Tymiński po amerykańsku

Tymiński po amerykańsku

Wiele osób przecierało oczy ze zdumienia, gdy w polskich wyborach prezydenckich z 1990 r. w drugiej turze z Lechem Wałęsą zmierzył się Stan Tymiński. Nieznany nikomu emigrant z Peru pozostawił w pobitym polu m.in. pierwszego niekomunistycznego premiera po II wojnie światowej Tadeusza Mazowieckiego - mimo że nie zaprezentował żadnego poważnego pomysłu na Polskę. Tymiński zdobył popularność przedstawiając się jako „człowiek spoza układu” i przeciwnik ówczesnych reform gospodarczych. Dziś okazuje się, że nie tylko w Polsce radykalny sprzeciw wobec elit może być trampoliną wynosząca polityka na szczyty rankingów popularności. Taką samą strategię w walce o nominację amerykańskiej Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich zastosował Herman Cain.
W obozie Republikanów od dłuższego czasu trwa zacięta walka o to, kto w 2012 roku rzuci wyzwanie Barackowi Obamie. Swoje pięć minut miał niedawno Herman Cain, który pod koniec września niespodziewanie znalazł się na czele w uwzględniającym republikańskich "prakandydatów" Florydzie, a później sukces ten powtórzył w kilku innych badaniach. Cain piastował w życiu różne stanowiska. Był prezenterem radiowym, członkiem kansaskiego FED-u i prezesem sieci pizzerii „Godfather’s Pizza". Pozbawiony koneksji w Waszyngtonie Cain lubił podkreślać , że jest „spoza układu", a jego kampania dowiodła, że „nie trzeba skończyć studiów na Harvardzie, by startować na prezydenta”.

Amerykański Tymiński z braków w swojej wiedzy ogólnej starał się uczynić atut. Zapytany podczas wywiadu dla CBN jak odpowiedziałby na pytanie, kto jest prezydentem Uzbekistanu, zadeklarował, że odparłby: „Wiesz, że nie wiem. A ty wiesz?". Zaraz potem dodał, że Uzbekistan to jedno z tych małych, nikomu nieznanych państw świata pozbawionych jakiegokolwiek znaczenia. Nieco później, wypytywany o opinię na temat Chin, ocenił, że to azjatyckie państwo jest militarnym zagrożeniem dla Stanów, ponieważ może niedługo... zdobyć „potencjał nuklearny" (broń atomowa znajduje się w chińskim arsenale od 1964 roku). Cain lubił też podkreślać, że w przeciwieństwie do „elitarnych” kandydatów jest szczery. Bez oporów opowiadał się za budową muru pod napięciem elektrycznym na granicy z Meksykiem i zwierzał się ze swoich podejrzeń wobec onkologów, którzy go leczyli. Według niego, jeden z lekarzy mógł być muzułmaninem, bo miał „zbyt obco brzmiące nazwisko” jak na chrześcijanina.

Cain również w dziedzinie gospodarki odrzucał język elit - i proponował genialny w swojej prostocie plan o nazwie: „9-9-9". Plan ów przewidywał likwidację obecnych podatków w USA i wprowadzenie zamiast nich liniowego podatku w wysokości 9 procent: dochodowego, od sprzedaży i transakcji biznesowych. Będąc zwolennikiem Tea Party, Cain ostro krytykował członków ruchu Okupuj Wall Street. „Nie obwiniaj Wall Street ani wielkich banków; jak nie masz pracy i nie jesteś bogaty, to wiń samego siebie" - przekonywał.
Populizm Caina w kwestiach polityki wewnętrznej, zagranicznej i gospodarczej nie tylko nie zraził wyborców, ale wręcz ich przyciągnął. Tym, co pogrążyło gwiazdę Republikanów, nie był wcale radykalizm jego politycznego programu. Niedoszłego kandydata Republikanów na prezydenta pogrążyły niewygodne fakty z jego życia osobistego. W październiku Cain został po raz pierwszy oskarżony o molestowanie seksualne - wówczas zbył zarzuty twierdzeniem, że „to zupełna nieprawda", a cała sytuacja przypomina „polowanie na czarownice". Sprawy zaczęły się komplikować, gdy do kobiet oskarżających Caina o przestępstwo dołączyła jego była podwładna. Cain w odpowiedzi oświadczył publicznie, że jej nie zna. To nieprzemyślane wystąpienie ostatecznie go pogrążyło, ponieważ szybko udowodniono, że Cain swoją byłą podwładną zna aż nazbyt dobrze i że kilkanaście dni wcześniej prowadził z nią ożywioną konwersację na zjeździe Tea Party. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była Ginger White, która zadeklarowała, że od trzynastu lat ma romans z żonatym Cainem. Herman zachował pokerową twarz, ale wobec tego natłoku oskarżeń i spadających słupków poparcia zawiesił 3 grudnia swoją kampanię.

Fenomen Hermana Caina dobrze obrazuje nastroje panujące obecnie w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie zmagają się ze skutkami kryzysu: bezrobociem, spadkiem wartości nieruchomości i zadłużeniem. Nie ufają finansowym elitom i buntują się przeciwko nim – ruch Okupuj Wall Street nazywa bogatych biznesmenów „uprzywilejowanym 1 procentem".  Zaufaniem nie cieszą się także politycy - ich przeciągające się, bezowocne debaty nad rozwiązaniem problemów gospodarczych i społecznych USA irytują Amerykanów. W efekcie wielu z nich jest skłonnych posłuchać kogokolwiek, kto otwarcie sprzeciwi się panującemu porządkowi – nawet (a może zwłaszcza!) jeżeli zrobi to w sposób skrajny lub wręcz bezsensowny. Wielką popularnością cieszą się ruchy społeczne organizujące protesty uliczne. Z kolei do konserwatywnej części społeczeństwa przemówiła Tea Party, odwołująca się do „tradycyjnie amerykańskich wartości".
Nic dziwnego, że Herman Cain przypadł do gustu wielu wyborcom, którzy poczuli, że były szef sieci pizzerii naprawdę ich reprezentuje, ponieważ nie jest jednym z „tamtych". Do tego Cain po republikańsku był przeciwny „socjalistycznym" barierom gospodarczym i walczył z nielegalnymi imigrantami, którzy „zabierają pracę” prawdziwym Amerykanom. To nie przypadek, że Caina pogrążyło jego powikłane życie osobiste, a nie program polityczny. Wielu Amerykanów czeka dziś na kogoś, kto przedstawi im proste, konkretne rozwiązania dla ich palących problemów. Nawet jeśli rozwiązania te będą naiwne i populistyczne.

Czytaj także

 0