Fałszywy alarm bombowy w metrze (aktl.)

Fałszywy alarm bombowy w metrze (aktl.)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Policjanci nie znaleźli bomby w warszawskim metrze. Po godzinie 16, po trzech godzinach sprawdzenia pirotechnicznego, przywrócono ruch w kolejce.
W sumie z powodu fałszywego alarmu mogło zostać ewakuowanych nawet 20 tys. osób.

Jak poinformował rzecznik Zarządu Transportu Miejskiego Igor Krajnow, według wstępnych szacunków, niekursowanie metra i  uruchomienie komunikacji zastępczej (36 autobusów i 18 tramwajów) kosztowało miasto ok. 60 tys. zł. Kwota ta nie obejmuje jednak kosztów akcji prowadzonej przez służby porządkowe.

Ewakuację metra zarządzono ok. godz. 13, tuż po tym jak anonimowy rozmówca zadzwonił do dyżurnego pogotowia ratunkowego, twierdząc, że w metrze znajduje się bomba, która wybuchnie w ciągu 15 minut. Według nieoficjalnych informacji, o bombie poinformował mężczyzna mówiący po polsku.

"Telefon otrzymaliśmy dokładnie o 12.57. Po przekazaniu komunikatu rozmówca rozłączył się. Nagranie i wszystkie dane przekazaliśmy policji" - poinformowała rzeczniczka pogotowia Edyta Grabowska-Woźniak.

Jak powiedział Andrzej Browarek z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji, policja nadal poszukuje sprawcy alarmu. Grozi mu nawet do ośmiu lat więzienia.

Policyjni pirotechnicy, policjanci z psami przeszukiwali stacje i  tunele metra przez blisko trzy godziny. Ostatecznie niczego jednak nie znaleziono. Policjanci i władze miasta podkreślali jednak, że  pasażerowie mogą "zostać wpuszczeni do metra dopiero wtedy, gdy będzie pewność, że niczego w nim nie ma".

Prezydent Warszawy Lech Kaczyński tłumaczył, że ewakuacja była konieczna, bo nie można było w takiej sytuacji ryzykować. Władze stolicy zdecydowały o uruchomieniu komunikacji zastępczej na  trasie Warszawa Centrum - Ursynów.

Jak powiedziała rzeczniczka komendanta głównego policji Alicja Hytrek, szybkie sprawdzenie pirotechniczne było możliwe m.in. dlatego, że w akcji brało udział co najmniej kilkuset policjantów. Przypomniała też, że od czwartkowego zamachu w  Londynie, w podwyższonej gotowości są m.in. antyterroryści, policjanci z prewencji i policyjni pirotechnicy.

"Ewakuacja ludzi z metra przebiegała sprawnie i szybko" -  oceniła.

Tymczasem mieszkańcy Warszawy początkowo bagatelizowali apele o  opuszczenie przejść podziemnych w pobliżu metra, zrywali policyjne taśmy. "Jaka bomba. Pokażcie mi to ją rozbroję" - powiedział podirytowany starszy mężczyzna. "Ćwiczenia sobie pewnie urządzili" - mówili inni. W centrum ostatni przechodnie opuścili przejście podziemne pod ul. Marszałkowską, prowadzące do metra po godz. 14. Policja ewakuowała też m.in. wszystkie sklepy i butiki znajdujące się w przejściach podziemnych. W pobliże stacji metra przyjechały też wozy strażackie, ok. godziny 13. na stację Warszawa-Centrum przybył wiceszef MSWiA Tadeusz Matusiak.

W metrze po odwołaniu alarmu znowu są tłumy. Ludzie, wychodzący po 16 z pracy, próbują dostać się na warszawski Ursynów. Niewielu z nich się boi.

"Wierzę, że po wydarzeniach w Londynie nasze służby podeszły do  tego profesjonalnie i bardzo poważnie" - powiedział PAP jeden z  pasażerów Michał Smoliński. "Nie wierzę, że do takich ataków może dojść w Polsce" - powiedział młoda kobieta.

Na początku czerwca z powodu fałszywego alarmu o bombie z gazem- sarinem sparaliżowane zostało na trzy godziny centrum Warszawy. Kilka godzin później policja zatrzymała 30-letniego Roberta O. z  powiatu nowodworskiego, który informował o bombie.

ss, ks, pap