Zemsta bezsilnych

Zemsta bezsilnych

Z historią nie da się wygrać, ale można ją wyśmiać i sprowadzić do absurdu.

Żyjący na przełomie XIX i XX stulecia Jára Cimrman, czeski pisarz, dramaturg, kompozytor, filozof i przyrodnik, nie bał się żadnych wyzwań. Wystarczy wspomnieć o niektórych jego wynalazkach – silniku pięciotaktowym, maszynie do rozdawania kart, technologii wybuchowego mieszania gnoju, rybackiej łodzi podwodnej czy rowerze strażackim. Z wynalazkami prawdziwie przełomowymi miał trochę mniej szczęścia: do urzędu patentowego zawsze przychodził o parę minut za późno, dlatego za ojca chrzestnego telefonu nadal uważamy Alexandra Grahama Bella, z kinematografem kojarzymy braci Lumière, a z żarówką Tomasza Edisona. Ponieważ Cimrman nie był egoistą, chętnie służył radą kolegom. – Czechowa przekonał, żeby napisał o trzech siostrach zamiast o dwóch, Eiffelowi wyperswadował pomysł, by wieżę postawić na prostych nogach, Marconiemu doradził rezygnację z drutu przy projektowaniu telegrafu. Kiedy badał północną Syberię, uciekając przed groźnymi tubylcami, dotarł na biegun północny – a ściślej, minął się z nim o siedem metrów. Tę wyliczankę pięknych porażek można by ciągnąć. Tak czy inaczej, w 2005 r. omal nie wygrał ogólnokrajowego plebiscytu na Największego Czecha. A nie wygrał go tylko dlatego, że nigdy nie istniał – organizująca plebiscyt państwowa telewizja nie zgodziła się, by uhonorować postać fikcyjną.

Wymyślony w 1967 r. przez Zdeňka Svěráka i Jířiego Šebánka wszechstronny geniusz miał być kabaretową kpiną z czeskich marzeń o wielkości. Okazał się nie tylko autoironicznym wcieleniem kompleksów małego narodu, lecz także idolem, któremu po prostu trochę nie wyszło. Bilety do praskiego Teatru Járy Cimrmana wystawiającego domniemane sztuki Wielkiego Czecha, poprzedzane nadętymi „naukowymi” seminariami, od paru dekad trzeba kupować z co najmniej półrocznym wyprzedzeniem.

Postać Cimrmana to również gorzki żart z historii jako takiej – z historii, wobec której jesteśmy bezsilni, która czyni z nas ofiary albo oprawców, zabiera nam wszystko, co najcenniejsze, ewentualnie w ogóle pozbawia prawa do istnienia.

***

Mechanizmy historii rozumiano rozmaicie. Najpierw za jej koła napędowe uważano bogów, potem wielkie jednostki: królów, wodzów, polityków. W XX w. historia stała się domeną anonimowych mas i bezosobowych biurokracji. „Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany” – to pierwsze zdanie „Procesu” Franza Kafki. Doświadczenie wojen światowych i totalitaryzmu sprowadziło historię do szczególnego rodzaju technologii: inżynierii, która składa nęcące obietnice ziemskiego raju, a produkuje śmierć.

Gdzie w tym piekle znaleźć człowieka? Druga połowa zeszłego stulecia to czas emancypacji tych, którzy dotąd nie mieli głosu – pogardzanych, wykluczonych, eksploatowanych i zabijanych. Dość powiedzieć, że Forrest Gump nie stałby się bohaterem żadnej powieści ani filmu, gdyby nie feminizm, ruchy pacyfistyczne i krytyka kolonializmu. Oczywiście popkultura jest leniwa, konserwatywna i zwykle reaguje z dużym opóźnieniem, ale gigantyczny sukces tragikomicznej bajki o krystalicznie uczciwym i nieprzesadnie inteligentnym naiwniaku z Midwestu, który przypadkiem nauczył Elvisa tańczyć i wzbogacił się na akcjach pewnej firmy z branży sadowniczej (z jabłkiem w logo), rozpowszechnił nowy sposób myślenia o historii. Okazało się, że wprawdzie nie ma jak z nią walczyć, ale da się ją oswoić, a następnie skompromitować i sprowadzić do absurdu. Robi się to, wplątując w jej tryby bohatera, który w żadnym wypadku nie mógł znaleźć się tam, gdzie się znalazł. Naszym życiem rządzi statystyka i teoria prawdopodobieństwa – chwilowe zniesienie ich bezlitosnych praw przynosi dużą ulgę.

***

Losy Forresta Gumpa były również polemiką z mitem amerykańskiej kariery od pucybuta do milionera – tym razem całą pulę zgarniał uśmiechnięty idiota, który lubił jeździć w kółko traktorkiem-kosiarką. Z podobną złośliwością Jonas Jonasson potraktował szwedzkie państwo opiekuńcze – w jego głośnej, wielce zabawnej debiutanckiej książce „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” (Świat Książki 2012, przeł. Joanna Myszkowska-Mangold) Allan Karlsson, starzec, który mimo dziesięciu dekad na karku wciąż złośliwie obciąża system ubezpieczeniowy, postanawia przeżyć ostatnią przygodę. Z czasem odkrywamy, że to ledwie wisienka na monumentalnym torcie, bo Karlsson, choć każda komisja lekarska na świecie uznałaby go za głupka, ma za sobą bagaż dziejowych doświadczeń: ucztował z Trumanem, pił wódkę ze Stalinem, leciał samolotem z Churchillem i kolegował się z Mao. A wszystko to przez czysty przypadek.

Główny bohater, który zasadniczo nie pojmuje nic z tego, co się wokół niego dzieje, tocząc się jak kula bilardowa od jednej epokowej katastrofy do następnej, ma jednak siłę witalną zdolną zapewnić mu wyjście bez szwanku z każdej opresji. O to tu chodzi – o przetrwanie jako nieoczekiwaną wygraną na loterii. Żeby Jonasson mógł napisać swoją łotrzykowską groteskę, najpierw setki milionów ludzi musiały zasilić swoimi martwymi ciałami masowe mogiły, piece krematoryjne i rozmaite akweny. Podkreślam to, bynajmniej nie zarzucając autorowi cynizmu. Kolejnej ukazującej się właśnie u nas powieści Jonassona, „Analfabetka, która umiała liczyć” (W.A.B., przeł. Bratumiła Pawłowska-Pettersson), można wytknąć powtórzenie schematu ze „Stulatka...” – znów mowa o nonsensownym łańcuchu zdarzeń, który w rzeczywistym świecie raczej nie mógłby zaistnieć – ale poza wszystkim „Analfabetka...” to świetna, głęboko ironiczna i rozbrajająco śmieszna powieść. Ma też całkiem innego bohatera, a właściwie bohaterkę: Nombeko Ma yeki jest 14-letnią czyścicielką szaletów w slumsach południowoafrykańskiego Soweto. Mamy połowę lat 70. XX w., apartheid w rozkwicie i żadnych szans dla ciemnoskórej dziewczyny ze społecznego dna. Wiemy naturalnie, że właśnie dlatego, iż nie ma żadnych szans, u Jonassona mała Nombeko zajdzie dalej, niż sama potrafi sobie wyobrazić. A wszystko to dzięki imperialnym zapędom reżimu pragnącego posiąść broń atomową, nieszczęsnemu niedouczonemu i zapijaczonemu inżynierowi, trzem jego chińskim służącym, specjalistkom od trucizn oraz drobnych kradzieży, dwóm agentom izraelskiego wywiadu oraz szwedzkiemu monarchiście, który nagle postanowił zostać zwolennikiem republiki.

Ale jest jeszcze jedna kluczowa różnica między „Stulatkiem...” a „Analfabetką...”: w tym ostatnim przypadku efekt kuli bilardowej już nie wystarcza, bo Nombeko to nie biały mężczyzna, ale czarna kobieta, której nikt nie pozwoliłby po prostu płynąć z absurdalnym prądem dziejów. Jonasson zdaje sobie z tego sprawę, dlatego czyni ją nieprzeciętnie inteligentną, sprytną i wyrachowaną, a także każe jej nie tyle ośmieszyć historię, ile się na owej historii zemścić.

***

Wychodzi na to, że według tego przepisu wciąż da się przyrządzać smaczne dania, które się nie nudzą. Dowodem tego jest świeżo wydana w Polsce „Kucharka Himmlera” Franza-Oliviera Giesberta (Sonia Draga, przeł. Agnieszka Rasińska-Bóbr) – najpoważniejsza chyba z wymienionych książek, a w każdym razie osadzona na najbardziej wrażliwym gruncie. Rose Lempereur ma 105 lat, mimo to wciąż jeszcze prowadzi restaurację w Marsylii i nie daje sobie byle komu w kaszę dmuchać. Musi być twarda i patrzeć na świat z dystansem, skoro jako dziewczynka wyszła cało z rzezi Ormian, straciła męża i dzieci w otchłani Holocaustu, sama nawiązała przy okazji osobliwy romans z Heinrichem Himmlerem, ostatni mężczyzna jej życia zginął zaś w czasie chińskiej rewolucji kulturalnej. Giesbert, kolekcjonując owo XX-wieczne bestiarium, stąpa po ostrzu noża, ale „Kucharka...” broni się literacko nadspodziewanie sprawnie, bo choć komiczna, jest również co najmniej dwuznaczna moralnie: Rose to ofiara i nemesis – nie przynosi szczęścia swoim bliskim, lekkomyślnie pakuje się w kłopoty, ale też krwawo się mści na ludziach, którzy wyrządzili krzywdę tym, których kochała.

W pewnym sensie Giesbertowi udało się stworzyć postać kompletnie niewiarygodną, a jednocześnie skomplikowaną i dziwnie prawdziwą. Przy okazji dostało się francuskim antysemitom i kolaborantom. Nie wiem tylko, gdzie przebiega tu granica między łajdackim anarchistycznym rozbawieniem a rzeczywistym przerażeniem historią. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 8/2015
Więcej możesz przeczytać w 8/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0