We wtorek, po pogrzebie 15-letniego Aleksisa Grigoropulosa, znów w całym kraju płonęły uliczne barykady, plądrowano sklepy i przewracano samochody. Grecka telewizja pokazywała również zdjęcia oddziałów szturmowych policji strzelających ostrzegawczo w powietrze.
Demonstranci atakowali koktajlami Mołotowa komisariaty policji, m.in. w Patras (nad Morzem Jońskim) i na wyspie Korfu. W Patras komendę główną policji otoczyła grupa około 500 osób.
W Atenach do starć z policją doszło w okolicach okupowanej od trzech dni politechniki. Płonął ogień, różnymi pociskami rzucano w funkcjonariuszy i witryny sklepowe. Policjanci odpowiedzieli gazem łzawiącym.
W Salonikach protestujący schronili się na wydziale filozofii. Grupa około 60 osób zaatakowała policję kamieniami.
Jak podała grecka agencja prasowa ANA, zamieszki trwały też w innych miastach: Koryncie, Aleksandroupolis, Larissie, Ioanninie, w Mitylenie na Lesbos i w Rodos.
Jeszcze większe protesty zapowiadane są na środę.
Przywódca lewicowej opozycji, socjalista Jeorjos Papandreu wezwał do rozpisania przedterminowych wyborów i oskarżył rządzących konserwatystów o nieumiejętność obrony społeczeństwa przed zamieszkami.
"Rząd nie radzi sobie z tym kryzysem i stracił zaufanie Greków" - powiedział. "Najlepsze, co może teraz uczynić, to dymisja i pozwolenie, by to obywatele znaleźli rozwiązanie" - dodał.
Również wielu demostrantów domaga się ustąpienia premiera Kostasa Karamanlisa. Szef rządu, który w ubiegłym roku niewielką przewagą wygrał wybory, ignoruje te żądania. On sam uczestników zamieszek uznał za "wrogów demokracji".
Według najnowszych sondaży socjaliści mają około 5-proc. przewagę nad konserwatystami.pap, keb