Po tym incydencie ówczesna redaktor naczelna gazety Urszula Surmacz-Imienińska i prezes spółki wydającej dziennik Grzegorz Lindenberg (oboje nie pracują już dla "Super Expressu") zostali oskarżeni o nielegalne posiadanie materiałów wybuchowych.
W 2000 r. warszawski Sąd Rejonowy umorzył jednak postępowanie w tej sprawie z powodu znikomej szkodliwości społecznej czynu. "Mamy wystarczającą liczbę przestępców, których trzeba ścigać, więc niezrozumiałe byłoby ściganie tych dziennikarzy" - uzasadniał wtedy swój wyrok sąd. Zginęła kaseta video, na której zarejestrowano, jak policja wkracza do redakcji i odbiera zamknięty w metalowej szafie trotyl. Do akt sprawy karnej dołączono omyłkowo inną kasetę. Z takim wyrokiem nie zgodziła się prokuratura i jeszcze w grudniu 2000 r. złożyła apelację, domagając się ponownego procesu. Sąd odwoławczy wyrok uchylił i nakazał powtórzenie procesu.
W poniedziałek prokurator Aleksander Tomaszuk wniósł o skazanie obojga oskarżonych na pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Pół roku to minimalna kara za to przestępstwo. W tej sprawie nie można mówić o "znikomym niebezpieczeństwie społecznym", bo Lindenberg i Imienińska nie chcieli oddać trotylu policji, gdy ta wkroczyła do redakcji, a ponadto nie ujawnili, kto i od kogo kupił trotyl.
Obrońcy oskarżonych - mecenasi Maciej Bednarkiewicz i Grzegorz Rybicki - chcieli uniewinnienia swych klientów. Przekonywali, że redakcja wystąpiła w imię obrony obywateli, chcąc ujawnić źródło wycieku niebezpiecznych materiałów, i to znajdujące się w strukturach policji. Ich działanie - mówili adwokaci - doprowadziło do "zdjęcia" z rynku 4,5 kg trotylu. "Te 2 tysiące dolarów to były - z punktu widzenia interesu redakcji i interesu publicznego - dobrze wydane pieniądze" - powiedział Lindenberg.
Sąd - podobnie jak poprzednim razem - umorzył proces, dochodząc do wniosku, że działanie oskarżonych nie było szkodliwe społecznie, co nie pozwala zakwalifikować go jako przestępstwa.
"Trudno wymagać od dziennikarzy, którzy już dopuścili się tego, że nielegalnie weszli w posiadanie trotylu, żeby w zupełności wyręczali prokuraturę, mówiąc, skąd mają te materiały. Przecież chroni ich tajemnica" - mówiła w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Dorota Radlińska. Wskazała na brak działań policji w kierunku wyjaśnienia sprawy. W aktach nie ma "minimalnych śladów inicjatywy policji", która ograniczyła się jedynie do tego, by nie dopuścić do pokazania materiałów wybuchowych na konferencji prasowej. "Mogli chociaż spróbować zdjąć odciski palców z trotylu" - mówiła sędzia.
Po poniedziałkowym wyroku, który nie jest prawomocny, prokurator Tomaszuk powiedział, że i tym razem nie wyklucza apelacji. Obrońcy raczej nie będą się odwoływać, ale też tego nie wykluczają. "Dla nas najważniejsze jest, że sąd powiedział, iż nasze działanie nie było szkodliwe społecznie, więc nie popełniliśmy przestępstwa" - mówili reporterom Imienińska i Lindenberg.
em, pap