Policja na razie jest bezradna wobec podpalaczy. W nocy z 17 na 18 sierpnia ulice Berlina patrolowało około 150 funkcjonariuszy, a także śmigłowiec, wyposażony w kamerę termowizyjną. Nie udało się jednak wytropić wandali. Seria podpaleń samochodów staje się tymczasem tematem kampanii przed wyborami do parlamentu Berlina, które odbędą się 16 września. Lokalna opozycja i policyjne związki zawodowe zarzucają rządzącym w Berlinie socjaldemokratom i Lewicy, że drastyczne cięcia w wydatkach na policję utrudniają walkę z chuliganami.
- W żadnym innym kraju związkowym Niemiec nie było w ostatniej dekadzie tak dużych redukcji personalnych w policji, jakie miały miejsce w Berlinie. To się teraz mści - ocenił polityk chadecji Wolfgang Bosbach w telewizji N24. - Bezpieczeństwo ludzi jest dla nas absolutnym priorytetem. Dlatego pożar na ulicach Berlina będzie dla nas tematem kampanii wyborczej - podkreślił w rozmowie z "Die Welt" lider berlińskiej chadecji Frank Henkel. - Ludzie coraz bardziej obawiają się o swoje bezpieczeństwo i swoją własność, ale rząd socjaldemokratów i Lewicy zostawia ich na lodzie i nie robi nic, by poprawić sytuację - dodał. Zdaniem Henkela w stolicy Niemiec nastąpił "dramatyczny upadek obyczajów". W przyszłym tygodniu chadecy zamierzają okleić Berlin wielkoformatowymi plakatami wyborczymi, ze zdjęciem płonącego samochodu.
Socjaldemokratyczny burmistrz Berlina Klaus Wowereit potępił "chory wandalizm". - Podpalenia samochodów to przestępstwo, które musi być konsekwentnie ścigane - powiedział. Burmistrz wezwał też mieszkańców stolicy Niemiec, by zachowali czujność i informowali policję, gdy zauważą podejrzaną sytuację.
PAP