"Byłoby błędem, gdyby sojusznicy USA uznali tę bardziej wybiórczą, niemal pozbawioną wiary w siebie postawę Waszyngtonu za aberrację, będącą odpowiedzią na wyjątkowy zestaw okoliczności i zadrażnień właściwych dla Bliskiego Wschodu. O wiele bardziej wygląda ona na zmianę globalnego układu sił" - sądzi Stephens.
"USA są nie do zastąpienia jako supermocarstwo, ale stają się bardziej powściągliwe. Obama i sekretarz stanu Hillary Clinton na długo przed interwencją w Libii mówili, że USA najlepiej mogą wpływać na wydarzenia poprzez sojusze, układy, koalicje i międzynarodowe instytucje. Odwrotną stroną tego podejścia jest to, że Amerykanie oczekują więcej od swoich partnerów".
Europa nie jest gotowa sprostać tym oczekiwaniom, o czym świadczą m.in. napięcia między Paryżem a Berlinem, czy różnice zdań między Paryżem a Londynem o kontrolę nad operacją libijską - twierdzi Stephens i dodaje, że Libia ujawniła też niedostatek europejskiego potencjału zbrojnego. Odnotowuje, że 10 lat temu budżet wojskowy USA stanowił połowę wydatków na obronę całego NATO, a obecnie jest to ok. 75 procent.
PAP