Sprzedawanie Mela Gibsona

Sprzedawanie Mela Gibsona

Jeśli takich filmów jak „10.000 BC” będzie powstawać więcej, to kinomaniakom pozostanie szukanie rozrywki w teatrze.
Roland Emmerich jak mało kto potrafi zarabiać na kinie. Dowodzi tego także filmem „10.000 BC", który tylko podczas  pierwszego weekendu na amerykańskich ekranach zarobił ponad 35 mln dolarów – to oczywiście tegoroczny rekord. Ale ta komercjalizacja nie idzie w parze z wrażeniami za styl. Już jego „Dzień niepodległości”, który znajduje się na 17. miejscu na liście najbardziej dochodowych filmów wszechczasów (zarobił 811 mln dolarów), ma opinię jednego z najgłupszych dzieł kinowych. A ono jest i tak płotką przy „10.000 BC”.

Bo czego to w najnowszym obrazie Emmericha nie mamy. Są mamuty, plemiona z epoki brązu, prehistoryczne języki, mity i zwyczaje. Ale to wszystko składa się na przedpotopowy groch z kapustą – do tego podany w bardzo banalnym sosie. Przeciętnie wyrobiony widz po dziesięciu minutach będzie znał zakończenie i przez pozostałe 100 minut pozostanie mu jedynie śledzić, w jaki sposób reżyser do niego doprowadza. Od razu ostrzegam – do tego finału Emmerich doprowadza najprostszą ścieżką. Fakt, jest ona niezwykle efektownie sfilmowana. Ale nawet najlepsze efekty specjalne nie są w stanie zamaskować mielizn scenariuszowych.

W filmie Emmericha jedno jest tylko ciekawe. To dzieło to ewidentna wariacja na temat filmu „Apocalypto" Mela Gibsona sprzed dwóch lat. Tylko dlatego warto obejrzeć „10.000 BC”. Gibson filmami „Braveheart”, „Pasja”, czy „Apocalypto” stworzył swój własny styl. Jednym się on podoba, innych przeraża jego brutalna dosłowność. Ale na pewno wyróżnia on Gibsona spośród tysięcy innych reżyserów. A w dodatku inspiruje tak kasowego reżysera jak Emmerich. Ciekawe, czy zaprosi on choć Mela na kawę, by podziękować mu za pomysł, który przyniesie jemu i wytwórni setki milionów dolarów.

„10.000 BC", reż. Roland Emmerich, Nowa Zelandia/USA, 2008

Czytaj także

 0

Czytaj także