Jan A. P. Kaczmarek: film Agnieszki Holland ma szansę na Oscara

Jan A. P. Kaczmarek: film Agnieszki Holland ma szansę na Oscara

JAn A. P. Kaczmarek (fot. Sławek/Wikipedia)
- Nominacja filmu Agnieszki Holland "W ciemności" do Oscara nie była zaskoczenie. To świetny film, o którym było wiadomo, że ma szansę na nominację i na nagrodę. Był bardzo dobrze przyjęty. Miał doskonałą prasę. Na pewno jest w czołówce. Ale jeśli chodzi o Oscary, na końcu tej drogi zawsze jest czyste głosowanie mówi Jan A. P. Kaczmarek, laureat Oscara za muzykę do filmu "Marzyciel".
Edyta Seweryn : Czy można mówić o „guście" Amerykańskiej Akademii Filmowej? Można przewidzieć, kto będzie nominowany do Oscara?

Jan A.P. Kaczmarek: Zawsze jest to zaskoczenie, ale zaskoczenie kontrolowane. Jeszcze przed nominacjami coś już wisi w powietrzu, jest pewna aura. Jedne filmy mają lepszą, inne gorszą reputację. Ale jest ich tak dużo, że zawsze jest element zaskoczenia. Rzadko wiadomo, tak jak w  przypadku filmu „Avatar", że będzie nominowany. To, że tak ciężko być w  grupie nominowanych, stanowi o sile nominacji. Od dwóch lat trochę o to łatwiej, bo nominuje się więcej filmów w kategorii najlepszy film; w  zeszłym roku 10, w tym roku jest 9.

Edyta Seweryn : Jaką wobec tego "reputację" ma film Agnieszki Holland? Czy nominacja dla „W ciemności" była dla pana zaskoczeniem?

Jan A.P. Kaczmarek: To nie było zaskoczenie. To świetny film, o  którym było wiadomo, że ma szansę na nominację i na nagrodę. Był bardzo dobrze przyjęty. Miał doskonałą prasę. Na pewno jest w czołówce. Ale  jeśli chodzi o Oscary, na końcu tej drogi zawsze jest czyste głosowanie.

Edyta Seweryn : Jak wyłaniani są zwycięzcy?

Jan A.P. Kaczmarek: Członkowie Akademii przychodzą do kina, oglądają filmy i głosują. Nigdy nie jest to pełen skład Akademii, z reguły to  kilkaset do tysiąca osób. Nigdy nie wiadomo, ilu z nich oddało głos, jak była średnia wieku, jakie preferencje. To wynik głosowania, nie ma  dyskusji, przekomarzania się jurorów.

PAP: Jak wspomina pan „swój wieczór" w 2005 r., kiedy odbierał pan Oscara za muzykę do "Marzyciela"?

Jan A.P. Kaczmarek: Wyjątkowy dzień, podsumowanie prawie 15 lat pracy w Hollywood. Statystycznie, dla "chłopca z małego miasta", urodzonego i  wychowanego w Koninie, zdobycie Oscara jest niemożliwe. Za mną długa podróż.

Edyta Seweryn : Jakie wtedy towarzyszyły panu emocje?

Jan A.P. Kaczmarek: Gigantyczne. Pamiętam prawie wszystko. Kiedy stajesz na scenie przed największymi światowego kina ze świadomością, że  ogląda cię na żywo mniej więcej miliard ludzi we wszystkich krajach, czujesz odpowiedzialność za słowo. Trzeba zachować zimną krew i  powiedzieć coś sensownego. Przestałem się dziwić tym, którzy płaczą, nerwowo ściskają kartkę w dłoni. Kiedy ogląda się galę w komforcie własnego domu, to wydaje się może nieeleganckie, ale kiedy samemu stanie się wobec tej sytuacji, zaczyna się bardziej tolerancyjnie patrzeć na  niedoskonałości wystąpień innych ludzi.

Edyta Seweryn: Jak wygląda życie zawodowe po Oscarze?

Jan A.P. Kaczmarek: Oscar nie zmienił kierunku mojego życia, ale  wiele rzeczy przyspieszył. Swoje plany, np. budowę Instytutu Rozbitek, mogłem realizować z większą pewnością i z większym rozmachem. (...) Po otrzymaniu nagrody zaproszono mnie do grona osób, które ustala i co roku koryguje regulamin sekcji muzycznej Akademii. W przypadkach wątpliwych decydujemy, kto będzie dopuszczony do  konkursu.

Edyta Seweryn: Tegoroczna muzyka filmowa pana zachwyca? John Williams dostał nominację za muzykę do dwóch filmów, "Czas wojny" i "Przygody Tintina", ma przez to większą szansę na wygraną?

Jan A.P. Kaczmarek: Podwójną, co jest wadą i zaletą. Głosy mogą rozdzielić się tak, że wygra ktoś trzeci. Moim zdaniem w tym roku wygra muzyka właśnie Williamsa, ta do "Przygód Tintina", albo Ludovica Bource do „Artysty". Jednak to nie jest najlepszy rok dla muzyki filmowej.

PAP: Ma pan faworyta w kategorii najlepszy film?

Jan A.P. Kaczmarek: W tym roku jestem zdystansowany, nie mam faworyta, za którym "stanąłbym murem". Doceniam urok „Artysty" i film „Hugo i jego wynalazek” Martina Scorsese.

Edyta Seweryn : Istnieje oficjalny schemat tej gali, czy można go w jakiś sposób złamać?

Jan A.P. Kaczmarek: To długa uroczystość, w szczególności dla tych, którzy są nominowani. W Los Angeles zaczynamy o godz. 17.00, bo wtedy na  wschodzie Ameryki wybija godz. 20.00. Czerwony dywan otwiera się dwie godziny przed rozpoczęciem imprezy. To minimum czasu, by rozładować gigantyczny korek 2 tys. limuzyn oraz by tłum gwiazd zdołał przejść przez czerwony dywan. Jeżeli ktoś się spóźni, nie ma takiej siły, by wszedł. Ochrona jest na najwyższym poziomie.

Edyta Seweryn : O gali oscarowej mówi się „targowisko próżności". Zgodzi się pan z takim określeniem?

Jan A.P. Kaczmarek: Amerykanie na co dzień ubierają się bardzo przeciętnie. W ogóle nie dbają o strój. Tutaj, raz w roku, "zapięci są na ostatni guzik". Kobiety wkładają suknie, mężczyźni smokingi albo fraki. To wspaniała gala.

Rozmawiała Edyta Seweryn, pap

Czytaj także

 0