To kolejny protest w Czechach w ostatnich miesiącach, jednak znacznie większy od wcześniejszych demonstracji, które gromadziły poniżej 100 tysięcy osób. Tym razem – według organizatorów – na błoniach parku Letenské sady w Pradze zgromadziło się około 250 tys. osób. Na nieco mniej – około 200 tys. – liczbę uczestników oszacowała agencja Associated Press. Bilansu nie opublikowała czeska policja. Jak jednak wyjaśniają czeskie media, funkcjonariusze od od dawna nie publikują liczby uczestników podobnych wydarzeń, bo nie posiadają systemu, który umożliwiłby weryfikację szacunkowych danych.
Manifestacja została zorganizowana przez inicjatywę „Milion chwil dla demokracji” i odbyła się pod hasłem „Nie damy ukraść naszej przyszłości”. Była kolejnym wyrazem sprzeciwu wobec działań prawicowego rządu, na czele którego od jesieni ubiegłego roku stoi ponownie Andrej Babiš. Uczestnicy protestu podkreślali, że ich zdaniem polityka władz stanowi zagrożenie dla demokracji oraz praworządności w kraju.
– Nie chcemy być Węgrami. Nie chcemy podążać drogą Słowacji. Czas się obudzić – mówiła jedna z uczestniczek protestu w rozmowie z Reutersem.
Masowe protesty w Czechach. "Ten kraj nie jest na sprzedaż"
Podczas protestu głos zabrał między innymi Mikulasz Minarz, założyciel inicjatywy i jeden liderów protestów. – Wysyłamy wiadomość do polityków: fakt, że zostaliście wybrani, nie daje wam prawa do nadużywania władzy, niszczenia instytucji, kupowania bezkarności i wprowadzania w Czechach manier wschodniego autokratyzmu – mówił Minarz. – Ten kraj nie jest na sprzedaż i nie pozwolimy, by go ukradziono – dodawał.
Protestujący obawiają się również, że rząd Babiša pogorszy relacje Czech z Unią Europejską, oceniają jego politykę jako prorosyjską i krytykują konkretne decyzje władz. Między innymi te dotyczące finansowania mediów publicznych oraz ograniczenia wydatków na zbrojenia.
Czytaj też:
Nawrocki spotka się z Orbanem. Wizyta tuż przed decydującymi wyboramiCzytaj też:
Trump stawia Iranowi ultimatum. „W ciągu 48 godzin...”
