Na podstawie wydanego 9 września dekretu nr 23 wszelkie pieniądze przelewane na konta szpitali za leczenie i operacje, nawet jeśli pochodziły od zagranicznych sponsorów, zostały obłożone podatkiem dochodowym.
Przeciwko temu zaprotestowali deputowani. Kto w takim razie, pytali, pomagać będzie np. ofiarom awarii w Czarnobylu? "To nie jest sprawiedliwe - płacić podatek od tego, że można się leczyć" - powiedział jeden z parlamentarzystów Wasil Chroł.
Przeciwko dekretowi byli nawet deputowani, którzy zwykle murem stoją za prezydentem. "Ktoś podsunął prezydentowi ten dekret, żeby nastawić przeciwko niemu ludzi" - uważa inny parlamentarzysta Siarhiej Kaścian.
Strona rządowa była tymczasem tak pewna, że parlament przyjmie dekret, że minister sprawiedliwości Wasil Haławanau, który w imieniu prezydenta prezentował dokument deputowanym, wyszedł jeszcze przed głosowaniem, twierdząc, że "zostanie on przyjęty i bez niego".
Niezależny politolog Uładzimir Hroł uważa, że na decyzję deputowanych wpłynął właśnie lekceważący stosunek do nich ze strony władzy wykonawczej (na Białorusi ministrów wyznacza i odwołuje osobiście prezydent). Dodatkowo parlamentarzyści czuli się, jego zdaniem, swobodnie, ponieważ na sali obrad nie było wiceprzewodniczącego Izby Uładzimira Kanaplowa, uważanego za człowieka Łukaszenki, który potrafi w parlamencie przeforsować każdy plan prezydenta.
Aby dekret został odrzucony, musi go również odrzucić izba wyższa parlamentu - Rada Republiki.
em, pap