Życie filmowego emigranta

Życie filmowego emigranta

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Brooklyn” (2015)
Kadr z filmu „Brooklyn” (2015) / Źródło: Twentieth Century Fox
„Brooklyn” Johna Crowleya korzysta z popularnego w kinie motywu american dream. O tym, jak przetwarzali go inni reżyserzy, pisze Izabela Dzierżek.

W obliczu dzisiejszej sytuacji w Europie temat emigracji jest bardzo kontrowersyjny i dosyć drastycznie dzieli społeczeństwo. Niedługo filmowcy z pewnością ten konflikt społeczny i ekonomiczny wezmą na tapetę, wciąż jednak sięgają po tę część historii, w której to Ameryka była lub miała być Ziemią Obiecaną dla Europejczyków, głównie Irlandczyków i Włochów. Fale emigracji na początku lat 20. i 30. zalewały Nowy Jork, a emigranci tworzyli swoje społeczności głównie na Brooklynie. I to właśnie Brooklyn jest niemym bohaterem najnowszego filmu Johna Crowleya („Boy A”, „True Detective”) w którym to młoda Irlandka Ellis (Saorsie Ronan) wyrusza do USA, by zaznać lepszego życia niż to, które oferuje jej mała, irlandzka mieścina. W pewnym momencie, oczywiście gdy jej american dream zacznie się spełniać, będzie musiała dokonać trudnego wyboru. Jakiego? Dowiecie się z filmu. Tymczasem jednak przyjrzyjmy się innym filmowym emigrantom i ich mniej lub bardziej szczęśliwym historiom.

Jedną z najważniejszych amerykańskich produkcji o tej tematyce jest kultowy musical „West Side Story”, który oprócz oczywistej wariacji na temat szekspirowskiego dramatu „Romeo i Julia” pokazuje konflikt dwóch środowisk – emigrantów z Puerto Rico i Amerykanów. Dostajemy wgląd w życie i zwyczaje jednej z mniejszości starającej dopasować się do sąsiedztwa, a jednocześnie pozostającej w izolacji ze względu na akcent i zwyczaje kulturowe. Ta próba wtopienia się przy jednoczesnym zachowywaniu własnej tożsamości jest szczególnie widoczna na przykładzie włoskich emigrantów. Sfilmował ją chociażby Martin Scorsese w takich filmach jak „Ulice nędzy”, „Chłopcy z ferajny” czy w dokumencie „Italianamerican”. Z jednej strony mamy tu twardy katolicyzm, rytualne obiady u mamy, mocny akcent i rozwój gangsterstwa pod przykrywką „protekcji”, a z drugiej amerykańską modę, samochody, skłonność do przesady i kolekcjonowania dóbr materialnych. Te często kłócące się ze sobą cechy to wynik desperackiej próby przeniesienia swej ojczyzny, do której nie można lub nie ma po co wracać, na grunt amerykański – stworzenia małej, bezpiecznej enklawy w metropolii zwanej Nowym Jorkiem.

Podobnie jest w filmie „Brooklyn”, gdzie główna bohaterka ma z góry wynajęty pokój i przygotowaną pracę wśród innych Irlandzkich dziewcząt, uczestniczy w irlandzkich potańcówkach i uczęszcza do irlandzkiego kościoła – jest więc jak w domu, tylko dalej. Warto też przy tej okazji odświeżyć dwa bardziej aktualne filmy o emigrantach, bo z lat 90. – również irlandzką „Naszą Amerykę” w reżyserii Jima Sheridana oraz polskie „Szczęśliwego Nowego Jorku”. O ile wcześniej wspomniane produkcje przedstawiają jako takie radzenie sobie w amerykańskiej dżungli, o tyle dwa ostatnie nie kipią optymizmem. Ich bohaterowie ledwo ciągną koniec z końcem i wiodą często nieco upadlający żywot w kiepskiej ruderze. Brak im perspektyw – zarówno w Stanach, jak i w ojczyźnie. To dwa do bólu szczere filmy, w których marzenia niestety rozmijają się z rzeczywistością. 

Tendencja do przedstawiania emigracji w często brutalny sposób jest obecna głównie w filmach opowiadających o pierwszych falach emigrantów, szczególnie w czasach Wielkiego Kryzysu. Wtedy to selekcja na Ellis Island była bezlitosna, często upokarzająca, a życie po przekroczeniu niebieskich drzwi wcale nie lepsze – pełne wyrzeczeń, nędzy i tęsknoty za domem, bo choć często równie ubogim, to przynajmniej w otoczeniu bliskich. Tę perspektywę oglądamy w mało znanym, a bardzo dobrym filmie „Złote wrota”. Fabuła skupia się na samej podróży oraz weryfikacji przed zejściem na ląd. Główni bohaterowie to włoska rodzina, która ucieka przed skrajną biedą. Salvatore (Vincenzo Amato), głowa rodziny i wdowiec, musi troszczyć się o całą gromadkę, a w dodatku podjąć decyzję, czy pomóc tajemniczej pannie Lucy (Charlotte Gainsbourg). Film od kuchni przedstawia, jak trudno było w ogóle przeżyć rejs w spartańskich warunkach, gdzie jakiekolwiek sentymenty wypierane są przez desperację i głód, a w końcu sama decyzja o zejściu na ląd leżała w rękach pracowników Ellis Island. Na uwagę zasługuje przeplatanie scen realistycznych ze snami i marzeniami bohaterów. 

W podobnie dramatycznej sytuacji jest bohaterka filmu „Imigrantka”. Polka Ewa (Marion Cotillard) zaczepiana już na statku ze względu na urodę przeżywa upokarzające chwile podczas kontroli. I gdy już wydaje się, że poznany na Ellis Island Bruno (Joaquin Phoenix) jej pomoże, ten wykorzystuje ją w swoim teatrze jako tancerkę, a później prostytutkę. To zdecydowanie najbardziej dramatyczna historia, koszmar, z którego nie można się obudzić, rzeczywistość, która zawiodła setki dziewcząt i kobiet.

To oczywiście tylko kilka wybranych tytułów, jednak i na ich tle „Brooklyn” – choć porusza – jest jednym z optymistyczniejszych obrazów emigracji. Premiera filmu już 19 lutego. Warto znaleźć na niego miejsce w swoim kinowym repertuarze, bowiem oprócz wzruszeń dostarcza interesujący wgląd w życie Brooklynu i Nowego Jorku w latach 50.

Izabela Dzierżek

Czytaj także

 0