Cena wiecznej młodości. Dokumentaliści o Klubie 27

Cena wiecznej młodości. Dokumentaliści o Klubie 27

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Janis” / „Janis: Little Girl Blue” (2015)
Kadr z filmu „Janis” / „Janis: Little Girl Blue” (2015) / Źródło: Mayfly
Premiera „Janis” przywodzi na myśl nie tylko dokonania Joplin, lecz także jej znajomych z niechlubnego Klubu 27. Jak problem przedwczesnych śmierci Jima Morrisona, Kurta Cobaina i Amy Winehouse ujęli twórcy kina dokumentalnego?

W „Janis” Amy Berg co i raz powraca motyw rozpędzonej lokomotywy. Jego symbolika wydaje się oczywista – życie gwiazdy rocka to jazda w szaleńczo rozpędzonym wagoniku, gotowym wykoleić się na najmniejszym zakręcie. W przypadku Janis Joplin do katastrofy doszło niecałe trzy tygodnie po śmierci Jimiego Hendrixa, dziewięć miesięcy później świat opłakiwał zaś Jima Morrisona. Wszystkie trzy gwiazdy miały wówczas zaledwie dwadzieścia siedem lat. Gdy w roku 1994 samobójstwo popełnił Kurt Cobain, kolejny dwudziestosiedmiolatek, media zaczęły pisać o fatum ciążącym na artystach. Domysły te rozgorzały na nowo w roku 2011, kiedy do Klubu 27 dołączyła Amy Winehouse. Doszło do tego, że niewiele później „British Medical Journal” oficjalnie obalił tezę, jakoby dwudziesty siódmy rok życia był dla muzyków wyjątkowo trefny. Nie ulega jednak wątpliwości, że wyniszczający styl życia – stres, alkohol, narkotyki – nie sprzyja długowieczności. 

Sprzyja za to barwnym żywotom, które bez końca inspirują dokumentalistów i stają się przedmiotem filmowych śledztw. „Janis” to najświeższe z nich. O Oscara ubiega się zeszłoroczna „Amy” Asifa Kapadii, rozgłos w minionym roku uzyskał także „Kurt Cobain: Montage of Heck” Bretta Morgena. Losy Jima Morrisona przedstawił zaś w roku 2009 Tom DiCillo („The Doors – historia nieopowiedziana”). Spośród najsławniejszych klubowiczów wartościowego dokumentu nie doczekali się jeszcze Jimi Hendrix oraz Brian Jones, choć ten stan rzeczy trzeba uznać za chwilowy. Jako że życiorysy obu panów to samograje, świat kina prędzej czy później się o nie upomni.

Autorzy czterech wymienionych tytułów mieli różne pomysły na to, jak zmierzyć się z sylwetkami swych idoli. Jedni oparli się wyłącznie na wytrzaśniętych spod ziemi materiałach archiwalnych („Amy”), drudzy zdecydowali się na komentarz z offu („The Doors…”, gdzie rolę lektora powierzono Johnny’emu Deppowi), pozostali zaufali „gadającym głowom” („Janis”, „Kurt Cobain…”). Niezależnie od tego, do jakich metod się uciekli reżyserzy, przyświecał im jeden cel – zgłębienie psychiki muzyka. Dopiero wtedy, gdy obnażone zostają wszystkie słabości bohatera, możliwa staje się odpowiedź na pytanie, kto lub co przyczyniło się do jego przedwczesnej śmierci.

Według oficjalnych komunikatów Joplin przedawkowała heroinę, Morrison zmarł na zawał serca, Cobain popełnił samobójstwo, a Winehouse zatruła się alkoholem. I choć cała czwórka zniszczyła sobie zdrowie fizyczne używkami – fakt ten nie ulega wątpliwości – to ich zdrowie psychiczne szwankowało o wiele wcześniej. Psychotropy pomagały tylko zapomnieć o problemie, uwolnić umysł od ciężących mu lęków i obsesji. I tu jest pies pogrzebany. 

Na przykładzie czterech omawianych filmów dokumentalnych doskonale widać trzy etapy tabloizacji mediów. Przed Morrisonem i Joplin, gwiazdami rocka lat 60., stały inne wyzwania niż przed Cobainem i Winehouse. W ciągu minionych pięćdziesięciu lat granica prywatności osób publicznych przesuwana była tak wiele razy, że w przypadku Amy Winehouse przestała istnieć. W „The Doors…” i „Janis” media funkcjonują jako rzeczowy przekaźnik sprawdzonych informacji, a występ w telewizyjnym show Eda Sullivana wiąże się z prestiżem. Kurt Cobain, któremu karierę przyszło robić na przełomie lat 80. i 90., miał już znacznie gorsze zdanie o dziennikarzach. W „Montage of Heck” niejednokrotnie widzimy, jak lider Nirvany odmawia udzielenia wywiadu. Gdy zgadza się na rozmowę, ziewa ze znudzenia bądź uparcie powtarza: „wszystko, co mam do powiedzenia, znajdziecie w naszej muzyce”. Sytuacja zaostrzyła się, gdy Cobain związał się z Courtney Love. Prasa nie zostawiała na parze suchej nitki, z lubością komentując jej narkotykowe ekscesy i możliwą utratę praw do opieki nad córką Frances. Muzyk nie pozostawał mediom dłużny, co widzimy w scenie, gdy podczas koncertu usiłuje oblać kamerę własnym moczem. Rewolucja cyfrowa, do której doszło na początku XXI wieku, tylko zintensyfikowała zjawiska znane już Cobainowi. W „Amy” grupy paparazzich przypominają harpie, które zjadłyby Winehouse żywcem, gdyby tylko nie składała się z samej skóry i kości. Reżyser Asif Kapadia przedstawia piosenkarkę jako męczennicę mediów. Każdy bezlitosny artykuł opublikowany w brukowcu lub kąśliwy komentarz zostawiony w Internecie był niczym rzucony w artystkę kamień, narzędzie zbiorowej zbrodni.

Cieniem na karierach „klubowiczy” położyły się też ich relacje z rodziną. Najwięcej zrozumienia dla rodziców miała Joplin. Regularnie prowadziła z nimi korespondencję, której odczyty stanowią najintymniejszy element „Janis”. Z „The Doors…” dowiemy się natomiast, że Morrison był tak bardzo skłócony z ojcem, że w jednej z notek biograficznych podał się za sierotę. Dużo uwagi sporom rodzinnym poświęcił Brett Morgen. Kiedy Don i Wendy Cobain wzięli rozwód, Kurt zareagował jak typowy nastolatek – zbuntował się. Żaden z jego opiekunów nie zdał testu cierpliwości, więc przyszyły frontman Nirvany wędrował z domu do domu. Ciągły brak akceptacji ze strony krewnych zostawił trwałe piętno na psychice młodego człowieka, który zrozumienia szukał w muzyce rockowej i marihuanie. Osoby z otoczenia Cobaina zgodnie potwierdzają, że jak nikt inny potrzebował on pochwał i fatalnie reagował na wszelką krytykę. Być może właśnie ta hiperwrażliwość sprawiła, że 5 kwietnia 1994 roku szprycował się heroiną, skierował lufę strzelby we własnym kierunku i pociągnął za spust. Jeszcze inaczej wyglądała relacja Mitchell – Amy Winehouse. Z dokumentu Kapadii wynika, że ojciec piosenkarki sam wydawał ją na pożarcie mediom. Co więcej, kiedy córka zapytała go, czy jego zdaniem powinna udać się na terapię odwykową, on odwiódł ją od tego pomysłu. Bardziej niż dobro Amy miał na uwadze dochody z tras koncertowych i sprzedaży płyt.

Równie skutecznie, co rodzina i media, do grobu potrafi wpędzić miłość lub jej brak. Na chroniczną samotność cierpiała Janis Joplin. Pulchna, pryszczata dziewczyna stanowiła w szkole obiekt drwin. Jak dowiadujemy się z „Janis”, przyszła gwiazda rocka wygrała nawet konkurs na najbrzydszego chłopaka na campusie… Wszystko zmieniało się na scenie. Przed publicznością piosenkarka przeradzała się w inną kobietę: pewną siebie, zadziorną, emanującą seksapilem. Jednak gdy koncert się kończył, wracała stara, lekko zahukana Janis, której pocieszenie dawała heroina. Punktem zwrotnym w życiu artystki mógł być związek z Davidem Niehausem, którego poznała na wakacjach w Brazylii w roku 1970. Mężczyzna wysłał jej telegram z wyznaniem miłości, który dotarł na adres Joplin dokładnie dzień po jej śmierci. Reżyserka Amy Berg snuje hipotezę, że gdyby wiadomość trafiła do rąk piosenkarki dobę wcześniej, być może obyłoby się bez tragedii. Zarówno w przypadku pary Kurt Cobain – Courtney Love, jak i Amy Winehouse – Blake Fielder-Civil można zaś mówić o prawdziwie toksycznych związkach. Małżonkowie wzajemnie wpędzali się w najgorsze nałogi i torowali ścieżkę na samo dno. Kolejne kłótnie dawały powód, żeby wpaść w cug. Według „Montage of Heck” kiedy Cobain posądził Love o romans, skończyło się to jego pierwszą próbą samobójczą. Na tym tle najmniej cierpień doświadczył Jim Morrison – jako propagator rewolucji seksualnej dzielił swą miłość między wiele kobiet. 

Powyższe trzy akapity nie wyczerpują oczywiście całego katalogu neuroz, z jakimi zmagali się przedwcześnie zmarli gwiazdorzy. W gwoździe do ich trumien przemieniła się także presja ze strony fanów oraz wytwórni. Dotrzymywanie warunków kontraktu często było ponad siły zmęczonych rozgłosem gwiazd. W przypadku Morrisona i Joplin pod uwagę należy wziąć również specyfikę lat 60. – były to czasy, kiedy stosowanie substancji odurzających miało wymiar ideologiczny, oznaczało sprzeciw wobec władz i wojny w Wietnamie. Natomiast Cobain i Winehouse, przedstawiciele późniejszych pokoleń, żyli już ze świadomością feralnej sławy cyfry 27. Ich wiedza pozwala snuć inne, bardziej ryzykowne teorie na temat ich śmierci. Plotka głosi, że jako dziecko Kurt pragnął zasilić Klub 27. Jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało, perspektywa zajęcia miejsca obok Hendrixa, Joplin i Morrisona zawiera pewien uwodzicielski pierwiastek. Jeszcze bardziej kusząca zdawać się może wieczna młodość. Rozważania na ten temat zostawmy jednak tropicielom zagadek i reżyserom filmów dokumentalnych.

Czytaj także

 0