Cameron chce, by Wielka Brytania była jak Lesotho?

Cameron chce, by Wielka Brytania była jak Lesotho?

Dodano:   /  Zmieniono: 
David Cameron (fot. EPA/FACUNDO ARRIZABALAGA/PAP)
Pod wpływem buntu w Partii Konserwatywnej premier David Cameron nie będzie domagał się głosowania nad wnioskiem o skrócenie debaty nad reformą Izby Lordów. Oznacza to prawdopodobne fiasko reformy i kolejne spięcia w rządzącej koalicji.

Głosowanie nad wnioskiem nad skróceniem debaty do 10 dni miało się odbyć 10 lipca - zamiast tego poinformowano, że głosowanie nad harmonogramem prac nad ustawą reformującą brytyjską izbę wyższą parlamentu przesunięto na czas nieokreślony. To kolejny polityczny cios dla koalicyjnego partnera konserwatystów, Liberalnych Demokratów i ich przywódcy Nicka Clegga. Ugrupowanie to ustąpiło już w zasadniczej dla siebie kwestii reformy ordynacji wyborczej i było zmuszone firmować społecznie niepopularne decyzje, jak podwyżka opłat za studia.

Zmiana decyzji w sprawie debaty nad reformą Izby Lordów nie jest także dobrą wiadomością dla konserwatystów Davida Camerona - ok. 100 posłów jego własnej partii wystąpiło przeciwko planom lansowanym przez koalicję i de facto przeszło na stronę opozycyjnej Partii Pracy, przeciwnej skróceniu czasu na debatę. W ocenie niektórych komentatorów zanosi się na to, że między premierem Cameronem a wicepremierem Cleggiem wzrośnie napięcie. Liberałowie zgodzili się poprzeć zmiany w granicach okręgów wyborczych, na których zależy konserwatystom, w zamian za poparcie tej partii dla reformy Izby Lordów.

Liberalni Demokraci chcą, by Izba Lordów liczyła 450, a nie 800 członków, i by 80 proc. jej przedstawicieli było wyłanianych na 15-letnią kadencję według ordynacji proporcjonalnej. Tzw. lordowie dziedziczni, którzy prawo do zasiadania w Izbie Lordów dziedziczyli wraz z tytułem szlacheckim, zostaliby z niej usunięci. Inne proponowane rozwiązania zakładają, że diety członków Izby Lordów z tytułu udziału w obradach nie przekraczałyby 45 tys. funtów rocznie i podlegałyby opodatkowaniu. Ponadto liczba biskupów anglikańskich w Izbie Lordów zmniejszyłaby się do 12 z 26, a członkowie izby nie byliby nazywani lordami (nowego tytułu nie zaproponowano).

Część brytyjskiego establishmentu uznała te planu za kontrowersyjne. Argumentowano, że reforma podkopie kompetencje niższej izby parlamentu, Izby Gmin, ponieważ lordowie obdarzeni wyborczym mandatem na tak długi okres nie poprzestaną na przeglądzie ustaw, lecz będą angażowali się w bieżącą politykę, co zakłóci obecny układ parlamentarny. Lider Liberalnych Demokratów nalega jednak, by zmian dokonać. - Wielka Brytania jest jedynym na świecie krajem oprócz Lesotho, w którym wyższa izba parlamentu pochodzi wyłącznie z nominacji. Od stu lat, mimo podejmowanych prób, nie udaje się tego zmienić - grzmiał Clegg podczas parlamentarnej debaty.

Tradycyjnie w Wielkiej Brytanii nominacją do Izby Lordów nagradza się byłych członków rządu i inne zasłużone osoby. O nominacjach decyduje premier. Poprzednik Camerona, Gordon Brown, nominował na lorda Petera Mandelsona, który, nie będąc posłem, tylko w ten sposób mógł otrzymać stanowisko w rządzie. Z kolei za kadencji premiera Tony'ego Blaira wyszedł na jaw skandal z handlem nominacjami w zamian za wpłaty na fundusz partyjny.

PAP, arb
 0

Czytaj także