Gra o tron światowej telewizji

Gra o tron światowej telewizji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Daenerys (Emilia Clark) i smok
Daenerys (Emilia Clark) i smok / Źródło: Materiały prasowe producenta
Gdy George R.R. Martin wydał „Grę o tron”, był absolutnie pewien, że to fabuła, której nie da się przenieść na ekran. Mylił się. Serial na podstawie jego książek to przełom w historii telewizji, a dziś cały świat czeka na premierę szóstej serii.

Gra o tron” to najpopularniejszy współczesny serial. Choć wszystko przemawia na jego niekorzyść. To fantasy, a ten gatunek ma wielu przeciwników; mnóstwo tu przemocy i nagości, co wyklucza najmłodszych widzów; nie można go też zobaczyć w żadnej dużej ogólnodostępnej stacji – producentem jest HBO, które prowadzi bardzo konsekwentną politykę repertuarową i zgodnie z nią nie sprzedaje swoich hitów nikomu, nawet po latach od premiery. Poza tym bardzo rozbudowana, wielowątkowa fabuła wymaga stałej uwagi widzów, bo przegapienie nawet jednego odcinka może spowodować całkowite pogubienie się w wątkach i postaciach. 

Gra wbrew regułom

Mimo tego w ciągu kilku lat „Gra o tron” stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych telewizyjnych marek na świecie. Gdy wiosną wyświetlane są kolejne odcinki nowego sezonu, w internecie komentują je setki tysięcy ludzi. Polskie HBO, by pójść na rękę najbardziej zdeterminowanym fanom, premiery pokazuje dokładnie w tym czasie co Amerykanie. Co do minuty, czyli o trzeciej nad ranem w poniedziałek. Oczywiście można je także obejrzeć tego dnia wieczorem, ale nie brakuje takich, którzy zarywają noce, by być na bieżąco. Świat Westeros – fikcyjna kraina, w której rozgrywa się tytułowa „Gra o tron” pomiędzy kilkoma możnymi rodami, jest dla milionów widzów równie dobrze znany jak rzeczywistość za oknem. Dziś czekamy na premierę szóstego sezonu i jest to oczekiwanie nadzwyczaj niecierpliwe. Pierwszy odcinek nowego zobaczymy (o trzeciej nad ranem) w poniedziałek 25 kwietnia i wtedy dowiemy się, co dalej. Nigdy wcześniej nie było takiej sytuacji.

Gdy czekaliśmy na sezon drugi, trzeci czy nawet piąty, z grubsza było wiadomo, czego się spodziewać. Bo istniały powieści Martina, które stanowią pierwowzór serialu. Niestety, kolejne tomy powstają bardzo wolno i właśnie znaleźliśmy się w miejscu, gdy serial wyprzedził cykl książkowy. Do tej pory – jak to przy adaptacjach – zdarzały się drobne zmiany czy odstępstwa, ale teraz wypływamy na nieznane wody. Czytelnicy „Pieśni lodu i ognia” (tak się nazywa naprawdę ten cykl, „Gra o tron” to tylko tytuł pierwszego tomu) przez lata byli uprzywilejowani, wiedzieli więcej i szybciej, znali losy wielu postaci od razu. Teraz to się skończyło. Gdy w finale pierwszego sezonu ginęła postać, która zdawała się głównym bohaterem, dla widzów był to prawdziwy szok. Śmierć Neda Starka była pierwszym dowodem na to, że to serial inny niż wszystkie. Że tu może zdarzyć się naprawdę wszystko. Czytelnicy Martina wiedzieli już o tym z książek. Ale wiedzieli też, co zdarzy się dalej w kolejnych tomach.

Teraz sytuacja jest inna. Ostatnia wydana powieść i ostatni sezon serialu skończyły się śmiercią kolejnego bohatera, którego przywykliśmy uznawać za najważniejszą postać. Ale dopiero oglądając nowy, szósty sezon, uzyskamy odpowiedź na pytanie: czy zabójstwo Jona Snowa to absolutny koniec przygód tej postaci, czy w jakiś sposób (a opcji jest kilka z magią na czele) Jon jednak wróci? Fani książkowego cyklu czekają na tę informację już pięć lat – wtedy ukazała się ostatnia jak na razie część cyklu „Taniec ze smokami”. Miłośnicy serialu usychają z ciekawości od roku, a HBO robi wszystko, co się da, by niczego nie zdradzić. To – wbrew pozorom – w dzisiejszych czasach strategia rzadka i odważna. Żyjemy przecież w kulturze nadmiaru informacji. Każdy chce wiedzieć wszystko i to od razu. I media stają na głowie, by to pragnienie spełnić.

Dziś książki poznajemy ze streszczenia na okładce, filmowe zwiastuny zdradzają praktycznie wszystko, a zapowiadanie produktów kulturalnych stało się sztuką samą w sobie. Żyjemy w erze bryków – młodsze pokolenia już na nich wychowują się w szkołach. Po co czytać lektury, skoro ich streszczenia są dostępne za grosze, albo i za darmo w internecie. Mało kto próbuje się wyłamać z tego trendu. Tak naprawdę mogą sobie na to pozwolić tylko najmocniejsze marki, które wiedzą, że i tak przyciągną odbiorcę. Tak właśnie było kilka miesięcy temu przy premierze najnowszej części „Gwiezdnych wojen”. I tak jest teraz z nowym sezonem „Gry o tron”. Powtarzające się pytanie, czy Jon Snow żyje, zawisło rok temu w próżni. Przecieków na temat nowego sezonu w zasadzie nie ma. Zwiastuny pokazywane już w telewizji i internecie nic nie wyjaśniają. Niczego nie udaje się wyciągnąć od twórców serialu ani aktorów. Kilka tygodni temu w Londynie rozmawiałem kolejno z kilkunastoma osobami z obsady i wszyscy na każde nawet najbardziej podchwytliwe pytanie o wydarzenia z szóstego sezonu nabierali wody w usta. Czy Jon Snow żyje, dowiemy się wszyscy 25 kwietnia o trzeciej nad ranem. Albo i się nie dowiemy, bo przecież ta kwestia nie musi zostać rozstrzygnięta w pierwszym odcinku.

Królowa Elżbieta na żelaznym tronie

O co tyle zamieszania? Skąd się wziął fenomen „Gry o tron”? Zaczęło się od życiowej porażki pewnego scenarzysty, który nie był zadowolony z pracy dla telewizji. Pisząc kolejne odcinki zapomnianych dziś produkcji, takich jak „Strefa mroku” czy „Piękna i Bestia”, miał poczucie, że marnuje życie. Owszem George R.R. Martin pierwsze sukcesy jako autor fantastyki zaczął odnosić już w latach 70. (to wtedy dodał podwójne „R” do nazwiska, jako że mylono go z niedawno zmarłym producentem nagrań The Beatles). W tamtym czasie jego opowiadania i powieści parokrotnie zdobywały ważne branżowe nagrody, ale w następnej dekadzie dla zarobku poszedł do telewizji. Jednak lata spędzone na rzemieślniczej robocie przy scenariuszach były dla niego frustrujące. To właśnie dla odreagowania zaczął pisać wielką sagę fantasy pełną postaci, wątków i skomplikowanych zwrotów akcji.

Martin inspirował się przy jej pisaniu historią angielskiej wojny Dwóch Róż z drugiej połowy XV w. Opowieść umieścił w świecie, który bardzo mocno przypomina nasze średniowiecze, choć pojawia się w nich trochę magii i kilka smoków. Pierwszy tom cyklu zatytułowany „Gra o tron” ukazał się w 1996 r. (w Polsce dwa lata później). Każdy kolejny tylko mnożył wątki i postaci. Rzecz wydawała się tak bardzo odległa od standardów kina i telewizji, jak to tylko możliwe. Tymczasem HBO wciąż poszukiwało nowych pomysłów na swoje seriale. I okazało się, że proza Martina to coś, z czym chcą spróbować się zmierzyć. Od ogłoszenia, że powstanie pilot (styczeń 2007 r.) do premiery pierwszego sezonu (kwiecień 2011 r.), upłynęły ponad cztery lata. Ale z dzisiejszej perspektywy widać, że była to jedna z najlepszych decyzji kierownictwa stacji. Dziś to właśnie ta produkcja jest przywoływana jako najlepszy przykład odważnego myślenia o potrzebach nowoczesnego widza. Dziś to jedna z lokomotyw, które napędzają popularność całego rynku seriali telewizyjnych. Nie zapominajmy, że to również serial, który rokrocznie wygrywa w „rankingach pirackich” na najczęściej kopiowaną nielegalnie produkcję telewizyjną. HBO jest wciąż kanałem ekskluzywnym, a „Grę o tron” chcą oglądać wszyscy.

Nawet kosztem łamania prawa. Jak długo utrzyma się popularność serialu? Standardem amerykańskiej telewizji jest kończenie najlepszych seriali po siedmiu latach. Tak od dawna konstruuje się umowy dla aktorów. Ale w końcu „Gra o tron” tyle razy wyłamywała się ze standardów telewizji, że wszystko jest możliwe. Na razie wiemy o podpisaniu umów na sezony siódmy i ósmy. Czy będą kolejne? Możliwe, choć z drugiej strony kiedyś musi nastąpić kres wielkiej rozgrywki i ktoś musi ostatecznie zasiąść na tytułowym żelaznym tronie, który został odlany z przetopionych mieczy wrogów pokonanych w bitwach. Raz była już okazja, by sprawę zakończyć naprawdę oryginalnie – plan serialu odwiedziła brytyjska królowa Elżbieta i zaproponowano jej, by zasiadła na miejscu, z którego włada się Westeros. Monarchini wymówiła się protokołem i grzecznie podziękowała. Stwierdziła, że siada tylko na swoim własnym tronie. Ten serialowy jeszcze wciąż czeka na właściciela. 

Artykuł został opublikowany w 14/2016 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Czytaj także

Czytaj także