowli ryb, położonego w Dolinie Baryczy na Dolnym Śląsku. Szacuje straty na połowę hodowli i minimum 10 mln zł, choć ich dokładna wysokość znana będzie dopiero w listopadzie, kiedy zakończy się odłów ryb na święta. Dla firmy to stracony rok. W ubiegłym roku jej przychody wyniosły 12 mln zł. Nawet wielkie stawy przypominają teraz sadzawki. Przy tak wysokiej temperaturze wody ryby nie mają czym oddychać, nie żerują i nie przybierają na masie. Największy problem jest z narybkiem i tzw. kroczkiem, czyli w trzyletniej hodowli karpia, rybami rocznymi i dwuletnimi. To uderzy w sprzedaż w kolejnych latach. Odczują to konsumenci w te i kolejne święta. Cena kilograma karpia może wzrosnąć nawet o kilka złotych. – Jeśli w ciągu miesiąca nie spadną obfite deszcze, a to niestety zapowiadają prognozy pogody, nie będziemy mogli uruchomić magazynów, w których jest potrzebny stały dostęp do świeżej wody. W takim przypadku tegoroczne przychody ze sprzedaży ryb mogą być symboliczne – obawia się Sławomir Mazurek.

Susza uderzyła mocno w rolników i sadowników. Spadli z nieba do piekła, bo jeszcze w czerwcu spodziewali się urodzaju. Wcześnie zaczęła się wiosna i co najważniejsze nie było przymrozków. Świetnie przezimowały też zboża ozime. – Jeszcze niedawno byłem optymistą, bo wierzyłem, że okopowe uda się uratować, później, że okopowe z wyjątkiem ziemniaków, a teraz boję się i o warzywa gruntowe. Nie wiem, co będzie z sadami. Patrzę na drzewa i widzę właściwie upieczone już jabłka – mówi Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ). Susza uderzyła najmocniej w „polski spichlerz” – województwa wielkopolskie i kujawskie, ale i w Mazowsze, Podlasie i Lubelszczyznę.

LICZENIE KAPUSTY

Jak dowiedział się „Wprost” w Ministerstwie Rolnictwa, wstępne szacunki strat przekazane przez wojewodów opiewają na kwotę ok. 800 mln zł, a poszkodowanych jest ok. 160 tys. gospodarstw na blisko 1,4 mln ha. To wstępne dane, które mogą znacznie wzrosnąć, bo na polach dalej pracują komisje szacujące straty. Andrzej Kowalski szacuje je na 25-30 proc. zbiorów. Bardzo ostrożnie, bo po każdych takich estymacjach dzwonią do niego rozwścieczeni rolnicy, którzy akurat ucierpieli bardziej. I zarzucają mu, że nie wie, w jakim świecie żyje. A Kowalski, choć urzędujący przy Marszałkowskiej w Warszawie, często jeździ na wieś i ogląda stan upraw. – Szacowanie strat jest bardzo trudne – ocenia. Tydzień temu oglądał na Mazowszu łan cherlawej kukurydzy wysokiej na 40 cm, a zaraz za zagajnikiem rosła potężna, prawie dwumetrowa. Bo to nie tylko kwestia opadów, które mogły lokalnie wystąpić, ale i poziomu wód gruntowych. Na ogół spadł, bo od kilku lat mamy suche lata i bezśnieżne zimy. Wielu rolników, choć ma studnie i wcześniej nawadniało pola, w tym roku nie mogło już się w ten sposób ratować.

Tak jest wśród sadowników spod Grójca, gdzie powysychały nawet służące do tego stawy. Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP, poseł PSL i właściciel 18 ha sadu jabłkowego, ma o tyle szczęście, że jest jeszcze w stanie nawadniać chociaż jedną trzecią drzew. Ocenia, że zbiory jabłek będą w Polsce o 20 proc. niższe niż w 2014 r. Ale jak patrzy w niebo, to powoli traci nadzieję. – Jak w ciągu dwóch tygodni nie spadnie porządny deszcz, to mogą przekroczyć i 30 proc. Ostatni deszcz był taki, że tylko zmoczył liście – narzeka Maliszewski. Jego zdaniem najgorzej ucierpiały jednak owoce na krzakach. Straty wśród malin jesiennych wynoszą co najmniej 40 proc. Za PRL, kiedy nie było tak rozwiniętego handlu międzynarodowego, gdy zdarzyła się susza, rosły też ceny, bo na rynku było mniej towaru i to rekompensowało rolnikom straty. Teraz taki scenariusz jest mało prawdopodobny, bo żywność można łatwo importować z innych krajów. A susza dotknęła oprócz Polski tylko Czechy, Białoruś czy Ukrainę, a więc miejsca, które nie decydują o wielkości europejskiej produkcji. Andrzej Kowalski spodziewa się co najwyżej kilkuprocentowego wzrostu cen, choć jak zaznacza – nie można wykluczyć ruchów spekulacyjnych. Zgodnie bowiem ze starym powiedzeniem „ceny żywności rosną od samego mówienia”. Rolnicy są coraz bardziej podatni na ryzyko strat. Dlaczego? Kiedyś, jak ktoś tracił na marchewce i cebuli, to odkuwał się na jabłkach czy zbożu. Teraz gospodarstwa coraz bardziej specjalizują się w jednej dziedzinie.

POMOŻECIE? POMOŻEMY

Susza uderzyła też w hodowców zwierząt. W sytuacji, gdy trawa wyschła, a boją się podwyżek cen pasz, wyprzedają krowy czy świnie. To może spowodować na razie spadek cen mięsa, ale za rok może być już drożej. Co gorsza, polskie mięso zacznie wypierać zagraniczna konkurencja. Na pomoc dla rolników rząd przeznaczył blisko 500 mln zł. Poszkodowani mogą też liczyć na dopłaty do kredytów, czy odroczenie płatności KRUS. Premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że objęte pomocą zostaną gospodarstwa, gdzie straty przekroczyły 30 proc. Ma być też odrębny program wsparcia dla poszkodowanych przez suszę hodowców bydła. Susza jest już elementem walki politycznej przed wyborami. Kiedy premier Kopacz zapowiedziała przekazanie poszkodowanym od 400 do 800 zł na każdy hektar, politycy Zjednoczonej Lewicy natychmiast zażądali, by było to 1000 złotych.

Producentom żywności rząd pomaga w podobny sposób co roku. Jak nie susza, to powódź, przymrozki albo gradobicia. Nie dość, że na pomoc idą pokaźne pieniądze z kieszeni podatników, to jeszcze są one w stanie pokryć tylko niewielką część strat. Na przykład w czasie suszy w 2006 r. szacowano je na ponad 3,5 mld zł, a rolnikom wypłacono wtedy 418 mln zł. – To ostatnia rzecz, która powinna mieć miejsce – tak o pomocy rządowej mówi Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha. Jego zdaniem winny jest w dużym stopniu sam rząd, bo tworzy różne bariery.

Na przykład rolnik mógłby szybko wykopać studnie i ratować zbiory, nawadniając, ale na odpowiednie pozwolenie czeka się wiele miesięcy. Paradoksów tu nie brakuje. Rząd lekką ręką rozdaje pieniądze zamożnej grupie otrzymującej unijne dotacje, a w tym czasie zaniedbuje melioracje i budowę zbiorników retencyjnych, których zły stan utrudnia walkę z kataklizmami pogodowymi. Również samorządy nie wydają posiadanych pieniędzy na melioracje i zbiorniki retencyjne. – Tylko w dawnym zaborze pruskim budowano więcej melioracji rocznie, niż teraz konserwujemy – zauważa gorzko jeden z ekspertów. Tymczasem mamy trzeci najgorszy w Europie bilans wodny. Gorszy niż w Egipcie. – Czy to nie byłby lepszy sposób na biedę wsi i zapewnienie pracy?

TRZEBA SIĘ BYŁO UBEZPIECZYĆ

Problem suszy czy powodzi mógłby złagodzić dobry system ubezpieczania producentów żywności. Tymczasem w Polsce tylko 10 proc. gospodarstw ma jakiekolwiek ubezpieczenie (np. w Hiszpanii jest to 60 proc.), z czego od suszy… pół promila. Dzieje się tak, choć w teorii ubezpieczenia są obowiązkowe. Jak już rolnicy korzystają z takich ofert, to tylko od jednej kategorii, np. gradobicia. Co roku wierzą, że nic złego się nie stanie. A jeśli stanie się, to państwo pomoże. Ubezpieczenia oferują tylko trzy firmy: PZU, Concordia i TUW. Mało firm i ubezpieczanych rolników czy sadowników oznacza jedno – wysokie ceny ubezpieczenia, mimo rządowych dopłat sięgających 50 proc. wartości polis. A skoro stawki są wysokie, odstrasza to rolników. I koło się zamyka. – Nie znam nikogo, kto ubezpieczałby się od suszy. Towarzystwa chcą stawek na poziomie 14-15 proc. plonów. To trzy razy więcej niż wynoszą nasze marże – oburza się Mirosław Maliszewski.

Zdaniem Andrzeja Janca, przewodniczącego podkomisji ubezpieczeń rolnych w Polskiej Izbie Ubezpieczeń, problemem są skomplikowane regulacje ustawowe dotyczące ryzyka suszy, które powodują, że ubezpieczenie od niej jest po prostu bardzo trudne. Brakuje też rzetelnych statystyk, które odzwierciedlałyby średni poziom plonów w poszczególnych uprawach u danego rolnika lub w jego regionie. – Liczba ubezpieczonych upraw w osiem lat wzrosła jednak czterokrotnie – zaznacza Andrzej Janc. Prawdą jest jednak, że to wzrost od niskiego poziomu. Firmy ubezpieczeniowe nie są specjalnie zainteresowane tym rynkiem. – Najchętniej ubezpieczałyby od powodzi w Łódzkiem, gdzie prawie nie ma rzek – żartuje dyrektor IERiGŻ Andrzej Kowalski. Zetknął się z tą niechęcią już w 2004 r., kiedy przy okazji kolejnych kataklizmów pogodowych usiłował nakłonić towarzystwa do stworzenia oferty. Tylko nieliczne zgodziły się na to, trochę na odczepnego, nie myśląc o zarobku. Kupi rolnik taką polisę, to może przy okazji ubezpieczy u nich dom czy ciągnik. Również skłonienie samych rolników do ubezpieczania się nie będzie łatwe. 1,3 mln gospodarstw w Polsce to już miliony wyborców. Którzy politycy potrafiliby zażądać od nich dodatkowych wydatków? Dobrze pamiętają, jak dramatyczne konsekwencje dla notowań SLD miała wypowiedź premiera Włodzimierza Cimoszewicza w trakcie wielkiej powodzi w 1997 r.: „to jest kolejny przypadek, kiedy potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać”. Cimoszewicz nie chciał wówczas przeznaczyć pieniędzy na pomoc z rezerwy państwowej, uważając, że to niezgodne z prawem. – Politycy są nie tylko od robienia rzeczy popularnych. Trudno zrozumieć, dlaczego nic się w tej sprawie nie robi. Przecież po każdej suszy czy powodzi zawsze gniew skierowany jest na rządzących. Nawet jeśli potem pomagają, to mówi się, że za późno i za mało – komentuje Andrzej Kowalski. Nietrudno policzyć, że jeśli nawet wzrosłyby wydatki na dopłaty do ubezpieczeń, to wyjdzie taniej w porównaniu z wydatkami na doraźną pomoc zsumowanymi z kosztami wszystkich komisji, które szacują straty oraz rozmaitymi kosztami społecznymi.

Ministerstwo Rolnictwa stawia na edukację. Zdaniem Witolda Katnera, rzecznika resortu, element edukacyjny, który ma promować ubezpieczanie się rolników, jest zawarty w rządowym programie pomocy. Dwukrotnie więcej pieniędzy dostaną rolnicy, którzy mają wykupioną polisę na przynajmniej jedno ryzyko. Edukacja to jednak powolna i kosztowna metoda. Minister rolnictwa Marek Sawicki zapowiada, że jeszcze podczas tej kadencji Sejmu zostanie zgłoszony projekt ustawy, który przywróci pakietowe ubezpieczanie upraw od wielu ryzyk jednocześnie. Resort pracuje również nad powiązaniem ubezpieczeń z systemem dopłat bezpośrednich. A więc nie ubezpieczasz się, dopłaty nie dostaniesz. – Na razie jest jednak zdecydowanie za wcześnie, aby mówić o szczegółach.

Przeprowadzamy analizę prawną różnych wersji tego rozwiązania i konsultujemy je z Komisją Europejską pod kątem zgodności z prawem UE – dodaje Witold Katner. To rozwiązanie akurat ma sens, ale będzie politycznie trudne do przeforsowania i nie wiadomo, czy kolejny z niego nie zrezygnuje, gdy tylko spadnie trochę deszczu. Ocknąć muszą się również polscy ubezpieczyciele. W USA, Kanadzie czy Indiach oferuje się rolnikom ubezpieczenie nie tylko od klęsk związanych przyrodą, ale nawet od niższych przychodów. Idący w tym kierunku projekt ustawy już dawno ugrzązł w jednej z sejmowych podkomisji. Niestety, niektórzy producenci żywności nie mogą liczyć na ubezpieczenie, nawet gdyby bardzo chcieli. – W naszym kraju nie istnieje system ubezpieczeń hodowli ryb w rybactwie stawowym. Trudno oszacować wielkość stada, którego po prostu nie widać i jest trudno policzalne, bo pływa pod wodą. Praktycznie ubezpieczyciel musi wierzyć w moje deklaracje – mówi Sławomir Mazurek, prezes Stawów Milickich. Trzeba przyznać, że trudno znaleźć drugą taką firmę w Polsce, która zależy tak bardzo od pogody i kaprysów przyrody. To jednocześnie największy europejski ornitologiczny rezerwat przyrody, który żywi dziesiątki tysięcy ptaków rocznie. Na ich niebywałym apetycie firma traci 2,5 mln zł rocznie.

Mazurek trafił tu w 2012 r. po wieloletnim zarządzaniu spółkami doradczymi. Miał zrestrukturyzować przedsiębiorstwo, pozyskać fundusze zewnętrzne na jej rozwój, odbudować markę mającą prawie 800 lat tradycji (stawy założyli jeszcze cystersi) i stworzyć z pięciu byłych PGR-ów nowy obszar atrakcyjny turystycznie. Firma pozyskała ponad 50 mln zł unijnych funduszy, wyremontowała kanały, jazy i przepusty. Stanęła na nogi. – Zwiększyliśmy hodowlę o ponad 400 proc. w stosunku do roku 2011. Susza cofnęła nas o cztery lata – zauważa ze smutkiem Mazurek. Kataklizm przekreśla też ambitne plany. W 2017 r. Stawy Milickie znów miały wrócić na posiadaną w latach 70. pozycję największego dostawcy ryb słodkowodnych w Europie ze sprzedażą 3 tys. t. To obecnie wielka atrakcja turystyczna z hotelem, restauracją, regionalną gospodą i muzeum. Gorące, słoneczne lato przyciągnęło cztery razy więcej turystów niż zwykle. Zjedli dużo więcej ryb. To jednak niewielkie pocieszenie. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 37/2015
Więcej możesz przeczytać w 37/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0