Każda despotia w końcu zaczyna potykać się o własne pałki. Reżim rosyjski pogrąża się wojną na Ukrainie, irański bezmyślnie brutalnym traktowaniem kobiet, a chiński uporem w egzekwowaniu drakońskich pandemicznych restrykcji. Zepchnęły one gigantyczny kraj na skraj chaosu zaledwie kilka tygodni po tym, jak prezydent Xi Jinping przedłużył na kolejną kadencję swoje absolutne panowanie.
Nic więc dziwnego, że demonstranci, którzy jednocześnie i masowo wylegli na ulice odległych od siebie o tysiące kilometrów wielkich metropolii i mniejszych, prowincjonalnych ośrodków, poza poluzowaniem pandemicznych restrykcji, zaczęli szybko domagać się ustąpienia Xi, zniesienia cenzury i demokratyzacji życia w Chinach.
Reżim nie ma oczywiście żadnych oporów, żeby utopić pełzającą rewolucję we krwi, tak jak zrobiono to w 1989 roku ze studentami protestującymi na pekińskim placu Tiananmen. Partia od lat przygotowuje się na tego typu ewentualność, rozbudowując siły policyjne, szkolone do pacyfikowania masowych demonstracji praktycznie w całym kraju.
Problemem nie jest jednak skala zamieszek, tylko kompletne fiasko polityki zerowej tolerancji wobec pandemii, zarządzonej przez prezydenta Xi jako jedyne remedium na covid. Władze są zdolne do stłumienia rozruchów, ale nie są w stanie opanować nadciągającej wielkimi krokami pandemicznej hekatomby.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.