Prezydent USA oświadczył, że polecił Pentagonowi, "by nie szczędził wysiłków w przeprowadzeniu pełnego śledztwa". - Zbadamy sprawę, gdziekolwiek by to nas doprowadziło, i zagwarantujemy, że wszystkie zamieszane osoby w pełni odpowiedzą przed sądem, przy całej surowości prawa - obiecał.
"USA traktuje tę sprawę tak, jakby zamordowani zostali amerykańscy obywatele"
Wcześniej minister obrony USA Leon Panetta powiedział, że żołnierzowi, który zabił 11 marca 16 afgańskich cywilów, w tym dzieci, może grozić kara śmierci. Zapowiedział, że żołnierz trafi przed sąd wojskowy, który w pewnych przypadkach orzeka taką karę.
- Stany Zjednoczone traktują to tak poważnie, jakby to zostali zamordowani nasi obywatele i nasze dzieci - oświadczył prezydent.
Czyn amerykańskiego sierżanta nie odzwierciedla stanowiska amerykańskiej armii
W wystąpieniu w Białym Domu, Obama podkreślił, że czyn, którego dopuścił się amerykański sierżant, nie stanowi odzwierciedlenia wartości USA czy amerykańskiej armii. Wydarzenia z niedzieli nazwał "tragicznymi i rozdzierającymi serce", ale jak zapewnił, nie wpłyną na wypełnienie przez Amerykanów zobowiązań w Afganistanie.
Obama wyjaśnił, że Stany Zjednoczone "w sposób odpowiedzialny" wycofają swoje siły z Afganistanu do 2014 roku, czyli w terminie wyznaczonym wspólnie z sojusznikami.
Według mieszkańców trzech wsi w prowincji Kandahar na południu Afganistanu, w których doszło do masakry, sierżant armii USA chodził od drzwi do drzwi i strzelał do cywilów. Zabił 16 osób, w tym dziewięcioro dzieci. Ciała niektórych ofiar podpalił. Po zatrzymaniu przebywa w bazie NATO. Śledztwo w jego sprawie prowadzą amerykańskie władze wojskowe we współpracy z władzami afgańskimi. W odwecie afgańscy talibowie zagrozili, że podwoją ataki przeciwko siłom USA i będą obcinać głowy amerykańskim żołnierzom.
is, PAP