Terrorystyczna partyzantka: aktywacja

Terrorystyczna partyzantka: aktywacja

Indie nie raz doświadczały terroryzmu. Tylko w tym roku w zamachach w różnych częściach kraju zginęło przeszło 300 osób, a w 2006 roku - w największym ataku - zabitych zostało blisko 200.
Tym razem było jednak inaczej. W Bombaju bomby wybuchły 11 razy, a miało być ich jeszcze więcej, bo kilka ładunków nie eksplodowało. Zamachowcy, na pełnych turystów ulicach, strzelali też na oślep do tłumu, rzucali granatami. Wśród gości hotelowych wybierali Amerykanów i obywateli Wielkiej Brytanii, by brać ich na zakładników. Na taką skalę serii ataków nie było w Indiach jeszcze nigdy.

Twierdzenia, że skoordynowanie zamachów wskazuje na al-Kaidę jest jałowe. Biorąc pod uwagę, że wykorzystano karabiny maszynowe, granaty i niewielkie ładunki, prędzej można skojarzyć środowy atak z wojną partyzancką (np. w Kaszmirze) niż międzynarodówką Osamy bin Ladena, choć to oczywiście nie eliminuje jej z grona podejrzanych. Ktokolwiek stoi za tym koszmarem, atak na Bombaj uzna za wyjątkowo udany. Co więcej, metoda zastosowana przez terrorystów może posłużyć przykładem innym, chcącym iść w ich ślady. Indie, dla których Bombaj jest gospodarczą, kulturalną i turystyczną stolicą, zapewne będą się podnosić z tego ataku równie długo, jak Stany Zjednoczone po 11 września 2001 roku. Co gorsza, terrorystyczną międzynarodówkę, to podkopanie ważnej metropolii mocarstwa jakim są Indie, może zachęcić do organizowania właśnie takich ataków w innych wielkich miastach świata. I to zamachów znacznie łatwiejszych do przeprowadzenia niż porywanie samolotów.

Czytaj także

 0

Czytaj także