Z prawej strony jest atakowany przez pełen nienawiści ruch społeczny "Tea Party". W politycznym centrum wyborcy masowo opuszczają Obamę. Z lewej strony docierają skargi, że z "Pana Zmiany" przemienił się w "Pana Słabeusza". Młodzi wyborcy i Afroamerykanie wciąż obstają za Obamą, ale wątpliwym jest, że pofatygują się w ogóle do urn wyborczych.
Największa strata miejsc partii prezydenckiej w ostatnich pięćdziesięciu latach to nie tylko ostrzeżenie dla Obamy. To porażka. Przez dwa lata Obama wierzył, że zdobył serca i umysły amerykańskich wyborców. W rzeczywistości zdołał jedynie wkraść się do ich serc na krótką chwilę.
W listopadzie 2008 roku cała Ameryka była zauroczona ideą, że w Białym Domu może zasiąść młody, czarnoskóry prezydent. Wyborcy czuli, że mogą zostać częścią zmiany, której tak bardzo pragnęli. Zmiany, którą Obama tak elokwentnie obiecywał. Jednak zauroczenie wyborców szybko przeminęło. Mówi się, że kampanie wyborcze są jak poezja, w takim wypadku rządzenie jest prozą. Obciążenia, jakie wziął na siebie Obama składając przysięgę, były olbrzymie. Jednak tak samo wielkie były możliwości.
Reformy Obamy wymagały wizji. Zamiast skupiać się na swoich celach prezydent wolał mówić o błędach swego poprzednika, który wycofał się na emeryturę na swoje ranczo w Teksasie. Analizował też, o ile gorsza mogła być sytuacja światowej gospodarki gdyby nie on i jego zespół ekonomistów. Jego doradczy zdają się wciąż wierzyć, że wina leży po stronie wyborców, którzy wciąż nie rozumieją, jak wiele osiągnął Obama. Od reformy służby zdrowia po regulacje dla spekulantów z Wall Street. Mogą mieć rację, ale to nie działa na rzecz prezydenta. Amerykanie bez pracy nie chcą słuchać o tym, że stopa bezrobocia byłaby o 5 punktów procentowych wyższa, gdyby nie Obama. A nikt nie oddaje swego głosu bez wdzięczności.
W styczniu Obama mówił: "Wolę być świetnym prezydentem przez jedną kadencję, niż przeciętnym przez dwie". Jeśli nie zmieni swoich działań los może zmusić go do przyjęcia tego scenariusza.
ja