Publikujemy fragment autobiografii papieża Franciszka pt. „Nadzieja”. W pierwotnym założeniu książka miała ujrzeć światło dzienne po śmierci Ojca Świętego, ale – jak pisze Carlo Musso, który uczestniczył w procesie twórczym – „Jubileusz Nadziei i wymogi chwili skłoniły jednak papieża do wyrażenia już teraz zgody na upowszechnienie tej cennej spuścizny”.
Autobiografia papieża Franciszka w tłumaczeniu Anny T. Kowalewskiej została wydana przez Świat Książki. Ojciec Święty zmarł 21 kwietnia.
Fragment rozdziału „Pamięć i wstyd”
Przyjąłem imię Franciszek. Rozległy się kolejne brawa.
Obsługa umieściła karty w piecu i załadowała naboje z białym dymem, który po chwili, gdy zaczął zapadać wieczór, uniósł się z komina kaplicy Sykstyńskiej.
Udałem się następnie do zakrystii, którą nazywają także „pokojem łez”, aby się przebrać. Zdjąłem z palca pierścień kardynalski i założyłem pierścień biskupi, który miałem w kieszeni. Chcieli mi dać inny, ale podziękowałem. Zatrzymam ten. Zaproponowano mi piękny złoty krzyż, ale powiedziałem, że zachowam krzyż z alpaki ze święceń biskupich, który noszę od dwudziestu lat. Pamiętam, że na konsystorz w 2001 roku nie chciałem nawet nowego garnituru. Wystarczał mi garnitur mojego poprzednika, kardynała Quarracino. Trzeba go było tylko dopasować, zrobić kilka poprawek i wyglądał idealnie. Czerwone buty? Nie, noszę buty ortopedyczne. Mam płaskostopie.
Nie byłem na to wszystko przygotowany. Robiłem po prostu to, co czułem. Zachowywałem się spontanicznie.
Odmówiłem również aksamitnego mucetu i lnianej rokiety. To nie dla mnie. Dwa dni później powiedziano mi, że powinienem zmienić spodnie na białe. Roześmiałem się. Nie jestem sprzedawcą lodów. Zatrzymałem swoje.
![]()
(…)
Wieczorem zaprowadzono mnie do apartamentów papieskich, zapieczętowanych od dnia, kiedy opuścił je Benedykt XVI.
Kiedy wszedłem tam z ojcem Georgiem, ówczesnym prefektem Domu Papieskiego, pomyślałem, że nie chcę tam mieszkać. Nic jednak nie powiedziałem, tylko podziękowałem i zacząłem się zastanawiać, jak tę sprawę rozwiązać.
Modląc się i rozmawiając z Panem, starałem się wszystko należycie rozważyć, zrozumieć, dokąd powinienem iść i jak to zrobić. Radziłem się także kardynała Bertello, prezydenta Gubernatoratu Państwa Watykańskiego, który zaproponował mi gościnę, o ile chciałbym zamieszkać w jego apartamencie w Palazzo San Carlo w Ogrodach Watykańskich. Jednak również to locum wydawało mi się zbyt odizolowane.
Przez przypadek, wracając do mojego pokoju w Domu św. Marty, zobaczyłem, że właśnie sprzątają apartament, który znajdował się dokładnie naprzeciw tego, który zajmowałem podczas konklawe.
– A co to za lokal? – spytałem.
– To apartament gościnny, który teraz przygotowujemy dla patriarchy Konstantynopola Bartłomieja.
Zajrzałem do środka. Był tam mały przedpokój, nieduża sypialnia, oddzielona przesuwanymi drzwiami, i mały gabinet. Od razu sobie pomyślałem, że to w sam raz dla mnie.
Poszedłem porozmawiać z dyrektorem, by przekazać mu moją decyzję. Zaskoczony najpierw odpowiedział mi, że to niemożliwe, potem, że ale…, a w końcu się zgodził.
W ten sposób, kilka dni po opuszczeniu go przez patriarchę Bartłomieja, apartament 201 stał się moją rezydencją papieską.
„Do odwołania” – ogłosił w kwietniu rzecznik Watykanu, ojciec Federico Lombardi.
Od tego czasu minęło sporo lat. W Domu św. Marty czuję się dobrze, ponieważ jestem wśród ludzi. A jeśli nawet zdarzają się drobne niedogodności, to można je łatwo przezwyciężyć.
Pozostanę tu tak długo, jak Bóg zechce. Jeśli chodzi o moją śmierć, to mam do niej bardzo pragmatyczne podejście. I tak samo traktuję ostrzeżenia przed ewentualnym zamachem.
Kiedy odejdę, nie zostanę pochowany w Bazylice św. Piotra, ale w bazylice Matki Bożej Większej. Watykan jest miejscem mojej służby, a nie wiecznego spoczynku. Wybrałem pomieszczenie, gdzie obecnie przechowywane są kandelabry, obok marmurowej figury Regina Pacis, którą zawsze prosiłem o pomoc i której przez cały czas mojego pontyfikatu setki razy oddawałem się w opiekę. Dostałem już potwierdzenie, że wszystko jest przygotowane. Dotąd obrzędy pogrzebowe papieży charakteryzowały się zbytnim przepychem. Uzgodniłem więc z mistrzem ceremonii, jak je uprościć. Nie będzie katafalku ani uroczystego obrzędu zamknięcia trumny. Pragnę być pochowany z godnością, ale jak każdy chrześcijanin.
Wiem, że Pan wiele już dla mnie zrobił, proszę Go więc tylko o jeszcze jedną łaskę. Niech to nastąpi, kiedy On zechce, ale proszę… jestem trochę mięczakiem, nie jestem wytrzymały na ból… Proszę… niech zbytnio nie boli.
