Pokażcie mi bohatera

Pokażcie mi bohatera

Rozmowa z reżyserem i scenarzystą Paulem Haggisem, laureatem dwóch Oscarów. 17 sierpnia kanał HBO zacznie emisję wyreżyserowanego przez niego serialu „Kto się odważy”. Jest to opowieść o najmłodszym burmistrzu w historii USA Nicku Wasicsko.

Serial „Kto się odważy” opowiada o wydarzeniach sprzed kilkudziesięciu lat, ale tak naprawdę w USA chyba niewiele się w kwestiach rasowych od tamtych czasów zmieniło.

To chyba nigdy się nie skończy. Ba, dokładnie w tym samym mieście, w Yonkers pod Nowym Jorkiem, o którym opowiada serial, aktualnie trwają protesty w dokładnie tej samej sprawie. To odpowiedź na odgórne próby desegregacji. Dlatego nasza produkcja jest tak aktualna. Warto wciąż mówić o nierówności, o rasizmie. Słysząc te hasła, myślisz o latach 60., może 70. Nie chcesz przyjąć do wiadomości, że to wciąż się dzieje w Ameryce. Chcemy myśleć, że to jakoś już za nami.

Czy rasizm jest największym problemem współczesnych Stanów?

Największym? Nie, mamy wiele problemów. Choć oczywiście rasizm jest naprawdę wielkim problemem. Głównie dlatego, że staramy się go obejść bokiem i nie zauważać.

Wasz serial pokazuje wszystkie strony konfliktu i wszyscy tu czują się pokrzywdzeni.

W Ameryce tak właśnie to wygląda. Nie chcemy biednych sąsiadów na naszej ulicy. Bo to nasza ulica. Bo tak. I cała uroda amerykańskiej biurokracji polega na tym, że ostatecznie zniszczy każdy mur. Że swoim ogromem jest w stanie pokonać wszelkie problemy. Zresztą wtedy to już często nie jest kwestia polityki, ale siły bezwładu.

Czy przy pana lewicowych poglądach na rasizm i niesprawiedliwość społeczną łatwo było panu wczuć się w emocje bogatych mieszkańców Yonkers?

Nie chodzi przecież o to, by szukać dla nich wymówek, tylko by zrozumieć ich postępowanie. Przecież to nie ja powinienem ich osądzać, tylko widzowie. Jeślibym osądzał, nie mógłbym tworzyć tej opowieści. Naszym zadaniem jest wiarygodnie zaprezentować ich postępowanie. Pokazywanie ich racji przecież wcale nie oznacza, że oni mieli słuszność. Oni się bali i to strach powodował ich postępowaniem. A z kolei ich lękiem manipulowali politycy. W Ameryce bardzo łatwo manipuluje się strachem obywateli, czego najlepszym przykładem całe zamieszanie z publiczną służbą zdrowia. Najłatwiej wygrać wybory, wzbudzając w ludziach strach przed swoimi przeciwnikami politycznymi. To wykorzystanie najbardziej podstawowych ludzkich instynktów. Wiemy to. Rozumiemy to. A mimo to – trzeba przyznać z wielkim wstydem – dajemy się na to nabierać raz po raz. I oczywiście to nie są problemy wyłącznie amerykańskie. Wystarczy przejechać się np. do Francji i ruszyć poza centrum Paryża. Również tam znajdziemy brudne wieżowce zamieszkane przez ludzi o ciemniejszym kolorze skóry. Przecież Francja ma zupełnie inną historię niż USA. Ale doszli do podobnego punktu. I tak jest w wielu miejscach na świecie. Musimy radzić sobie z podobnymi problemami. Choć może nazywamy je inaczej.

Czy myśli pan, że pana filmy wpływają na postawy ludzi?

Chciałbym. Mam nadzieję, że tak. Po „Mieście gniewu” podchodzili do mnie ludzie i mówili, że ten film zmienił ich życie. To dla twórcy cudowna sprawa usłyszeć coś takiego. Czasem jakiś film, książka, serial powoduje u nas jakąś chwilę zadumy, małą korektę przekonań – i dla mnie to jest właśnie to. Ta zmiana, o którą chodzi. Nie robię tego, by nauczać, ale nie mam nic przeciwko, gdy ktoś się czegoś nauczy. Jeśli ktoś robi filmy właśnie po to, by nauczać – zwykle niewiele z tego wychodzi. Zdecydowanie wolę prezentować świat poprzez bohaterów, z którymi widzowie mogą się utożsamiać. Tu, w serialu, mamy przede wszystkim postać graną przez Catherine Keener. Ona przechodzi długą ewolucję i zmienia swoje postępowanie. Staraliśmy się zrobić to w sposób jak najbardziej uczciwy i wiarygodny – niczego nie ułatwialiśmy. To postać, która cierpi, ale jest też w stanie spróbować zrozumieć innych. Zresztą również po drugiej stronie nie ma postaci jednowymiarowych.

A główny bohater, burmistrz Wasicsko?

To też nie jest postać kryształowa. Wszak na początku tej historii pokazujemy go jako człowieka, któremu chodzi wyłącznie o władzę i karierę. Chce być najmłodszym burmistrzem w kraju. A dopiero potem praktycznie zostaje zmuszony, by się zmierzyć z wyzwaniami. Zapłaci za to cenę życia, a świat i tak o nim zapomni. To też przesłanie tego filmu. Nikt nie jest doskonały. Ważne, by zachować się godnie. Mimo swych niedoskonałości robić to, co trzeba. Polityk jest po to, by służyć. I nie zawsze kończy się to dla niego dobrze.

Dlaczego zdecydował się pan na pracę przy serialu i do tego napisanym przez kogoś innego?

Nigdy dotąd nie wyreżyserowałem nic, czego bym sam wcześniej nie napisał. Reżyseruję tylko swoje scenariusze. Ale tu chodziło o Davida Simona. Od lat jestem jego wielkim fanem. Gdy pracowałem jeszcze nad poprzednim filmem, któregoś dnia zadzwonił mój agent i powiedział, że już czas się zastanowić, co będę robił w następnej kolejności. I rzuca propozycjami – może taki film, może taki, David Simon ma taki serial do zrobienia. W tym momencie krzyknąłem: „Stop! Powiedz, że się zgadzam”. Odpowiedział: „Dobra, powiem, żeby przesłali scenariusz i będziemy rozmawiać”. Ja na to, że nie. Przekaż, że się zgadzam, a potem poproś o scenariusz. Dokładnie tak to wyglądało. Zawsze chciałem pracować z Simonem, uważam, że to jeden z najwybitniejszych współczesnych filmowców, genialny producent i scenarzysta.

Simon specjalizuje się w historiach opartych na autentycznych wydarzeniach.

Myślę, że to on nadaje ton wszystkim fabułom, przy których pracuje. Nigdy nie uważałem, że reżyser jest od nadawania kształtu i charakteru opowieści. Od tego jest scenariusz – dzieło pisarza. Kiedy czytam tekst, po prostu wiem, jak to będę kręcił. Potem oczywiście sporo można zrobić przy montażu. W tym projekcie najważniejsze było dla mnie to, że David Simon dał mi do opowiedzenia prawdziwą, świetnie udokumentowaną historię. I tak od początku do niej podchodziłem. To, co opowiadamy, jest po prostu prawdą. Niewiele improwizowaliśmy na planie, staraliśmy się wiernie wszystko przedstawić. Również na poziomie inscenizacji. Na przykład sceny w ratuszu – tam wciąż panuje lekki chaos. Wielu reżyserów stara się za wszelką cenę mieć w kadrze filmu absolutny porządek. Szukają perfekcji. Ja tym razem starałem się, by kadr był jak najmniej doskonały. Wiele razy widać jakieś przedmioty, które zasłaniają nam częściowo widok, bo tak wygląda życie. Bo te właśnie przedmioty powinny stać w tym miejscu. Moim zdaniem dzięki temu wszystko wygląda prawdziwie, tak jakbyśmy faktycznie podglądali bieg wydarzeń. Przy dużych scenach z mnóstwem ludzi często inni zasłaniają nam widok. Tak już jest. Jeśli chcemy się komuś przyjrzeć z daleka, zwykle ktoś stoi pomiędzy nami. Gdy chcemy zrobić zbliżenie z daleka, to kręcąc film, rozganiamy wszystkich na boki, by było dobrze widać naszego bohatera. A ja zgarniałem ich do środka, kazałem przysłaniać akcję, by wyglądało wiarygodnie.

Woli pan robić filmy czy seriale?

Nie widzę większej różnicy. To znaczy różnicą jest tylko długość. Tej fabuły nie dałoby się opowiedzieć w formie kinowego filmu. Byłoby zbyt krótko. To po prostu serial. I na szczęście jest HBO, które chciało go zrealizować. Tu dano nam po prostu sześć godzin i możemy opowiedzieć to, jak należy.

A co myśli pan o nadawcach internetowych takich jak Netflix, który wyprodukował „House of Cards” z Kevinem Spacey? Zrobiłby pan dla nich jakiś serial?

Wszystko zależy od projektu. Nie zamykam się na nowe kanały dystrybucji. Tylko niech to będzie coś ciekawego. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

PAUL HAGGIS

Urodzony w Kanadzie (1953 r.) amerykański scenarzysta i reżyser. Współtwórca serialu „Strażnik Teksasu”. Napisał scenariusz do oscarowego filmu „Za wszelką cenę” Clinta Eastwooda. Sam Haggis dostał dwie statuetki za scenariusz i reżyserię „Crash - miasto gniewu”. Napisał dwa scenariusze „bondów”: „Casino Royale” i „Quantum of Solace”. Oryginalny tytuł serialu „Kto się odważy” („Show me a Hero”) odnosi się do powiedzenia F. Scotta Fitzgeralda, które po polsku brzmi „Pokażcie mi bohatera, a ja wymyślę dla niego tragedię”.

Okładka tygodnika WPROST: 34/2015
Więcej możesz przeczytać w 34/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0