Ale jazz – recenzja #WSZYSTKOGRA

Ale jazz – recenzja #WSZYSTKOGRA

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „#WSZYSTKOGRA” (2016)
Kadr z filmu „#WSZYSTKOGRA” (2016) / Źródło: Next Film
By wszystko grało bez zarzutu, orkiestrę pod batutą Agnieszki Glińskiej czeka jeszcze wiele prób.

Założenie, które stało za #WSZYSTKOGRA, mogło zaowocować hitem. Polskie przeboje to skarbnica, w której kryje się potencjał na nie jeden, lecz kilkadziesiąt porywających filmów muzycznych. Wszystko jest kwestią umiejętnego doboru i pomysłowego zaaranżowania piosenek, które z kolei nie zdominują fabuły, nie nadadzą jej statusu pretekstowej. Obraz Agnieszki Glińskiej zawiódł właśnie na tym polu: historia trąci niesamowitym banałem (w stężeniu groźnym nawet dla musicalu), czego nie rekompensują nowe interpretacje rodzimych szlagierów. 

#WSZYSTKOGRA miało jednoczyć pokolenia. Bohaterkami są trzy kobiety – córka, matka, babka – które zamieszkują dom położony w zielonej części Warszawy. Panie nie dogadują się między sobą, lecz w obliczu eksmisji (wszak o prawa do budynku upomina się potomek jego przedwojennych właścicieli) łączą siły. I tak międzypokoleniowe trio wyrusza w bój, a za przyśpiewki wojenne służą mu utwory obowiązkowe na prywatkach z lat 70. i 80. (plus minus). Najmłodszym utworem na ścieżce dźwiękowej jest bodajże cover „Warszawy” T-Love, a więc piosenki starszej od Zosi, jej koleżanek oraz prawdopodobnie lwiej części widowni, która uda się na film. W ponownym odkryciu z lekka zaśniedziałych hitów Izabeli Trojanowskiej czy Marka Grechuty (zaśniedziałych z punktu widzenia młodzieży wychowanej na Lady Gadze) pomóc mają współczesne, flirtujące z elektroniką aranżacje. Idące za nimi ryzyko nie stanowi reguły, twórcy podjęli je tylko „na próbę”. Szkoda, bo właśnie klubowe „Wszystko, czego dziś chcę” i „Nie dokazuj” wypadają najciekawiej. Pozostałe, tradycyjne wykonania „żerują” na chwytliwości oryginałów.   

Chwytliwość pozostaje tu jednak słowem-kluczem. #WSZYSKOGRA potrafi oczarować, a zasługi tej należy się dopatrywać w geniuszu polskiej piosenki. Glińska odkurza teksty autorstwa Kazimierza Winklera, Agnieszka Osieckiej czy Jonasza Kofty, przypominając nam tym samym, że muzyka i poezja szły niegdyś w parze. Poziom muzyki rozrywkowej spadł na łeb na szyję, z czym po seansie musicalu zgodzą się nawet najzagorzalsi fani Zetki. 

Nostalgia jest we #WSZYSTKOGRA efektem zaledwie ubocznym. Filmowi temu, utrzymanemu w duchu „girl power”, nie można bowiem odmówić młodzieńczej energii (nietrudno też wskazać jej główne źródło – Eliza Rycembel, Karolina Czarnecka, Irena Melcer). Jak na musical przystało, lekką i przyjemną historię okrasza dawka niewymuszonego humoru (interpretacja „Małych tęsknot”…!). Charakteru beztroski dodają odpowiednio dobrane, warszawskie lokacje: sielskie przedmieścia, Most Gdański, bulwary wiślane, Śródmieście nocą. Stolica w oku kamery Pawła Edelmana jawi się jako nowoczesna i przyjazna metropolia, której zielone ramy wypełnia szlachetna architektura modernistyczna. Listem miłosnym do Warszawy ma być też twórczość Zosi, studentki ASP, oparta się na stołecznej symbolice. Ten lokalny patriotyzm Glińska potraktowała jednak bardzo powierzchownie – tak jak wszystkie obecne tu wątki. 

Nieskomplikowana fabuła leży niejako w naturze musicalu, który na pierwszym miejscu zawsze jest po prostu widowiskiem. #WSZYSTKOGRA nie radzi sobie jednak ani jako „show”, ani jako opowieść o Warszawie i jej mieszkańcach. Projekt od klęski wyratowały złote przeboje – te bowiem nigdy nie zawodzą. Ot, cały jazz.   

Ocena: 5/10

Czytaj także

 0